Odpowiedzi

2009-05-21T20:54:56+02:00
W publicystyce początku lat 90. XX w. okres PRL porównywano często do zlodowacenia, chcąc w ten sposób wyrazić przekonanie, że panujący od 1945 r. system polityczny zamroził - niczym lodowiec- naturalną ewolucję stosunków społecznych, toteż po 1989 r. ujrzeliśmy Polskę „odmrożoną”, z całym bogactwem społecznej różnorodności, a jednocześnie z całym zahibernowanym balastem odleglejszej przeszłości. Używając innej metafory, ukazało się naszym oczom coś bardzo polskiego - pięknie rozkwitająca łąka z mnóstwem śmieci.

Porównywanie okresu PRL do epoki lodowcowej uważam za grubą przesadę. Niemniej jednak muszę przyznać, że były to czasy, gdy o mniejszościach społecznych mówiło się i pisało stosunkowo niewiele. W świadomości większości obywateli utrwalał się obraz Polski jako państwa jednolitego pod względem narodowym, a utożsamianie polskości z rzymskim katolicyzmem było wciąż bardzo silne. Toteż po 1989 r. wielu autentycznie zaskoczonych ludzi zadawało sobie pytanie, jak to możliwe, że mamy w naszym kraju wiele tysięcy Niemców czy Ukraińców, prawosławnych czy protestantów. W świadomości społeczeństwa coraz ważniejsze miejsce zdobywał sobie problem mniejszości i stosunku większości do tychże mniejszości.
Istnieje

wiele definicji mniejszości.

