Odpowiedzi

2009-11-28T14:19:06+01:00
Obecnie w ramach misji znajduje się dobrze działający ośrodek zdrowia, który przyjmuje dziennie 100 - 150 pacjentów, tania apteka, sala opatrunkowa, gdzie opatruje się szczególnie poparzone dzieci. To jest niestety specyfika i przykry fenomen Komorów, bo wiele takich wypadków ciężkich poparzeń ma tu miejsce. Dzieci są bardzo często zaniedbane przez matki i to jest główna przyczyna tych wypadków. Sam wielokrotnie widziałem dzieci przywożone nocą, poparzone niesamowicie i skazane na śmierć bez fachowej opieki misyjnego ośrodka zdrowia.
Oprócz ośrodka zdrowia i sali opatrunkowej, w ramach misji znajduje się też niewielki szpital na około 25 łóżek, gdzie cięższe wypadki poparzeń i malarii można leczyć bez konieczności codziennego transportu. Obok tego jest jeszcze maleńka porodówka na 10 łóżek i sala konsultacyjna dla matek w ciąży. Przebywający w szpitalu czy w porodówce sami (lub ich rodziny) przygotowują sobie codzienne jedzenie. I tak to się kręci.

2009-11-28T14:22:30+01:00
Preca na misji niewątpliwie różni się od pracy standardowych księży. Misjonarze mają specjalne zadanie. Muszą przekonać do Boga niewierzących czy pogan. Według mnie, ich praca jest trudniejsza. W tamtym "świecie" księża są inni, nowi. Wszystko muszą zaczynać od nowa, budować fundamenty. Nie jest to jedyna przeszkoda. Misjonarze muszą się również liczyć z problemami jak : brak funduszy, choroby, kultura tubylców (nierzadko zaprzeczająca prawdom gloszonym przez kościół). Coś jednak sprawia, że coraz więcej studentów teologii decyduje się na tego typu pracę. Wątpie, że kieruje nimi chęć zwiedzania. Chodzi tu raczej o niesamowitą nagrodę jaką jest satysfakcja. Satysfakcja nawrócenia, bycia współczesnym apostołem.
2009-11-28T14:40:33+01:00
Otóż obecność Islamu i (powiedzmy szczerze) nijaka, masońska polityka Francji spowodowały, że misje chrześcijańskie na Komorach nie miały szansy się rozwinąć. Od początku więc swojej obecności, Kościół katolicki nastawiony był raczej jedynie na działalność charytatywną wśród miejscowej ludności. W latach 60-tych i 70-tych rozwinięta wtedy misja obejmowała szkołę i szpital w Moroni (gdzie pracowały siostry ze zgromadzenia św. Tomasza de Villneuve), oraz objazdy wiosek w buszu. Do tego zadania sprowadzono w drugiej połowie lat 70-tych z Madagaskaru siostry ze zgromadzenia Bożej Opatrzności.



W latach 70 – tych wraz z uzyskaniem niepodległości szkolnictwo przeszło pod zarząd państwa, a więc misja katolicka całkowicie poświęciła się pracy charytatywnej wśród chorych. Obecnie w ramach misji znajduje się dobrze działający ośrodek zdrowia, który przyjmuje dziennie 100 - 150 pacjentów, tania apteka, sala opatrunkowa, gdzie opatruje się szczególnie poparzone dzieci. To jest niestety specyfika i przykry fenomen Komorów, bo wiele takich wypadków ciężkich poparzeń ma tu miejsce. Dzieci są bardzo często zaniedbane przez matki i to jest główna przyczyna tych wypadków. Sam wielokrotnie widziałem dzieci przywożone nocą, poparzone niesamowicie i skazane na śmierć bez fachowej opieki misyjnego ośrodka zdrowia.



