Moc wigilijnej modlitwy
Mam na imię Kaja. Mam 13 lat.
Kocham święta. Ten nastrój, to uczucie z jakim wiąże się przyjście Jezusa na świat. Ta epidemia czerwonych nosów, pogubionych rękawiczek. To niesamowite, jak wiele radości daje nam samo oczekiwanie Wigilii. Lubię dostawać prezenty, tak samo jak i je dawać. Eh …są jednak i minusy przygotowań do świąt. Kolejki do wieczności w galeriach handlowych, ponieważ każdy chce kupić swoim bliskim jak najlepszy, najbardziej okazały prezent. W sklepach spożywczych, bo 12 potraw to nie mało produktów, a nic nie może zabraknąć.
To był tydzień przed wigilią. Święta zbliżały się wielkimi krokami. Cała moja rodzina czyniła przygotowania do uroczystej wieczerzy. Z okazji Bożego Narodzenia w szkole mieliśmy wolne, więc ja i moje rodzeństwo pomagaliśmy rodzicom jak najwięcej, aby nie byli wszystkim obciążeni. Majka pomagała ustrajała choinkę, Kuba nakrywał do stołu, a ja z mamą doprawiałyśmy potrawy. Mama miała wolne w pracy, ponieważ pracuje w przedszkolu i nie miałaby co w nim robić, skoro wszystkie dzieci spędzały święta w rodzinnym gronie. Tata nie miał tak dobrze, pracował w policji, i dlatego też nie mógł uczestniczyć w przygotowaniach.
Tegoroczne Boże Narodzenie mieliśmy całą rodzina spędzić u babci w mieście. Co prawda mieszkała ona w małym bloku z 3 pokoikami, z dziadkiem i swoim synem, a moim chrzestnym, lecz było tam tak przytulnie i miło, ze z chęcią tam jechaliśmy.
Tata nigdy nie spędzał z nami wigilii. Nie mógł dostać wolnego w pracy. Święta to trudny okres dla policji, nikt nie chciał zostawać w pracy, tylko jechać do rodziny i spędzić w rodzinnym gronie ten radosny czas. W tym okresie każda para rąk się w pracy przydaje. Najsmutniejsze jest tylko to, że jedną z tych par, była para dłoni mojego taty.
W tę wigilię stało się coś straszniejszego niż sama nieobecność taty na wieczerzy.
Telefon mamy zadzwonił podczas składania sobie życzeń już w mieszkaniu u babci. Mama nie spodziewała się telefonu, więc odebrała trochę z zaskoczoną miną …lecz jeszcze bardziej zaskoczoną miała gdy zakończyła rozmowę, i upuściła telefon na podłogę, ze łzami w oczach siadając, lub raczej opadając zrezygnowanie na fotel.
- Dzwonili ze szpitala … - Powiedziała mama, i umilkła w pół zdania.
Wszyscy patrzyli z przerażeniem po tych słowach, oczekując wyjaśnień.
- Ale …o co chodzi ? Co się stało ? - Dopytywał się Kuba.
_ Dzwonili ze szpitala …i, i … - Nie mogła wyrzucić z siebie końca zdania, jakby miała jeszcze nadzieję, że gdy nie wypowie tego na głos, może to co słyszała przed chwilą w słuchawce telefonu, okaże się nieprawdą.
- Co ? – Spytała milcząca od tej pory babcia.
- Tata miał wypadek. - Mówiąc to, mama rozpłakała się na dobre.
Cała rodzina zaniemówiła, nie było już mowy ani o prezentach, ani o spokojnej kolacji.
Babcia, jako jedyna w tym mieszkaniu, która nie dała się presji sytuacji, powiedziała stanowczym głosem.
- Zadzwoń tam jeszcze raz, i dowiedz się, w jakim stanie jest Andrzej. Zapytaj również, czy można będzie go teraz odwiedzić, i na jakiej sali leży.
Mama zawsze wiedziała, że babcia jest rozsądną kobietą i nigdy nie podejmuje decyzji pochopnie. Zawsze są przemyślane i rozsądne. Dlatego też mama w ogóle nie dyskutowała, i cała we łzach, podłamana sięgnęła po telefon który przed paroma minutami upuściła z łomotem na podłogę.
- Dobry wieczór – Przywitała się mama z recepcjonistką.
- Dobry wieczór, w czym mogę pomóc ? – Odezwał się głos w komórce.
- Dzwonię w sprawie mojego męża, Andrzeja Kwiatkowskiego. Chciałbym się dowiedzieć na jakiej sali jest położony i czy można go odwiedzić.
Słychać szelest przewracanych kartek i po chwili odzywa się głos kobiety.
- Pan Andrzej leży na sali z numerem 62, jest w dosyć dobrym stanie, ale nie można go przemęczać zbyt dużą liczbą pytań. Można go odwiedzić.