Według mnie mniejszość to grupa zdominowana liczebnie przez otoczenie, wyróżniająca się od otoczenia szeregiem łączących ją cech, np. językiem, narodowością, wyznaniem, kolorem skóry lub orientacją seksualną, zespolona mniej lub bardziej rozwiniętą świadomością swej odrębności, powiązana wspólnotą losu i wytworzoną przez siebie kulturą.
Mniejszość różni się mniej lub bardziej od otoczenia, czasem izoluje się sama, a bardzo często bywa (bywała) izolowana przez prawo. Przykładowo, w wielu polskich miastach protestanci nie mieli tych samych praw co katolicy do 1768 r. lub przełomu XVIII i XIX w. Prawna izolacja Żydów polskich trwała do lat 1862-1869 r., gdy państwa zaborcze dokonały równouprawnienia tej społeczności z pozostałymi obywatelami. Wiedza większości o mniejszości bywa powierzchowna lub wręcz złożona z mitów. I w tym momencie wracamy do owych „śmieci” szpecących nasza kwiecistą łąkę. W „odmrożonym” po 1989 r. społeczeństwie ożyły bowiem stereotypy sprzed pół wieku i jeszcze odleglejszych czasów, przede wszystkim takie jak: Polak to katolik, prawosławny to Rosjanin, a ewangelik to Niemiec. „Gdyby byli Polakami, wyznawaliby naszą, katolicką wiarę” - daje się tu i ówdzie usłyszeć o ewangelikach1. Przyjrzyjmy się więc bliżej niektórym „odmieńcom”.
Protestantyzm kojarzy nam się przeważnie ze Śląskiem Cieszyńskim lub Mazurami. Tymczasem w wielu miastach środkowej Polski istnieją niewielkie parafie ewangelickie, których członkowie są spolonizowanymi potomkami przybyszów z Niemiec, Czech oraz innych państw Europy Zachodniej. Do II wojny światowej parafie te liczyły po kilka tysięcy ludzi, głównie mieszkańców okolicznych wsi, określanych mianem kolonistów, wywodzących się głównie z niemieckiego kręgu językowego. W dużej części byli oni potomkami osadników zwanych olędrami, przybyłych głównie z północno-zachodnich Niemiec, czyli Fryzji, a także z Pomorza i Wielkopolski, osiedlających się z reguły w dolinach wielkich rzek od połowy XVIII w. Później, około 1800 r., dołączyli do nich następni przybysze z wymienionych regionów, a także z Czech i Śląska oraz ze Szwabii, czyli Badenii, Hesji i Wirtembergii. Pod względem wyznaniowym dominowali wśród nich luteranie, ale byli także menonici, herrnhuci, reformowani i baptyści2.
Ze względów wyznaniowych przybysze ci żyli nie „pośród”, lecz niejako „obok” autochtonów, przyglądających się im zawsze z pewnego oddalenia, nie wszystko rozumiejących, co zrodziło mnóstwo opinii powierzchownych, często wręcz stereotypów. Były to zresztą stereotypy powszechne wśród ogółu Polaków. A więc: Niemiec nie jest w stanie nauczyć się dobrze mówić po polsku, jest strasznie skąpy, toteż jada głównie kartofle (stąd przezwisko „kartoflarze”). Stroje noszone przez przybyszów z Niemiec, szczególnie te modne w końcu XVIII w. („kusy” czyli krótki frak, peruka z warkoczykiem, zwanym „harcapem”), były dla polskiego ludu tak dziwaczne, że zrodziły wyobrażenie diabła. Nie przypadkowo zresztą, skoro Niemiec to z reguły heretyk, wyznawca „psiej wiary”, bezbożnik3.
Dla autochtonicznych mieszkańców mazowieckich wsi i miasteczek ewangeliccy sąsiedzi byli przede wszystkim odstępcami od „prawdziwej wiary”. Postrzegano ich często jako zwartą całość, określano pogardliwym mianem „szwabów”, choć - jak wiemy - w rzeczywistości tylko część z nich była autentycznymi Szwabami. Ewangeliccy osadnicy tworzyli społeczność bardzo zróżnicowaną pod względem etnicznym i językowym. Szwabowie posługiwali się w życiu codziennym własnym dialektem, bardzo różnym od plattdeutsch, będącego językiem olędrów. Zupełnie inną odmiana plattu mówili przybysze z Pomorza. Wszyscy używali języka hochdeutsch w zasadzie tylko od święta, podczas nabożeństw. Mieszkańcy osiedli szwabskich byli z reguły zamożniejsi, choć niekoniecznie bardziej wykształceni niż mieszkańcy tak zwanych wsi olęderskich i pomorskich. Uważali się jednak za coś lepszego od nich. Toteż w ich świadomości występowały uprzedzenia i stereotypy jakimi z reguły otacza się społecznie słabszych. Wśród mazowieckich Niemców o olędrach mawiano, że rodzą się ślepi. W jednej z anegdot na ten temat, kolonista z mazowieckiej wysoczyzny pyta osadnika znad Wisły:
- Es dat woh, dat de Nadringsche nehge Dog no de Geburt os jung Hunn blind send ? [Czy to prawda, że wy, ludzie z doliny, jesteście ślepi jeszcze dziewięć dni po urodzeniu, jak szczenięta?].
- Dat es woh [To prawda] - odpowiada olęder. - Abi wo he dan ehste sehne kann, dan sitt he ock so ne höchtsche Sandhose, os de ehe best, derch en sastalg Bohl [Lecz gdy dzieciak zacznie wreszcie widzieć, potrafi wypatrzeć takiego wydmowego zająca jak ty nawet przez sześciocalową deskę]4.
Anegdota ta może skłaniać do smutnej refleksji, że członkowie mniejszości nie stają się tolerancyjni przez sam fakt odmienności od otoczenia, że izolacja lub dyskryminacja w większości przypadków nie czyni ludźmi bardziej otwartymi na różnorodność, rzadko kiedy uszlachetnia, a często demoralizuje. Czyż nie tu powinniśmy doszukiwać się jednego ze źródeł zaangażowania wielu mieszkających w Polsce od pokoleń Niemców po stronie hitlerowskiego najeźdźcy?

