Odpowiedzi

2009-11-12T20:54:22+01:00
Wątłe światło październikowego słońca płonęło purpurą i złotem w blasku rdzawych kasztanów, szepczących pobożnie modlitwę jesiennego nabożeństwa, tonącego w sennej zadumie nad powabem szelestu opadających niczym krople deszczu, liści. Smutek opadał tak jak one, z drzew, pokrywając gruba warstwą kurzu myśli, czyny i marzenia, niespełnione ambicje i aspiracje. Płomienie wspomnień, przebrzmiałych w dźwiękach przeszłości i zapomnienia, gasły w cichej dolinie sennych wizji, iskrzących się barwami ognistych chryzantem. Zbłądzona muzyka włóczyła się w głębinie liści po wąskiej alei, jakby wydobywała się ze strun liry boskiego Apollona i wodziła wyobraźnię po nieprzeniknionych bezdrożach jesieni. Płaczące wierzby pochylały się niezgrabnie nad niedolą osieroconego listowia, brzozy wyciągały ramiona do szeptu lasów i mogił, opuszczonych pod kaplicą smętu i ciszy. Sosny, dumne, lecz posępne, wynędzniałymi oczami spoglądały na odchodzący dzień, stracony i zastygły w bezruchu i bezczasie. Odziane w zakonne kaptury, skulone i pokorne, już nie buntowały się przeciw upływowi pór roku, które odciskały na nich niezatarte piętna. Żałosny wiatr targał duszami umęczonymi poprzez lata samotnej wędrówki po bezdrożach czasu, na granicy wspomnień i pożegnań, gdzie nie dochodzi żaden głos, tylko echa, uwięzione w purpurze zachodzącego nad wzgórzami słońca. Cienie przemykały się usłanymi liśćmi ulicami, a każdy z tych liści był inną historią, zamkniętą w szkatułce i porzuconą na pastwę jesiennego chłodu. Miłość i śmierć, uświęcając te ścieżyny, odebrały im szczęście młodości, zamieniając je w gorycz, choć przecież była słodka mglistym szumem wiosny. Nad aleją panował cichy półmrok, z którego wysuwały się ugięte pod naporem owoców grusze, tańczące w uniesieniu niby gammy z portrecikami przodków oddalających się coraz bardziej w krainę zapomnienia, osuwających się w otchłań, w dół, w dolinę smutku...

Emilia siedziała na parapecie okna biblioteki, wychodzącego na główną drogę – gościniec, jak zwykli mawiać mieszkańcy, skąd w oddali można było dostrzec plebanię, a na wzgórzu – stary cmentarz. Były to obrzeża Wielopola, za którym rozciągały się łąki, a skąd dróżki prowadziły do Sarzyny, Łęczyny i Wileszczyc. Nie było tu już praktycznie miasta, jedynie kamienica, w której znajdowały się poczta, sklep i mieszkania, przypominały, jak wąska jest granica między Wielopolem a sąsiednimi wsiami, przebiegająca wzdłuż Bystrzycy. Wszyscy mieszkańcy, idąc do miasta lub z niego wracając, siłą rzeczy przechodzili gościńcem, gdyż była to trasa najkrótsza, chociaż nieprzyjemna przez liczne opowieści i legendy, krążące o zmarłych, lecz ciągle żywych. Blade światło popołudniowego słońca oświetlało jeszcze puste wzgórza, zasłuchane w muzykę ciszy. Wiał ostry wiatr, przynoszący zapach zwiędłych liści, zasuszonych i bardzo starych, mimo to Emilia otworzyła okiennice, zmęczona zaduchem panującym w starym dworku, przerobionym niedawno na miejsce użyteczności publicznej – tu utworzono, obok biblioteki i antykwariatu, pocztę, szkółkę niedzielną i gminę parafialną, skupiającą co tydzień katolicką społeczność tej części miasta. Dziewczyna, znudzona przeglądaniem poezji Konopnickiej, odłożyła tomik i oddała się innemu, wielce ciekawemu zajęciu – przyglądaniu się przechodniom, śpieszącym w jesiennym chłodzie do swych domów. Oto proboszcz, któremu nieznośny wicher co i raz strąca z głowy kapelusz, podąża z zakłopotaniem na plebanię. Z zakłopotaniem, bo gospodyni, stara Wójtowiczowa, obrażona za coś na czcigodnego sługę bożego, zbojkotowała kuchnię, odmawiając przyrządzania posiłków. Chwilę po nim na drodze pojawił się pan Fryderyk – zakochany po uszy w pannie Walentynie, lecz tak nieśmiały i niezdecydowany, iż od dwudziestu lat nie mogący się zdobyć na oświadczyny. Czyżby tym razem trzymał w kieszeni niemodnego od połowy wieku co najmniej płaszcza pierścionek? Tuż za nim z wysokiej topoli poczęły opadać złociste paciorki; nie wylądowały od razu na ziemi, lecz długo wirowały na wietrze, jakby do wtóru innym swym braciom, wciąż kołyszącym się na gałęziach do melodii nadchodzącego wieczoru. Emilię widok ten napełnił niezmierną radością, odbijającą się w jej oczach tysiącem płomieni na tle ciemnoszarej zieleni, migoczącej niczym gwiazdy. Zmianę tę obserwował ktoś z oddali, kto jak nikt potrafił dostrzec igrające w tej twarzy cienie, ale nigdy się z tym nie ujawnił.

Pan Sroka usiadł na ławce przed domem, zapatrzony w pola, które rozciągały się przed nim w pociemniałej zieleni. Może wspominał wspaniałe lata i szczęście, zanim nadszedł okres płaczu i niewoli? Stracił on w czasie wojny żonę i siostrę, swe najdroższe skarby. Obie spoczywały teraz na wzgórzu, w cichej cmentarnej ziemi. Jak to jest, iż wszystko tak szybko się zmienia? Wiosna, lato, jesień i zima...

Czas upływał zdecydowanie za szybko. Jeszcze nie tak dawno pola pokrywała bujna zieleń wysokich traw. W cienistych zakątkach znaleźć można było ciemnofioletowe fiołki i różowe pierwiosnki. Niebo roztaczało nad głowami nieskazitelny błękit. Śmiechy rozbrzmiewały na polanie: srebrzyste, wdzięczne, młodzieńcze a czerwonawy blask ogniska rzucał w pogodne noce na twarze odcienie marzeń i nadziei. W takie nocy po lasach rozchodziły się słowa pieśni: