Było gorące letnie popołudnie, razem z Matką i Aliną pracowałyśmy cały dzień przy zbożu. Cóż, ja się nie napracowałam, ale Alina owszem. Praca na polu nie jest dla mnie. Ale i tak wiem, że jestem ulubienicą Matki. Jesteśmy już dorosłe, zapewne będzie chciała, żebyśmy wyszły za mąż.
Marzy mi się, jak to każdej, królewicz na białym koniu. Zostałabym władczynią, a każdy płaciłby za te wszystkie lata, co harowałam na polu, żeby zarobić na kromkę chleba. Alina pewnie oddałaby wszystko; jaka ona dobra i głupia.
Ja tak sobie myślałam, a tu niespodziewanie usłyszałam pukanie. Cóż, przestraszyłam się, a Alina jeszcze bardziej. W końcu otworzyła Matka. Był to jakiś bogaty człowiek, któremu mostek załamał się pod kołem. Jakoś od samego początku dziwnie się zachowywał, mówił, że słyszał jakąś muzykę – wariat, w domu było cicho. Jednak jakaś dziwna siła ciągnęła mnie do niego. Byłam niezmiernie zdziwiona kiedy powiedział, że zatrzyma się u nas w domu; lecz największym szokiem była wiadomość, że szuka żony i zakochał się we mnie i w Alinie. A ja także się zakochałam… Ale nie całkowicie, to nie dla mnie.
Zabawiłam się troszeczkę, pokłamałam odrobinę, przecież w tym jestem najlepsza i nie zamierzam marnować mojego talentu. Ja już byłam w raju, bogaty pan na zamku był zakochany we mnie i chciał żebym wyszła za niego. Ale kochał też Alinę. Matka powiedziała, że powinniśmy pójść pozbierać malin następnego ranka, a ta króra zbierze cały koszyk pierwsza, zostanie jego żoną. Tej nocy poszłam spać niespokojna, ale pewna siebie.
Nadszedł dzień zbierania malin, bałam się, że Alina wygra, zawsze była lepsza ode mnie. Wyruszyłyśmy, ale malin nie widziałam. Ukrywały się przede mną. Serce biło mi jak młot o kowadło, byłam rozgoryczona. Spotkałam siostrę z pełnym koszykiem malin. Od tej pory nie wiedziałam co robiłam, co robiły moje ręce. Moje ciało ogarnął gorąc jakiego dotąd nie czułam nigdy. Pamiętam tylko moment wyjęcia noża i zadźgania nim Aliny, mojej siostry. Nie wiem jak moje ręce mogły tego dokonać. Alina leżała przede mną, w kałuży krwi. Umyłam się, ale pozostała czerwona plama na mym czole.
Nie mogłam jej zmyć. Uspokoiłam się, postanowiłam wrócić do domu. Nie zależało mi już na Alinie. Miałam maliny, więc byłam władczynią i tylko to się liczyło. Spotkałam jakąś dziwną nimfę z jeziora. Mówiła o Alinie, że można ją uratować. Ale po co? Tylko więcej kłopotów. A do tego mogłaby mi zabrać mojego królewicza. Nie mogłam do tego dopuścić.
Kiedy wróciłam do domu, nie byłam już dawną Balladyną. Postanowiłam robić wszystko, aby tylko osiągnąć moje cele. Nakłamałam Kirkorowi – mojemu przyszłemu mężowi i matce. Zmyśliłam coś o Alinie. Wszystko się udało!
Mam wszystko, pieniądze, władzę. Wiem, że moje życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem.