Stosunek Polaków do mniejszości żydowskiej

obciążają stereotypy sięgające korzeniami średniowiecza. Przez wiele stuleci, tu i ówdzie jeszcze w XIX i XX w., wierzono, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci, których krwi potrzebują do swych obrzędów5. W XIX w. dołączył do tego mit Żyda sprzedającego biedne i naiwne chrześcijanki w niewolę u właścicieli domów publicznych. Dochodziło do tego typowe dla wczesnego kapitalizmu przekonanie, że Żydzi to albo niewyobrażalnie bogaci krwiopijcy albo drobni oszuści, stroniący od ciężkiej pracy. Mogłoby się wydawać, że dokonane przez niemieckich faszystów ludobójstwo pogrzebie polsko-żydowski antagonizm. Ale antagonizmy i stereotypy żyją dalej własnym życiem.
Mówimy o żydowskiej przedsiębiorczości, mówimy o żydowskiej głowie do interesów i w tym miejscu przekraczamy trudno uchwytną granicę podziwu i zazdrości, sympatii i niechęci. Bardzo blisko stąd do stereotypu Żyda, który ze swej natury jest chciwy i myśli tylko o pieniądzach, a religia nakazuje mu nienawidzić Polaków, toteż oszukuje, wykorzystuje, potrafi zręcznie omotać siecią intryg i zniszczyć, nie tylko pojedynczego człowieka, ale nawet całe państwo. Jakże często można było usłyszeć w minionym XX stuleciu, że Żydzi wymyślili kapitalizm, by wykorzystywać, a następnie komunizm, by ogłupić wykorzystywanych, by w ostatecznym rozrachunku zniewolić ich materialnie, polityczne i duchowo6.
Upowszechniany przez prawicową prasę, a więc przez „Nasz Dziennik”, „Ojczyznę”, „Naszą Polskę”, „Głos” i inne tego typu organy, obraz świata ma charakter czarno biały, jest przeciwstawieniem wyidealizowanych „swoich” mitycznym „obcym”, tego co „nasze”, a więc dobre, temu co „obce”, czyli dziwne, niemoralne i stanowiące zagrożenie dla tego co „nasze”. „Obcy”, to wrogowie wewnętrzni lub zewnętrzni, którzy chcą nie tylko pozbawić „naszych” materialnych podstaw bytu, ale także - a może przede wszystkim - pozbawić jedynie słusznego systemu wartości, domagając się np. zrównania w prawach związków homoseksualnych ze związkami heteroseksualnymi, upowszechniając bluźnierczą sztukę oraz propagując libertynizm, relatywizm, postmodernizm, feminizm i wszelkie zło7.
Według skrajnej prawicy Żydzi rządzili Polską za Bieruta, a w rządzie Mazowieckiego tylko jeden minister nie był Żydem - Tadeusz Syryjczyk. Szczytowym przejawem tej wręcz paranoicznej skłonności poszukiwania ukrytych wrogów są publikacje dowodzące żydowskości Tadeusza Mazowieckiego, głoszące, że Aleksander Kwaśniewski tak na prawdę nazywa się Sztolcman, a Hanna Suchocka to Chaja Goldstajn. „Odkrywczy” publicyści, w rodzaju Leszka Bubla lub Henryka Pająka, twierdzą, że Żydom nie udało się zsowietyzować Polaków za Stalina, więc teraz wracają pod fałszywymi nazwiskami, by oddać nas w ekonomiczną i duchowa niewolę Unii Europejskiej. Według nich, Niemcom nie udało się wyniszczyć Polaków podczas II wojny światowej, więc teraz podbiją nas za pomocą swych bankierów i biznesmenów, urzędników z Brukseli i piątej kolumny, czyli euroentuzjastów8.
Mogłoby to wszystko śmieszyć i pewnie byłoby śmieszne, gdyby nie to, że przesądy i zabobony, niechęć i nienawiść do odmiennych stały się w minionym XX w. przyczyną zagłady wielu milionów ludzi, Żydów, Polaków, Niemców, Cyganów, Świadków Jehowy i homoseksualistów, którym odmówiono prawa do życia ze względu na taką lub inną konstrukcję ich tożsamości. W oczach twórców i funkcjonariuszy III Rzeszy niektórzy ludzie zasługiwali na unicestwienie z kilku jednocześnie przyczyn. Znany niemiecki seksuolog Magnus Hirschfeld opuścił Niemcy w 1932 r. i już do nich nie wrócił, wiedząc, że zasłużył tam sobie na dwa wyroki śmieci: na pierwszy jako Żyd, na drugi jako homoseksualista. Do obozu koncentracyjnego trafiłby już za samo to, ze był socjaldemokratą9.
W dzisiejszej Polsce prawicowi populiści zaczynają zwalczać emancypacyjne dążenia gejów i lesbijek hasłami zaczerpniętymi z jakże „bogatych” zasobów antysemickiej propagandy. Stosunek „Naszego Dziennika” do mniejszości seksualnych przypomina pod wieloma względami stosunek przedwojennego „Rycerza Niepokalanej” do Żydów. Są to zresztą dużo starsze schematy. Przed stu laty konserwatywni publicyści w Niemczech ostrzegali przed zagrożeniem, jakie dla porządku społecznego i moralności stanowią Żydzi oraz homoseksualiści. W grudniu zeszłego roku zauważyłem na jednym z przystanków przy Marszałkowskiej taką oto sentencję: „W Polsce źle się dzieje, w IPN-ie sami żydogeje”. Kolejna aberracja intelektualna? Owszem! O tyle jednak groźna, że nie brak w naszym kraju urzędników chętnie zakazujących parad i wieców, biskupów nawołujących do obrony moralności i „patriotycznej” młodzieży ochoczo rzucającej kamieniami na przemian z okrzykami „Pedały do gazu”. Duchowi spadkobiercy „fachowców” dowodzących niegdyś, że nie ma czegoś takiego jak sztuka żydowska, dowodzą dziś, że nie ma kultury „queer”, że to tylko deprawacja nieletnich, zgnilizna i w ogóle degeneracja10.