Oprócz ośrodka zdrowia i sali opatrunkowej, w ramach misji znajduje się też niewielki szpital na około 25 łóżek, gdzie cięższe wypadki poparzeń i malarii można leczyć bez konieczności codziennego transportu. Obok tego jest jeszcze maleńka porodówka na 10 łóżek i sala konsultacyjna dla matek w ciąży. Przebywający w szpitalu czy w porodówce sami (lub ich rodziny) przygotowują sobie codzienne jedzenie. I tak to się kręci. To wszystko co opisałem powyżej, to tzw. Miejskie Centrum Medyczne – Caritas, znajdujące się na terenie misji w Moroni. Jak już poprzednio wspomniałem od samego początku czyli od prawie 40 lat pracuje tutaj Siostra Colette, którą miejscowa ludność nazywa Coco (babcia) Colette lub Matka Teresa z Moroni. Jej poświęcenie i oddanie są uderzające. Siostra ta praktycznie cały czas obecna jest w szpitaliku i krząta się między chorymi dziećmi. O każdej porze dnia i nocy na każde zawołanie, gotowa służyć i opatrywać rany. Smutne tylko, że ona poświęciła całe swoje życie tutejszej ludności, będąc najpierw nauczycielką w szkole, a później zajmując się chorymi. Jednocześnie kiedy ona sama (ostatnio dwukrotnie) poważnie zachorowała i nie można jej było zostawić w jej (misyjnym) szpitaliku, zawiozłem ją nieprzytomną, do szpitala miejskiego, gdzie mają znacznie bardziej zaawansowane możliwości techniczne. Na przyjęcie musiała jednak czekać ponad 45 minut .... Ja sam, czekając z nią w samochodzie przed szpitalem, byłem oburzony i zdziwiony, bo skoro wszyscy ją znają, wszyscy przyznają się do tego, że kiedyś byli przez nią uczeni, lub leczeni, to dlaczego jednocześnie ruszają się jak „muchy w smole” ... i nie wykazują najmniejszego zainteresowania tą, którą tak rzekomo szanują i poważają ? Dopiero interwencja lekarza, który czasami odwiedzał i pomagał siostrze w jej szpitalu, ruszyła sprawę. Warto jednak zaznaczyć, że taka postawa nie jest niczym nadzwyczajnym w warunkach afrykańskich. Skąd się to bierze i jakie są tego przyczyny ??? To jest dla mnie jeszcze problem nierozwiązany ... niemalże tajemnica. Jestem bowiem –delikatnie mówiąc- zaszokowany kiedy czytam takie np. wiadomości:



„5 października 2003 roku 63 letnia świecka, misjonarka włoska został zamordowana bestialsko, w założonym przez siebie szpitalu w Boroma (północna Somalia). W szpitalu tym pracowała od 33 lat pomagając miejscowej ludności”



albo



„O. Mario Mantovani od 45 misjonarz w Ugandzie, gdzie zajmował się trędowatymi został zabity 14 sierpnia ub. roku na drodze z Capoto do Kotido”



No cóż, może nie umiem jeszcze zrozumieć wielu spraw. Chrystus też przyszedł zbawić swój lud i powieszono Go na krzyżu. A trzeba o tym pamiętać, że wszyscy jesteśmy powołani aby iść za Chrystusem ....



Oprócz więc centrum medycznego Caritas w Moroni, misja zajmuje się także pomocą medyczną w buszu. Od lat dwie siostry (obecnie Malgaszki) ze zgromadzenia Bożej Opatrzności, codziennie wyruszają w busz, do rozrzuconych po wyspie wiosek, aby tam służyć ludności podstawową pomocą medyczną. Jest to nie tylko leczenie, opatrywanie ran, dystrybucja środków anty-malarycznych i najpotrzebniejszych lekarstw, jak aspiryna, czy środki przeciw biegunce. Siostry te organizują także w czasie swoich podróży regularne kształcenie i douczanie miejscowej ludności, szczególnie kobiet w dziedzinie higieny, opieki nad dziećmi, a także kursy kroju i szycia, czy gospodarstwa domowego. Niewielkie środki, niewielka (wydawać by się mogło) działalność, a jednocześnie widoczne efekty. Jest to coś, co najpierw i przede wszystkim pomaga wyjść z zacofania i biedy miejscowej kobiecie, która nie ma żadnych praw i żadnej wartości. Siostry mówią wprost, że ich praca jest pracą na rzecz promocji kobiety. Tymi niewielkimi środkami i działaniami pomagają zagubionym w buszu kobietom i pokazują im jak można żyć inaczej, lepiej, godniej dając im jednocześnie nadzieję na lepsze jutro.



Czasami myślę sobie właśnie, że gdyby kiedyś otworzyły się bramy religijnej wolności, to chyba pierwszymi nawróconymi byłyby komoryjskie kobiety, które tak wiele pomocy otrzymały. Chociaż ??? na to trzeba będzie pewno jeszcze trochę poczekać.



Oczywiście, obecny tu ksiądz nie uczestniczy bezpośrednio w pracach ośrodka zdrowia, czy szpitala, ale jest koordynatorem ich pracy. Do niego należy troska o zapewnianie środków materialnych potrzebnych do funkcjonowania misji, a więc i Centrum Medycznego. On jest odpowiedzialny za kontakty ze wszystkimi organizacjami charytatywnymi wspierającymi działalność misji w Moroni, a także za całą materialną i finansową strukturę misji i Centrum. Centrum Medyczne jest prowadzone w ramach Caritas’u, a więc ksiądz jest tu także przedstawicielem tej organizacji.



Do jego codziennych obowiązków należy duszpasterska troska o mieszkających na tych trzech wyspach (Ngazidzją, Anjouan i Moheli) katolików. Codzienna Msz św. z krótką homilią to normalny kapłański obowiązek. We Mszy św. w dzień powszedni uczestniczą oczywiście siostry i kilkoro (5-7) osób. Widząc tych ludzi w kościele buduję się ich wiarą i zaangażowaniem. Oni pomagają w organizowaniu i animacji liturgii i życia parafialnego. A jest to: zairska rodzina Mongimur, Mama Daphrose uciekinierka z Rwandy, Charles – rwandyjski inżynier na wygnaniu i Mark - malgaski lekarz. Bez nich kościół świeciłby pustkami i poza 3 siostrami i bratem Filipem nie byłoby na Mszy codziennej nikogo.