- To świetnie, będziemy za parę minut.
I tymi słowami mama zakończyła rozmowę.
Minęło parę chwil zanim cała rodzina zapakowała się do samochodu. Jednak za chwilę byliśmy już w drodze do szpitala. Dojechaliśmy dość szybko, korków nie było, wszyscy ludzie siedzieli teraz z rodzinami przy uroczystej kolacji.
Gdy dotarliśmy na miejsce, szpital nie był zatłoczony, ale na korytarzu siedziała jedna kobieta która przykuła mój wzrok …płakała z twarzą w dłoniach.
Mama weszła do pokoju jako pierwsza, za nią babcia, dziadek i chrzestny, a potem Kuba …ja, nie wiem czemu, nie weszłam …zostałam przy tej kobiecie. Uśmiechnęłam się do niej, a ona powoli wyjęła twarz z dłoni. Popatrzyła na mnie zapuchniętymi oczami …a ja nieśmiało spytałam.
- Co się stało ? Ktoś z pani bliskich tu leży ?
- Leżał …zmarł – Powiedziała kobieta.
Rozmawiałam z nią dłuższą chwilę. Dowiedziałam się, że jej mąż miał ciężką chorobę, która nie była uleczalna, i przez którą musiał znosić wielkie cierpienie.
- Byłam załamana tym wszystkim, i nie znalazłam w sobie siły na nic innego, niż siedzenie bezradnie obok jego łóżka. Przestałam ufać Bogu, przestałam wierzyć w jego moc i możliwości. Nie modliłam się ani razu. Teraz wiem, że to był błąd, ale Bóg wiedział, że dla mojego męża będzie lepiej, kiedy trafi do niego, niż będzie znosił cierpienie na ziemi. – Mówiła.
Opowiedziałam jej historię mojego taty, a wdowa już teraz wiedziała, że nie sam zapał lekarzy, i chęć odratowania mojego taty się liczy, lecz modlitwa i oddanie jego życia Bogu.
Po chwili jednak oprzytomniałam, i przypomniało mi się, po co tu jestem … Weszłam do sali w której podłączony do kroplówki leżał tata. Łza zakręciła mi się w oku, ale nie rozpłakałam się na dobre.
Tata nie otworzył oczu ani na sekundę przez tę godzinę którą u niego byliśmy. Wigilijny czas życzeń do rodzącego się Jezusa nadal trwał, uznałam, że nie będzie innej tak dobrej okazji, żeby poprosić Boga o zdrowie dla mojego taty, któremu jak się okazało, w najlepszym przypadku może grozić kalectwo, a najgorszym śmierć. Ach, jak bardzo pragnęłam tego, żeby Jezus nie był dość zajęty ważniejszymi sprawami i pomógł mojemu tacie dojść do zdrowia, jak bardzo tego chciałam, nigdy w życiu niczego tak mocno nie pragnęłam.
Modliłam się tam, przy szpitalnym łóżku, modliłam się w drodze powrotnej, modliłam się u babci, wieczorem przy łóżku, i rano w drugi dzień świąt.
Nie płakałam ani razu, chciałam być silna, i miałam ciągle nadzieję, że Bóg mnie wysłucha.
Do kuchni weszłam strasznie zmęczona, ale nie rozczulałam się nad sobą, chciałam pokazać, ze ufam i wierzę Bogu, i wiem, że mnie wysłucha i podejmie on właściwą decyzję.
I znowu telefon. Mama podbiegła do aparatu i szybko odebrała połączenie.
- Słucham ? – Powiedziała do mikrofonu.
- Rozmawiam z panią Agatą Kwiatkowską ? – Spytał męski głos. – Czy pani mąż to Andrzej Kwiatkowski ?
- Tak, zgadza się, o co chodzi ?
- Chodzi o pani męża, pana Andrzeja …on …on, to aż nie możliwe – Jąkał się głos w słuchawce. – On, wyzdrowiał ! Nie ma żadnych objawów pobicia, żadnych ! Nie mam pojęcia w jaki sposób to się stało, ale się stało ! – Krzyczał głos w słuchawce.
- Co takiego ? Ach jak się cieszę, dziękuję za dobre nowiny, do widzenia. – Powiedziała mama szczęśliwa tak, że sama skakała z radości, i odłożyła słuchawkę.
Wszystko słyszeliśmy, i wszyscy aż tańczyli z radości, tylko ja jedna, uklęknęłam przed krzyżem, i cichą modlitwą, gorąco dziękowałam Bogu za jego nieskończoną łaskę. Ach, jak się cieszyłam, moja radość nie miała końca. Tata został wypisany i wrócił do domu następnego dnia. Właśnie w to Boże Narodzenie przekonałam się, jak wielką moc ma wigilijna modlitwa.