Stereotyp

to rzeczywistość zdeformowana w krzywym zwierciadle niewiedzy i chorej wyobraźni. Stereotypy są zapewne nieuniknionym, choć raczej niepożądanym, efektem procesów myślowych, zmierzających do uogólnień mających porządkować nasz obraz świata. Są więc stare jak nasz gatunek, jak ludzkość. Bieg dziejów odsuwa do lamusa historii niektóre stereotypy, inne zaś zyskują na brzemiennym w skutki znaczeniu, jak choćby stereotypy odnoszące się do Cyganów. Są oni obecnie grupą chyba najbardziej w Polsce społecznie upośledzoną i obciążoną krzywdzącymi wyobrażeniami otoczenia. Wielu spośród nas uważa, że są leniwi, nie chce im się pracować, wolą żebrać lub kraść: są z natury niechlujni i brudni, choć przecież na różnych nielegalnych interesach robią duże pieniądze. Oczywiście, Cyganie mają uroczy folklor, barwne stroje i piękne, romantyczne pieśni, z tym zgodzi się większość, ale wielu doda półgłosem, że przy kontaktach z nimi najlepiej trzymać się za portfel i w ogóle mieć wszystko pod kluczem. W tym kontekście nie zaskakują pogromy Cyganów, jakie w początku lat 90. XX w. miały miejsce w Mławie i wielu innych polskich miastach.
Bardzo wiele mitów wiąże się ze Świadkami Jehowy, jakże często określanych „uroczym” mianem wyznawców „kociej wiary” lub „kotów”. Osobiście odnoszę się z dużym dystansem do przedstawicieli tego wyznania, nietolerancyjnych choćby wobec mniejszości seksualnych. Z drugiej jednak strony napawają mnie obrzydzeniem prymitywne kłamstwa na ich temat. Chyba każdy z nas spotkał się z takimi opiniami o Świadkach, jak te mówiące, że: są wobec siebie bardzo solidarni, ale wobec otoczenia nie przestrzegają żadnych norm społecznych, że nowo pozyskanym wyznawcom płacom za przystąpienie do ich Kościoła, że każdy taki nowy wyznawca musi w trakcie ceremonii przyjęcia do Kościoła opluć i podeptać krzyż.
Ten ostatni motyw jest zresztą jednym z wariantów mitu rozpowszechnianego niegdyś przez katolików wobec większości protestantów. O luteranach mawiano, że nie tylko nie oddają czci Maryi ale ponadto w różny sposób ubliżają jej wizerunkom, np. depcząc je. W Iłowie, wsi na zachodnim Mazowszu, panowało przekonanie, że w kruchcie tamtejszego kościoła ewangelicko-augsburskiego leży zakopany obraz Maryi, umieszczony tam jakoby po to, by każdy człowiek wchodzący do kościoła musiał przejść nad obrazem, czyli podeptać go. Toteż gdy po 1945 r. rozbierano tamtejszy kościół, grupa tubylców wykopała w kruchcie dół, szukając zakopanego tam obrazu11.
Na szczęście w ciągu ostatnich kilkunastu lat tolerancja wobec mniejszości religijnych i narodowych stała się dla większości społeczeństwa polskiego obowiązującym standardem, ogólnie przyjętą normą. Szeroko rozpropagowany fakt ewangelickiej przynależności wyznaniowej premiera Jerzego Buzka pozwolił wielu ludziom przekonać się ostatecznie, że utożsamianie protestanckości z niemieckością jest nonsensem. Nadal jednak duża część społeczeństwa ma trudności z pogodzeniem się z faktem, że w „ich” kraju mieszkają lub chcą zamieszkać ludzie nie będący Polakami, nie mający najmniejszej ochoty stać się nimi, pragnący zachować swą narodową odrębność. Nawet wśród ludzi pozytywnie nastawionych do mniejszości wyznaniowych i narodowych panuje często przekonanie, że asymilacja do polskości jest najlepszym rozwiązaniem dla obu stron, rodzajem zobowiązania z wdzięczności, jakim przyjaźnie przyjęty gość powinien odwzajemnić się gospodarzowi, czymś oczywistym wobec wspaniałości polskiej historii i kultury.
I tak oto dotarliśmy do

