Odpowiedzi

2009-11-30T10:50:20+01:00
Tajna misja - El Dorado

To była niezwykła wyprawa. Raz szło nam jak pod górkę i pod wiatr, kiedy indziej znów wszystko układało się jak z płatka. Ciągłe falowanie – w górę i w dół, między optymizmem i rezygnacją. Tak non stop, bez chwili przerwy, do samego końca. Po finał – jakże zaskakujący, szokujący i – być może – będący rozwiązaniem zagadki liczącej przeszło pięćset lat...


I
– Znamy rejon, gdzie to ma być, mamy odręczny szkic i lotnicze zdjęcia całej okolicy – tłumaczyłem Maćkowi, który słuchał mnie z wypiekami na twarzy. – Istnieje duża szansa, że uda nam się to, co się nie powiodło nikomu przez ostatnich... pięćset lat! Zebraliśmy tyle informacji, iż od ostatecznego rozstrzygnięcia, i – kto wie? – być może od epokowego odkrycia, dzieli nas tylko jeden krok, najwyżej dwa. Musimy spróbować.
Siedzieliśmy przy kawiarnianym stoliku, powoli sączyliśmy piwo. Do naszego wyjazdu na drugą półkulę brakowało jeszcze kilku tygodni. Był już najwyższy czas, aby ujawnić „drugie dno” całego przedsięwzięcia. Pierwszy o wszystkim miał się dowiedzieć Maciek – fotoreporter, jeden z podstawowych członków ekspedycji. Następni byli Jacek i Darek – kolejni członkowie grupy, która miała...
Ale po kolei.






II
- Problem w tym, że wskazany nam obszar leży na terenie parku narodowego i żeby zagłębić się tam w dżunglę, potrzebne jest specjalne zezwolenie – dalej tłumaczyłem Maćkowi. – O zezwolenie bardzo trudno. Peruwiańczycy niechętnie dopuszczają tam obcokrajowców, jakby przeczuwając, co kryje tamtejsza selwa. Wystąpimy więc o pozwolenie pod całkiem innym pretekstem. Powiemy, iż mamy zamiar zbierać materiał fotograficzny do zielnika roślin amazońskich. Sądzę, że jest szansa, że oni to „łykną”i dadzą nam odpowiedni glejt. A to, na co potem natrafimy w dżungli to już, rzecz jasna, tylko nasza sprawa...
– A bez pozwolenia nie dalibyśmy rady? – widać było, że Maciej najchętniej natychmiast poszybowałby w kierunku prowincji Madre de Dios na pograniczu Brazylii i Peru.
– Raczej nie. Oni bardzo pilnują tego obszaru.
Jedynymi drogami dostępu do dżungli są rzeki, a na rzecznych rogatkach poustawiano strażnice. Są to obszary złotonośne, na których zdarzają się także diamenty, i – jak słychać – do intruzów strzela się tam bez ostrzeżenia.

III
Bezcenny szkic, o którym opowiedziałem Maćkowi, posiadałem już od bez mała dwóch lat. Z jednej strony stanowił dla mnie bezcenny talizman i pamiątkę, z drugiej – był mobilizującą do działania ostrogą. Zastanawiając się, czy rzeczywiście skrywa w sobie aż tak wielką tajemnicę, jak mi mówiono, rozwijałem go niezliczoną ilość razy i wpatrywałem się weń bez końca. Nie przesadzę, gdy powiem, że czułem, jak parzy mnie w ręce: górne dorzecze Madre de Dios. Zbieg rzek Maestron i Callanga. I to jedno, szczególne miejsce naznaczone krzyżykiem.
– To tu – kilkanaście miesięcy wcześniej wskazał je palcem ojciec Edmund Szeliga, oddając mi ten bezcenny rysunek na przechowanie. – Mam nadzieję, iż w odpowiedniej chwili uczyni pan z tego dobry pożytek i że nie będzie z tym zbyt długo zwlekał.
– Jest Ojciec pewien, że to właśnie tu? – zapytałem z niedowierzaniem.
– Jestem bardziej niż pewny, że w tym miejscu znajduje się.... – tu zająknął się na moment, jakby samemu bojąc się wypowiedzieć te magiczne słowa.

IV
Kilka słów wyjaśnienia. Ojca Szeligi przedstawiać nie trzeba. To polski, dziś już 94-letni salezjanin – misjonarz od z górą siedemdziesięciu lat mieszkający w Peru. Jak nikt inny zna ten kraj. W czasach swej młodości odwiedził jego najodleglejsze zakątki, poznał setki, jeśli nie tysiące bardzo ciekawych ludzi, których tak jak jego urzekły i Andy, i tamtejsza selwa. Zaprzyjaźnił się z wieloma plemionami Indian, a ci zdradzili mu najskrzętniej skrywane tajniki swej medycznej wiedzy i opowiedzieli, jakimi amazońskimi roślinami można skutecznie leczyć wiele chorób, które w oczach białego człowieka dotąd uchodziły za nieuleczalne.
W wiele lat później, będąc już na zakonnej emeryturze, sędziwy salezjanin z tubylczej mądrości postanowił uczynić wspaniały użytek: w stolicy Peru Limie założył instytut, w którym „indiańskimi”, przywiezionymi z selwy roślinami zaczął leczyć ludzi. Rezultaty bardzo szybko przeszły najśmielsze oczekiwania. Do zdrowia poczęli wracać również beznadziejnie chorzy na nowotwory, a nawet ci cierpiący na AIDS.
Sława stosowanych przez polskiego księdza roślin szybko powędrowała w szeroki świat, a do Miraflores – limskiej dzielnicy, gdzie znajdował się instytut, zaczęli przyjeżdżać ludzie zainteresowani jego niezwykłymi odkryciami. Wśród nich – zachęcony dziennikarską ciekawością i słowami ówczesnego ambasadora Polski w Peru („To jeden z najskuteczniejszych lekarzy na świecie”) – byłem i ja. To właśnie wtedy, w czasie jednego z naszych pierwszych spotkań, ojciec Szeliga opowiedział mi historię, która była jeszcze bardziej niezwykła niż relacje jego w ostatniej chwili odratowanych pacjentów. Była to opowieść dosłownie jak z bajki, której na pewno nie dałbym wiary, gdyby nie powaga mnisiego habitu Ojca i jego dziesiąty „krzyżyk”, który właśnie wtedy zaczynał nosić na ramionach.