Na niedzielną Mszę Św. przychodzi trochę więcej (25 – 30) ludzi, ale to są stale ci sami, wierni katolicy „dnia powszedniego”, który animują niedzielną liturgię (czytania, komentarze do czytań, modlitwa wiernych, śpiewy). Tutaj dopiero widać jak bardzo ważne jest poczucie przynależności do parafii, jak taka przynależność nie jest anonimowa. To dopiero w diasporze, takiej, jak na Komorach docenia się wartość wspólnoty Kościoła, parafii, grupy. Tutaj każdy każdego zna, ksiądz zna wszystkich i ze wszystkimi utrzymuje przyjacielskie kontakty.



Wydawać by się mogło, że niewielka parafijka, to i problemy niewielkie, ale trzeba pamiętać, że parafia ta znajduje się na podwójnej wyspie, na podwójnym oceanie. Geograficznie jest to parafia na wyspie Ngazidja na Oceanie Indyjskim. Już to odcięcie od świata sprawia niejednokrotnie trudności i kłopoty. Na wyspie, jak i w całym kraju nie ma praktycznie żadnej produkcji. Wszystko, ale to absolutnie wszystko jest importowane z zewnątrz. A co za tym idzie niejednokrotnie proste i łatwo dostępne w Europie rzeczy tutaj są nieodstępne, albo w najlepszym przypadku trzeba na nie czekać całymi miesiącami. Że nie wspomnę już o horrendalnych cenach, które przekraczają trzykrotnie i więcej ceny w Europie. Dlatego też prowadzenie całej misji i parafii, to niezła gimnastyka na co dzień.



Ponadto parafia w Moroni – kulturowo - znajduje się na maleńkiej wysepce katolicyzmu w morzu Islamu. My jesteśmy tutaj obcy i to się da wyczuć na każdym kroku. Nie wolno nam używać dzwonu, nie wolno robić procesji, nie wolno na tematy religijne z nikim rozmawiać. Bywa, że w czasie Mszy Św. wieczornej lub przedpołudniowej niedzielnej młodzież złośliwie rzuca kamienie na blaszany dach kościoła, lub przychodzi pod okna kościoła z radiem na „cały gaz”, albo z ulicy przedrzeźnia nasze śpiewy liturgiczne ... Zdarzyło mi się, ze kilkoro młodzieńców weszło do kościoła w czasie Mszy św. i mimo, że zachowywali się –powiedzmy- poprawnie i na głowach mieli islamskie kofije, chcieli także przystąpić do Komunii Św.



Do tych regularnych obowiązków kapłańskich w Moroni, dochodzi także obowiązek w miarę regularnych wizyt na dwóch pozostałych wyspach: Anjouan i Moheli.



Ta więc podwójna „wyspowość” parafii, izolacja, samotność i odpowiedzialność za wszystko, i to nie tylko w parafii, domu, misji ale i w centrum medycznym powoduje, że jedyny obecny tu ksiądz naprawdę ma co robić. I to wszystko w temperaturach zbliżonych do temperatury w pobliżu pieca hutniczego.



Oczywiście, nie piszę o tym, aby się skarżyć, czy utyskiwać, ale aby przybliżyć chociaż odrobinę warunki i rodzaj pracy misyjnej na tym zapomnianym –wydawać by się mogło- od Boga i od ludzi archipelagu. Z drugiej jednak strony, jak wspomniałem wiele jest momentów radosnych i budujących w życiu księdza, wiele takich chwil, kiedy widzi on, że praca jego jest potrzebna, doceniana i dowartościowana, co chyba nie zawsze jest widoczne w wielu spoganiałych parafiach w Europie, gdzie miałem okazję bywać (w Niemczech, Belgii, Anglii, Holandii) ksiądz jest coraz częściej nikomu niepotrzebnym elementem folkloru.



Tutaj bardzo często ksiądz jest nie tylko kapłanem dla wiernych w parafii, ale także jedyną nicią łączącą ze światem zewnętrznym. Tak było (i nadal jest) dla kilku Europejczyków, którzy mieli to nieszczęście znaleźć się w tarapatach lub w miejscowym więzieniu. Od ponad sześciu miesięcy odwiedzam tam (w tym jak się tutaj śmieją - hotelu Moroni II) regularnie, dwa razy w tygodniu pewnego Filipa, Belga z pochodzenia ... I nie tylko jego. Wcześniej było tu dwóch Francuzów ...i od kilku miesięcy Luksemburczyka Mike’a.



Po co i dlaczego, skąd i jak ?