pułapki kryjącej się w pojęciu polskiej tolerancji,

będącej w rzeczywistości rodzajem polonocentrycznego zadufania. My Polacy-katolicy, gospodarze tej ziemi, godzimy się wspaniałomyślnie na obecność wśród nas mniejszości, tolerujemy różnych „odmieńców”, czyli cierpliwie znosimy ich obecność, skoro nie chcą chodzić do tego samego co my kościoła, skoro nie chcą uprawiać seksu „jak Pan Bóg przykazał”, skoro nie chcą stać się tacy jak my. Mało kto zadaje sobie pytanie, czy chciałby być tolerowany w kraju, w którym mieszka, w którym się urodził lub sobie wybrał, będącym tak czy inaczej jego ojczyzną. Kto chciałby być tolerowany u siebie? Czy jeden człowiek ma prawo tolerować drugiego, ponieważ należy on do mniej licznej i słabszej grupy?
Tolerancja jest moim zdaniem jednostronną relacją z pozycji siły, wiążącą się z wartościowaniem cech lub przekonań, których wartościować się nie powinno. Wprawdzie żaden człowiek nie rodzi się określonego wyznania lub narodowości, wszystko to może zmienić jeśli pragnie, lecz nie ma obowiązku, by to uczynić. A już prawdziwą tragedią w świecie, w którym większość rozważa zakres tolerancji wobec mniejszości, jest przynależność do mniejszości z urodzenia. W takiej sytuacji są przecież mniejszości seksualne.
Bez wątpienia tolerancja była w średniowieczu i w okresie nowożytnym wielkim osiągnięciem myśli humanistycznej, jedną z czołowych oznak postępu. Tolerancja nie jest jednak godnym XXI wieku i wieków następnych modelem stosunków międzyludzkich. Wynika to choćby ze źródłosłowu tego pojęcia. Łacińskie „tolero (-are)” oznacza ni mniej ni więcej „wytrzymywać”, „znosić”, „cierpieć”, a „tolerans (-tis)” to „znoszący”, „cierpliwy”.
Jednocześnie mamy w naszym języku -i innych językach europejskich- wywodzące się również z łaciny słowo „akceptacja”. „Accepto (-are) to „przyjmować”, a „acceptus” to „wzięty”, „przyjęty” w sensie „miły nam”, „mile (chętnie) widziany”12. A ponieważ żyjemy w społeczeństwie jakże często deklarującym swe przywiązanie do wartości chrześcijańskich, nie od rzeczy będzie wspomnieć, że ta druga relacja jest bez wątpienia bliższa zawartej w Nowym Testamencie zasadzie miłości bliźniego.
Jedynym dobrym dla wszystkich rozwiązaniem problemu jest tworzenie stanu wzajemnej akceptacji, powszechne uznanie prawa do ekspresji siebie, ograniczonego wyłącznie takim samym prawem drugiego człowieka. Zadaniem współczesnej demokracji, zobowiązaniem rządzącej większości wobec mniejszości, zadaniem jakie ma do spełnienia wobec ogółu obywateli, jest zapewnienie wszystkim równości praw i szans. Współczesna demokracja to oczywiście system w którym władzę sprawują przedstawiciele większości, ale liczący się z aspiracjami i prawami mniejszości, zapewniający mniejszości swobodę publicznego wyrażania swych przekonań, przyznający każdej grupie prawo do samookreślenia i stanowienia o sobie.
Jeśli zasada ta będzie się umacniać w naszym społeczeństwie, tworzące je grupy społeczne, a szczególnie borykające się z przesądami mniejszości, cieszyć się będą możliwością swobodnego rozwoju lub choćby stabilnej egzystencji. Dzięki temu różnorodność natury ludzkiej i wyrastająca z niej różnorodność zjawisk kultury staną się podstawą twórczego współistnienia.
4 4 4