Odpowiedzi

2009-11-24T14:26:53+01:00
Wielu z czytelników “Tezeusza” zdążyło już chyba zapomnieć, że równo rok temu przeżywaliśmy końcowe wystrzały wielkiej batalii, jaką dwaj jezuici, stojący wtedy na czele Redakcji, wytoczyli liderom (i części animatorów) krypto-protestanckiej wspólnoty charyzmatycznej gromadzącej się w podziemiach wielkiej katolickiej parafii warszawskiego Ursynowa. Trzeba było użyć doprawdy najcięższych armat i niemal wszystko zaryzykować (łącznie z sankcjami kościelnymi), aby ta wstydliwa i skrywana przez długie lata pod korcem sprawa znalazła rozstrzygnięcie przed powołaną niemal równo rok temu komisją biskupią.

Dopiero z dużym opóźnieniem dowiedziałem się, jak zakończyła się cała sprawa. Mianowicie tak, że komisja podjęła trzy ważkie decyzje:
1/ Animatorzy i lider [Jacek Weigl] otrzymali formalny zakaz przychodzenia na spotkania środowe wspólnoty Chefsiba ,
2 / Wspólnota Chefsiba otrzymała zakaz pełnienia posługi muzycznej na mszach św. w parafii Wniebowstąpienia Pańskiego
3 / Nazwa wspólnoty miała być zmieniona (w związku z trwającym jeszcze procesem w kurii w sprawie wspólnoty).

A zatem zwycięstwo? Obawiam się, że nawet jeśli tę szczególną i rozpalającą co niektórych nas “do białości” interwencję “Tezeusza” sprzed roku można uznać za sukces, to jedynie w iście pyrrusowym wymiarze. Trzeba było poruszyć dosłownie niebo i ziemię, aby na końcu jedynie lokalnie i niemal “po cichu” rozwiązać po tylu latach w sumie dość oczywistą sprawę. Dodajmy szczerze: jedną z bardzo wielu licznych sytuacji kryzysowych jakie toczą Kościół w Polsce w związku z penetracją fundamentalistycznej ideologii neoprotestanckiej do licznych wspólnot i grup modlitewnych wywodzących się z Odnowy charyzmatycznej.

Parę dni temu dostałem od przyjaciela z Gdyni wiadomość, którą on z kolei otrzymał z Białegostoku. Alarmujące listy od kilku zrozpaczonych mężów, których żony należą do pewnej wspólnoty oazowo-odnowowej i tam są wręcz zachęcane do zerwania swoich więzi małżeńskich w imię tzw. wyższych racji duchowych. Pisanie listów w odnośnej sprawie do miejscowej kurii ma już 7-letnią historię i trwa aż dotąd. Bez najmniejszego rezultatu. Na czele wspólnoty stoi małżeństwo, które otacza się “doradcami” z pobliskiego kościoła zielonoświątkowego, a księdza pełniącego formalną posługę duszpasterza-opiekuna owinęło sobie wokół palca. Nauczanie liderów jest typowo fundamentalistyczno-protestanckie, a oni sami żądają wobec siebie bezwzględnego posłuszeństwa, ponad posłuszeństwem wobec Kościoła hierarchicznego. Co ciekawe prowadzą także bardzo drogą prywatną szkołę podstawową, do której niemal obowiązkowo muszą uczęszczać wszystkie małe dzieci wspólnotowiczów.

A zatem “Chefsiba bis”? Widzimy sami, jak łatwo możemy znaleźć podobne przypadki niemal wszędzie – i to w całej Polsce – gdybyśmy zechcieli tylko pilnie poszukać. Formalnie katolickie wspólnoty charyzmatyczne funkcjonujące w katolickich parafiach na wzór zielonoświątkowych zborów to jakiś element szeroko zakrojonej strategii, którą kurie biskupie najwyraźniej postanowiły lekceważyć przynajmniej dopóty, dopóki nie zdarzy się taki dramat jak oficjalne zerwanie z Kościołem lub też psychomanipulacja stanowiąca bezpośrednią pożywkę dla działań prokuratorskich (jak to się działo 3 lata temu w Raciborzu).

Ks bp Andrzej Siemieniewski i związane z nim (zasadniczo wrocławskie) środowisko redagujące Katolicką Stronę Apologetyczną (KSA) już od sześciu lat alarmują różne oficjalne i “półoficjalne” gremia powołane do czuwania na kształtem katolickiej Odnowy w Duchu św. w Polsce, ale jak na razie z dość mizernym skutkiem. Wydaje się nawet, że gremia te opędzają się przed wszelkimi złymi informacjami ze świata charyzmatycznego niczym od natrętnych much i nie chcą przyjmowac do wiadomości nawet bardzo “oczywistych” faktów.

Do czego może doprowadzić podobna taktyka, można się było naocznie przekonać po przebiegu XIV ogólnopolskiego czuwania Odnowy w Duchu Świętym, które tydzień temu miało miejsce, podobnie jak w poprzednich latach, na Jasnej Górze. W sobotę 19 maja przed południem ponad 100 tysięcy zebranych polskich katolików zaangażowanych w odnowę i dziesiątki tysięcy odbiorców transmisji na żywo w Internecie mogło ze zdumieniem przysłuchiwać się konferencji propagującej żywcem neoprotestanckie koncepcje zbawienia i zaangażowania ewangelicznego w wykonaniu liderki wspólnoty, którą jeden z moich jezuickich przyjaciół [znający sprawę z autopsji] nie zawahał się zakwalifikować jako “niebezpieczna sekta” już 3 lata temu. Była to w istocie kompilacja nauki zielonoświątkowego pastora Wilkersona, pełna amerykanizmów w rodzaju “standardy Królestwa Bożego”, czy tak kuriozalnych określeń jak “Piotr dostrzegł, że w Jezusie są nowe możliwości”.

