Mój dzień na Olimpie
Wśród szczytów pokrytych siwizną śniegów stoi „wielki gmach Olimpu”. Na tym górującym nad innymi wierzchołkami skał szczycie wznosi się potężny i bogaty pałac boga nad bogami – Zeusa.
Pewnego razu miałem okazję być na Olimpie. Uczestniczyłem wówczas w jednym z zebrań. Obrady trwały około godziny. Na początku spotkania najpotężniejszy z bogów przywitał wszystkich serdecznie. Nie omieszkał też przedstawić mnie, jako swego nadzwyczajnego gościa. Zeus swym szorstkim wyrokiem ganił źle sprawujących się bogów. Pochwały otrzymali ci, którzy wzorowo spełnili powierzone im przez niego zadania. Pod koniec swojego przemówienia wydał podwładnym rozkazy i wskazówki według swoich nowych pomysłów.
Nastąpiła uczta. Wtedy zostali tylko nieliczni bogowie, Ganimedes i ja. Ulubieniec Zeusa roznosił ambrozję – przedziwny, wyśmienity napój zapewniający nieśmiertelność ducha. Osobiście z brylantowego pucharu skosztowałem kilka łyków boskiego nektaru. Jego smaku nie mogę porównać do żadnego znanego mi soku. Pamiętam, że był on wyśmienity. Wszyscy leżąc na łożach z szylkretu i kości słoniowej delektowali się tym cudnym, boskim pożywieniem. Nigdy wcześniej nie leżałem na tak miękkim posłaniu. Po skończonym posiedzeniu wstał Apollo i otoczony dziewięcioma muzami śpiewał przecudne pieśni. Uszy wszystkich nie mogły się nadziwić tym dźwiękiem. Na pewno w całym wszechświecie nie ma lepszego zespołu muzycznego niż sam bóg wszystkich muz.
Aż żal było kończyć ucztę i wracać do domów, ale niestety wszystko ma swój koniec. Po powrocie do domu wszystkim obwieściłem, co widziałem i gdzie byłem, lecz nikt ku mojej przykrości mi nie uwierzył.




