Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2009-11-25T18:56:02+01:00
Obraz Vincenta van Gogha "Kruki nad łanem pszenicy" jest ostatnim dziełem malarza. Malunek ten powstał w postimpresjonizmie. Obraz oddaje osobowość Gogha.
Obraz "zbudowany" jest z barwnych plamek. Nad rozfalowanym zbożem ciąży surowy, mroczny błękit nieba. Kolory są zbrudzone mocno nasyconą czernią. Nad łanami unoszą się kruki - te czarne, nieregularne punkty posiadają duży ładunek emocjonalny. Budzą w nas strach i niepokój. Pejzaż wyraża ból, bezradność mimo zagrożenia, stopień najwyższego napięcia i jednocześnie brak szansy na odnalezienie innej, pogodniejszej drogi. Malarz doskonale oddał niepokój i tajemniczość obrazu. Patrząc na niego czujemy dreszcze i odczuwamy strach. Życie artysty było pełne niepokoju, dlatego odbija się to na jego obrazach. Odbiorca sam odczytuje sens obrazu. Dzięki genialnym ruchom pędzla kreującym przestrzeń malarz doskonale oddał swoje emocje. Najważniejszym śrdokiem jest w tym przypadku plama barwna, znacznie uproszczona świadczy o zupełnie nowatorskim podejściu do kwestii przestrzeni. Wibrująca faktura podkreśla wrażenie niepokoju, męczy widza przenosząc go w świat trudny, niewygodny, ciężki do zniesienia...
Obraz wzbudza we mnie niepokój, lecz jednocześnie podziw. Zadziwiające jest to, jak autor doskonale potrafił wyrazić swoje uczucia na płótnie.
11 3 11
2009-11-25T19:03:10+01:00
Vincent van Gogh. Nie ma chyba człowieka który nie znałby tego nazwiska. Jednak ten wybitny malarz, który dzisiaj jest jednym z najbardziej podziwianych i cenionych artystów w historii malarstwa, prowadził życie pełne bólu i upokorzeń. Pod koniec życia cierpiał na chorobę psychiczną, która doprowadziła go w końcu do samobójczej śmierci. Jednak, paradoksalnie w okresie gdy był najbardziej chory stworzył najwięcej swoich arcydzieł.

Jego cechy to intensywność barw z przewagą żółci, gruba warstwa farb kładziona metodą impasto a także deformacja. Nie dbał o subtelne impresjonistyczne efekty świetlne, pragnął w swych pejzażach i martwych naturach zatrzymać obecność słonecznego żaru. W pewnym sensie uprawiał kult słońca na sztalugach, czego najwymowniejszym przykładem są kolejne wersje Słoneczników (1888).


Vincent van Gogh urodził się 30 marca 1853 roku w Groot Vundert, w północnej Brabancji, w Holandii. Jego ojciec, Theodorus, był kalwińskim pastorem. Vincent miał czworo młodszego rodzeństwa, lecz najmocniejsze więzy łączyły go z młodszym o cztery lata Theo (Theodorus, jak ojciec), który zawsze i na każde zawołanie będzie brata wspomagał materialnie i duchowo.

Vincent miał 17 lat, gdy zaczął pracować. Zostaje sprzedawcą w słynnej galerii-antykwariacie Goupila w Hadze. Dwa lata później napisze pierwszy list do Theo. Korespondencja między braćmi stanowi zjawisko wyjątkowe; z 650 zachowanych listów pochodzi większość naszej wiedzy o van Goghu.

Vincent okazuje się znakomitym marszandem i galeria wysyła go najpierw do filii w Londynie, a potem do oddziału paryskiego. Trzeba dodać, że młody sprzedawca mówi biegle po francusku i po angielsku. Theo też pracuje u Goupila, tyle że w oddziale brukselskim. A jednak, w 1876 roku, Vincent opuścił galerię definitywnie. Czuje się powołany do głoszenia ewangelii. "Chcę zostać pastorem. Pragnę pocieszać biedaków..." - pisał w listach do brata. Po dwóch latach przerywa jednak studia teologiczne.