Na domiar zaraz po konferencji miała miejsce adoracja Najśw. Sakramentu podczas której pewna wspólnota z Żyrardowa wydobywała z siebie histeryczne wezwania do “radykalnego chrześcijańskiego zaangażowania” na tle pojękiwań i spazmatycznego bełkotu, który zapewne miał wiele z ekstatycznych proroctw pogańskiej Pytii, ale zgoła nic z Ducha Świętego. Atmosfera ze środowych spotkań już nieistniejącej wspólnoty “Chefsiba” – teraz przeniesiona na wały Jasnej Góry! Oto koszt wieloletnich zaniedbań, koszt lekceważenia niepokojących zjawisk na poziomie parafialnym w imię podbijania sobie coraz wyżej “charyzmatycznego bębenka”.

Piszę to jako zaangażowany od ponad 20 lat uczestnik katolickiej Odnowy w Duchu Świętym, Odnowy, której sam zawdzięczam tak wiele, ale z którą zetknąłem się najpierw we Francji, a nie w Polsce. Jest mi wstyd za to co się działo w sobotę rano pod szczytem Jasnej Góry, nawet jeśli zarówno w piątek jak i w sobotę po południu czuwanie miało zupełnie inny przebieg (tak dobry i owocny jak w poprzednich latach). Te odczucia nie są jedynie moimi własnymi odczuciami, skoro jeden z członków komitetu organizacyjnego XIV Czuwania (zastrzegający sobie anonimowość) otwarcie przyznał w mailowej wymianie wrażeń, że kwestionowana część czuwania była “bardzo słaba” i w zasadzie stanowiła “kompromitację Odnowy”...

Zesłanie Ducha Świętego… Języki ognia nad uczniami… Obraz jakże bliski każdemu, kto przeżył osobiste spotkanie z Jezusem i Jego Duchem w Odnowie charyzmatycznej, otrzymując radosne, bliskie entuzjazmu, doświadczenie bezwarunkowej Miłości Bożej. To wszystko jest dobre i piękne. Ale pod pewnym warunkiem, który z niezwykłą przenikliwością opisuje biskup Siemieniewski w swojej książce “Ogień w Kościele”:

“Zdarza nam się niekiedy zwiedzać wielkie gmaszysko, które w dawnych wiekach służyło za siedzibę bogatego rodu. Z tamtych właśnie czasów pochodzą w szacownej budowli piękne salony z bogato zdobionymi kominkami. W jesienne wieczory, gdy zimne wiatry sprawią, że salony stają się mocno wychłodzone, niejednemu przychodzi na myśl wizja płomieni wesoło migoczących w głębi kominka. Jakże rozgrzałyby wyziębione wnętrze, ileż ciepła i światła wniosłyby w życie mieszkańców tych sal! Co by się jednak stało, gdyby ktoś – zamiast trudzić się nad rozpalaniem ognia w przeznaczonym na to miejscu – zgromadził na dywanie na środku salonu kilka zabytkowych foteli, dorzucił ze dwa wyściełane krzesła, do tego dołączył parę obrazów zdjętych ze ścian – i w ten sposób przystąpił do ogrzewania wyziębionej sali?… Przez kilka godzin można by cieszyć się sukcesem: na pewno zrobiłoby się trochę cieplej i wieczór upłynąłby nieco milej.

Dopiero przebudzenie następnego dnia przyniosłoby zupełnie inne wrażenie. Spojrzenie wokół ujawniłoby smętny stan salonu: po zabytkowych fotelach zostało kilka gwoździ, obrazy z dawnych epok zamieniły się w stertę popiołu, w dywanie na środku zieje wielka dziura. A i ogień jakoś szybko zniknął, i – jak się zdaje – w salonie znowu jakby wieje chłodem. Na pewno wtedy pojawiłoby się pytanie: czy podniesienie temperatury wychłodzonego pomieszczenia takim kosztem na pewno jest zgodne z zamiarami właściciela domu? Czy nie lepiej było na początku rozejrzeć się za miejscem przewidzianym dla płomieni przez konstruktora gmachu? Czy nie lepiej było najpierw znaleźć w salonie kominek? Pojawiłaby się też refleksja: popiół i zgliszcza to nie wina płomieni ani nie wina budowniczego salonu…
[...]
Płoną w takim ognisku meble Tradycji i mądrość Ojców Kościoła, wrzuca się do ognia cenne obrazy liturgii i tradycyjnych form modlitwy, w imię zasady: wszystko wolno, gdy szuka się duchowego rozgrzania i gdy nagrodą ma być duchowy power. Dziki ogień zostawia po sobie znacznie mniej jedności, mniej pokoju i mniej duchowego zbudowania, niż było przed nim.”

Ilu znajdzie się odważnych strażaków gotowych gasić podobne pożary z poświęceniem swojego czasu, reputacji a może i życia? To nie pytanie do Ducha Świętego, to pytanie do każdego z nas.