Odpowiedzi

2009-11-13T18:58:51+01:00
19 grudnia cała nasza klasa z radością przyjęła informację, że za świetne wyniki w nauce (dawno tego nie słyszałem) wybierzemy się na wycieczkę poza przestrzeń okołoziemską. Ucieszyłem się nią ogromnie, gdyż interesuję się astronomią i ciekawi mnie nieprzenikniona i nieskończona “ciemność kosmiczna”, inaczej mówiąc – Wszechświat. wyruszyliśmy statkiem Alakacja z boiska szkolnego o godzinie ósmej pięćdziesiąt dziewięć rano w niedzielę, 21 grudnia. Dzień był chłodny i nieprzyjemny, ale nie mieliśmy żadnych trudności ze startem i przedarciem się przez atmosferę. Wkrótce zobaczyłem, że niebo i chmury mam już pod nogami. Poczułem, jak zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. Przez pierwsze dwadzieścia dni podróż upływała pomyślnie, lecz dwudziestego pierwszego dnia, oddaleni od Ziemi o sześć lat świetlnych, natknęliśmy się na burzę kosmiczno-grawitacyjną .Na szczęście, Alakacja była przystosowana do takich kosmicznych burz, a więc wybrnęliśmy z opresji cało i zdrowo. Czekało nas jeszcze wiele trudności: chmury międzygwiezdne, wycieki jądrowe, wybuchy Supernowych oraz śmiercionośne promieniowanie gwiazd. W końcu, po czterdziestu dniach lotu statkiem kosmicznym, dotarliśmy do celu – planety Urubudubus.
Wyszedłem ze statku. Grunt był sypki jak nadmorski piasek, o kolorze bladoniebieskim. Teren był górzysty, porośnięty roślinnością podobną do paproci w naszych lasach.
Do stolicy planety Urubudubus – doprowadziła nas para przesympatycznych robotów, które przez całą drogę żartowały z nami (wręczyły nam wcześniej generatory mowy zakładane na ucho, byśmy mogli rozumieć mowę Urubudubasów i robotów). Oprowadziły naszą wycieczkę po całej stolicy liczącej sześćset milionów Urubudubasów, Urubudubanek i Urubudubasiątek. Widziałem ogromne, wysokie budynki. Niektóre z nich mieściły aż po dwa, trzy miliony mieszkańców tej planety. Wąskie, ale gęste pasy zieleni przecinały place pełne sklepów i straganów. Po 3 dniach bycia na planecie nasza pani oznajmiła że czas wracać. Pożegnaliśmy przemiłych mieszkańców i odlecieliśmy…