W połowie 1879 roku dowiedział się, że protestancka gmina, której był kaznodzieją, nie przedłuża z nim umowy. Załamany przyjechał do rodziców, do Etten, ale wkrótce, gdy tylko Theo dał mu trochę pieniędzy, pojechał znowu do Borinage. Coraz więcej rysował i malował kopie obrazów podziwianego przez siebie Milleta.

Następnego roku w kwietniu ponownie przyjeżdża do Etten, do rodziców. Theo, wraz z kuzynem, uznanym malarzem scen rodzajowych, Antonem Mauve, podtrzymują go na duchu i zachęcają do dalszego malowania. Vincent zakochuje się w owdowiałej kuzynce, Kee Voss. Kiedy jednak proponuje jej małżeństwo, Kee stanowczo go odrzuca. Zbliża się Boże Narodzenie. Ojciec - pod pretekstem, że opuścił nabożeństwo - nazywa go wykolejeńcem i nieudacznikiem i wymawia mu mieszkanie. Vincent ucieka do Hagi, gdzie znajduje schronienie u Mauve'a, z którym jednak wkrótce się pokłóci. Jest grudzień 1881 roku.

Osamotniony Vincent zaniechał malowania, włóczył się od baru do baru. Któregoś wieczora poznaje Christine - szwaczkę, sprzątaczkę, a gdy nie starcza na życie - prostytutkę. Sien, bo tak ją nazwał, ma kilkoro dzieci i znowu jest w ciąży. Zamieszkali razem. Van Gogh miał modelkę i szczere przekonanie, że ratuje kobietę upadłą. Rodzina, znajomi - nikt nie akceptuje tego związku. Wszyscy się od niego odsunęli. Opuścił Sien dopiero wtedy, gdy uświadomił sobie, że jego podopieczna nie ma zamiaru zostać obiektem zbawczych zabiegów niedoszłego pastora. Vincent van Gogh ma 29 lat.

Znowu pojawia się w Nuenen, u rodziców, którzy - jak zwykle - zarzucają mu, że żyje na koszt brata, że nic nie sprzedaje... Konflikty powtarzają się coraz częściej.

Kolejny dramat odciśnie piętno na życiu Vincenta. Zakochał się, tym razem z wzajemnością, w córce sąsiadów, Margot Begeman. Oświadcza się, lecz jej rodzice odmawiają zgody na małżeństwo. Margot próbowała się otruć. Wprawdzie odratowano ją, ale plany wspólnego życia legły w gruzach.

26 marca 1885 roku zmarł nagle ojciec, Theodor van Gogh. Jego śmierć przypieczętuje zerwanie Vincenta z resztą rodziny, z wyjątkiem Theo, który od tej chwili stał mu się jeszcze bliższy. W tym czasie Vincent namalował Jedzących kartofle , mroczne płótno, do którego wiele razy będzie jeszcze powracał. Jakże to obraz odległy od proponowanej przez Milletapromiennej apoteozy wiejskiego życia! U van Gogha chłopska egzystencja przeniknięta jest bezgranicznym smutkiem. Dominuje twarda, brutalna bieda, bez pociechy, bez krztyny radości.
W marcu 1886 roku Vincent przyjeżdża do Paryża, do Theo, który od kilku lat prowadzi francuską filię galerii Goupila. Zdecydowany uczyć się malarstwa wpisuje się na kursy Cormona, akademickiego malarza tematów historycznych. Właśnie tam zaprzyjaźnił się z bywalcem nocnych spelun, karłem i początkującym malarzem - hrabią Henri de Toulouse-Lautrec. Obaj wkrótce dojdą do wniosku, że Cormon nie może spełnić ich oczekiwań. Odchodzą.

Po trosze dzięki bratu Vincent odkrył świat innego malarstwa. Theo wierzył w impresjonistów i wbrew obowiązującym opiniom gromadził na zapleczu galerii, przeznaczone dla nielicznych amatorów, obrazy Moneta, Pissarra, Sisleya i Degasa. Tam Vincent zobaczył prace Maneta, które zachwyciły go fakturą i kolorystyką. U Theo poznał też Gauguina.

Zachwycenie impresjonizmem trwało krótko. Van Gogh szuka własnej drogi. Uświadamia sobie, że jego malarstwo jest inne i dlatego potrzebne mu inne, niż paryskie, światło. Uważa, że na południu będzie mógł znaleźć wystarczającą przejrzystość powietrza i światło na tyle mocne, by zdołało uwydatnić kolor tak, jak tego oczekiwał. Napisze później: "Malarz przyszłości będzie kolorystą..." Marzy o wyjeździe na południe, gdzie pragnie założyć rodzaj falansteru, czyli wspólnoty malarzy, którzy chcieliby powrócić do czystości linii cechującej modne wówczas malarstwo japońskie. Toulouse-Lautrec opowiada mu o Arles... Nadchodzi zima 1888 roku. Van Gogh źle się czuje.

Przyjechał do Arles 21 lutego 1888 roku. Jest olśniony urodą przyrody. Właśnie tak wyobrażał sobie Japonię: "krajobraz pod śniegiem z białymi szczytami wznoszącymi się ku niebu, równie rozświetlonemu jak śnieg, przypominał malowane przez Japończyków pejzaże zimowe." Wkrótce nadeszła wiosna eksplozją kolorów i zapachów. "Pracuję nieustannie..." pisał do Theo, który wysyłał mu pieniądze i starał się o wystawienie kilku jego płócien w ramach Salonu Niezależnych.

W połowie czerwca, w ciągu kilku dni spędzonych w Saintes-Maries-de-la-Mer zobaczył Morze Śródziemne z charakterystycznymi dlań nocami i niebem. Po powrocie maluje gorączkowo i z zapałem. Zaprzyjaźnił się z miejscowym listonoszem Roulin oraz z podporucznikiem Millietem, ale samotność mu doskwiera. Prosi Gauguina, by przyjechał i rzeczywiście ten zjawia się w Arles 23 października 1888 roku. Zastaje Vincenta wycieńczonego pracą.

Radość wspólnego życia nie trwała długo. Gauguin próbował zaprowadzić własne porządki: zaczął od pracowni i wspólnych finansów, a potem narzucał też swoją wizję malarstwa, szafował darami... Mają niewiele rozrywek, które zazwyczaj sprowadzają się do kobiet i absyntu. Tymczasem Vincent źle znosi alkohol. Nadeszła zima. Kłótnie i sprzeczki powtarzają się coraz częściej. Wreszcie, 23 grudnia wieczorem, Vincent bez wyraźnej przyczyny rzuca szklanką w twarz towarzysza. Gauguin - mimo przeprosin - pakuje się do wyjazdu, a gdy wychodzi na dwór, van Gogh rusza za nim z brzytwą w ręce. Gauguin poszedł prosto do hotelu. Vincent wrócił do siebie, odciął sobie kawałek ucha, starannie je umył, włożył do koperty i wręczył Rachel, przyjaciółce z domu publicznego. Rachel zemdlała. Gauguin wyjeżdża bez słowa pożegnania. Van Gogha osadzono w zakładzie dla obłąkanych.

Po straszliwych halucynacjach i ataku padaczkowym przychodzi ukojenie. 1 stycznia pozwolono mu na przechadzkę w towarzystwie Roulina. Powoli stało się dlań jasne, że marzenie o wspólnej pracowni na południu było mrzonką.

7 stycznia zezwolono mu na powrót do domu, gdzie czekają nań złe wieści: nie ma grosza, właściciel zamierza wymówić mu mieszkanie, brat zaręczył się, jedyny przyjaciel Roulin musi opuścić Arles... Męczyły go przywidzenia, koszmary i skoki samopoczucia od euforii do skrajnego przygnębienia. Dużo malował. Wtedy powstały słynne autoportrety, m.in. Autoportret z obciętym uchem i z fajką.

Dzieci sąsiadów rzucały w niego kamieniami i wyzwiskami. W oczach wszystkich był wariatem. Na petycji dotyczącej osadzenia van Gogha w szpitalu widnieje 81 podpisów. Świadom swego stanu sam zażądał umieszczenia w zakładzie. Przybył do lecznicy w Saint-Remy-de-Provence 8 maja. Jak niegdyś maluje łany zboża, lecz miejsce siewcy zajmuje na nich kosiarz - "zaczerpnięty z wielkiej księgi natury obraz śmierci."

Pozwolono mu wrócić, pod opieką, po rzeczy do Arles. Odwiedza znajomych, a nawet Rachel. Świętowano jego powrót. Dwa dni później, kiedy maluje, zwala go z nóg atak nerwowy. Było to pod koniec lipca. Na trzy tygodnie traci zmysły. Halucynacje przybierają momentami charakter mistyczny. Wyje. Gdy w końcu krańcowo wyczerpany przychodzi do siebie, z tragiczną jasnością uświadamia sobie, że jest trwale chory.

W tym czasie Theo'wi urodził się syn, któremu nadano imiona Vincent Wilhelm. 20 lutego van Gogh wychodzi ze szpitala, by na dwa dni udać się do Arles. I znów powala go atak choroby, jeszcze bardziej gwałtowny niż poprzednie. Wije się z bólu i cierpi nieludzko. Prześladują go lęki. Doszło do tego, że pił terpentynę. Gdy czuł się lepiej, wracał do malowania, ale marzył o wyjeździe. "Opuścić to przeklęte miejsce! Skończyć z Arles!" Pisze do brata: "Mój wyjazd okazał się katastrofą." 16 maja wsiada do pociągu jadącego do Paryża.

Mimo obaw Theo, podróż odbyła się bez problemów. Vincent został ciepło przyjęty przez bratową. Jo zrobiła na nim wrażenie kobiety inteligentnej i serdecznej. Pojawili się też starzy przyjaciele. On jednak, już po kilku dniach udaje się do Auvers-sur-Oise, gdzie zaprasza go miłośnik malarstwa i wielbiciel impresjonizmu dr Gachet. Tam natychmiast zabiera się do malowania. Okolica mu się podoba, dr Gachet jest serdeczny i optymistyczny; uważa Vincenta za wyleczonego.

6 lipca, zaproszony przez Theo, pojechał odwiedzić rodzinę. Nie wiemy dzisiaj kto i w jakim kontekście nieopatrznie się odezwał. Dosyć na tym, że Vincent odczuł, że jest dla brata ciężarem. Śmiertelnie urażony wraca do Auvers tego samego dnia. Siły go opuszczają, za to powracają niebezpieczne ataki złości. Przechadza się z rewolwerem w kieszeni. Maluje, lecz wszystkie wysiłki wydają mu się nadaremne. Z tego okresu pochodzą Kruki nad łanem zboża, gdzie niebo i ziemia, połączone w jedną całość, jawią się jak otchłań nakryta kluczem złowrogich ptaków.

Wieczorem 27 lipca van Gogha ogarnął dziwny niepokój i postanowił strzelić sobie w pierś stojąc na łanach zbożna, które malował dwa dni wcześniej. Nie trafił jednak w serce. Wrócił do kafejki, w której mieszkał. Kiedy właściciel poszedł sprawdzić co się stało i dlaczego Vincent nie pojawił się na kolacji, ten leżal na łóżku. "Widzi Pan - powiedział - chciałem się zabić, ale mi nie wyszło". Zawiadomiono lekarza, lecz temu nie udało się wydobyć kuli. Do przybyłego później brata rzekł: "Nie płacz, zrobiłem to dla dobra wszystkich", kiedy dowiedział się, że lekarze zamierzają go ratować odparł: "Po co... smutek będzie trwał przez całe życie".Vincent zdaje się nie cierpieć, pali fajkę i długo rozmawia z bratem. Zmarł o wpół do drugiej w nocy 29 lipca.
W ostatnim liście do brata napisał: "Mogą za nas mówić tylko nasze obrazy".
9 2 9
2009-11-25T19:27:08+01:00
Kruki nad łanem zboża Vincent Van Gogh genialny obraz genialnego artysty. Plamy przenikające się nawzajem niebo łączy się z ziemią. Kolorystycznie dopracowany w każdym szczególe. Ogólne wrażenie barwny, ale chwila zastanowienia i dochodzimy do wniosku, że jest raczej mroczny i tajemniczy. Czarne plamy kruków dodają tylko wrażenia niesamowitości. Jak zły omen zbliżają się i przynoszą złe wieści.
10 2 10