V
Ten moment i tę historię pamiętam doskonale. Do dziś w swoim archiwum przechowuję magnetofonową taśmę, na której nagrałem ową rozmowę. Rzecz – według słów ojca Szeligi – miała miejsce wiele lat temu, w wiosce Indian Pirów, w górnym biegu rzeki Madre de Dios. Ojciec Szeliga w odstępie kilku godzin podał tam parę ampułek penicyliny leżącej w malignie Indiance, którą kilka dni wcześniej zaatakowała puma. Miejscowy szaman był bezradny, jak na dłoni było widać, że zakażenie coraz bardziej się rozszerza i było oczywiste, iż dziewczyna w każdej chwili może umrzeć. Jednak szczęśliwym trafem – pewnie dlatego, że chora nigdy przedtem nie przyjmowała tego rodzaju leków – antybiotyk zaczął działać i gorączka zaczęła zwolna opadać. Po kilku godzinach poprawa była na tyle widoczna, iż dziewczyna była w stanie wypić kilka łyków rosołu i na parę chwil otworzyła oczy: kryzys minął, było już jasne, że przeżyje.
Wtedy to, z wdzięczności, mąż dziewczyny – Indianin Juan Quispe – jako wynagrodzenie opowiedział ojcu Szelidze o wielkim kamiennym mieście leżącym w dżungli, do którego kiedyś trafił, tropiąc na polowaniu rannego tapira.
– Według niego było to wielkie miasto – opowiadał ojciec Szeliga. – Rozmiarami dorównywało słynnemu Machu Picchu. Składało się nań kilka pałaców, świątyń, magazynów i bardzo wiele kunsztownie wykonanych budynków mieszkalnych. Indianin twierdził też, iż znajdowało się tam wiele skarbów: figury zwierząt odlane ze złota, wiele złotych roślin, a ściany niektórych budynków także w całości miały być pokryte złotą blachą. Słowem – z relacji tego Pira wynikało, że było to miasto, o którym od wielu stuleci krążyły fantastyczne legendy i opowieści, i którego od pięciu stuleci bezskutecznie poszukiwano...
Aż podskoczyłem:
– Czyżby... El Dorado?!?
– Tak! Paititi-El Dorado! Mityczne miasto Złotego Króla! – z wypiekami na twarzy potwierdził ojciec Szeliga. – Gdy to sobie uświadomiłem, byłem bardziej niż zdumiony i długo nie mogłem w to uwierzyć. I choć może duchownemu tak mówić nie przystoi, od tamtego momentu sen o Złotym Mieście nieustannie do mnie powraca, a moim wielkim, ogromnym marzeniem stało się, by – opierając się na otrzymanych wtedy informacjach – do miasta tego kiedyś dotrzeć...

VI
El Dorado! Mit, który przez wieki jątrzył, zapierał dech w piersiach, napędzał, niepokoił. Zmuszał do nieustannego stawiania pytania – czy to rzeczywistość, czy tylko legenda, bajka? To właśnie on stanowił ów wielki magnes, który konkwistadorom i kolonizatorom kazał krok za krokiem zdobywać i zgłębiać wielki kontynent na południe od Panamy. Miasto pełne złota, rządzone przez Złotego Władcę, który raz do roku dokonywał rytualnych ablucji, w czasie których ze swego ciała, na środku jeziora Parrime, zmywać miał złoty pył i złote drobiny, którymi uprzednio kapłani pokrywali jego tors, kark, plecy, uda...
Opowieść tę powtarzano w tak wielu miejscach i z takim przekonaniem, iż żądni złotego kruszcu Hiszpanie bez zastanowienia przyjęli ją za rzeczywistość. Jednak czy słusznie? Czyż niepowodzenia tylu wypraw poszukiwawczych organizowanych przez całe stulecia – ekspedycji Jimeneza de Quesady, Sebastiana de Belalcazara, Francisca de Orellany, Pedra de Aguirry, Waltera Raleigha i wielu, wielu innych – nie dowodziły, iż opowieść tę należałoby raczej włożyć między bajki, niźli zapisywać w historycznych annałach?
Z czasem do legendy El Dorado dołączono mit jeszcze jeden. Podanie i klechdę o zaginionym w dżungli mieście Paititi. To – zgodnie z indiańskimi przekazami – ponoć tam, w tymże mieście, już po hiszpańskim podboju i po upadku Vilcabamby – ostatniej indiańskiej stolicy, inkaska państwowość trwać jeszcze miała przez co najmniej dwa stulecia, aż do czasów powstania Tupaka Amaru II. Jak to możliwe? Otóż możliwe. Bo w Paititi miały być zgromadzone ogromne złote skarby, dzięki którym tamtejsza społeczność mogła wieść niczym niezakłóconą egzystencję, co jakiś czas organizując antyhiszpańskie i antykolonialne rebelie.
Teraz z ust ojca Szeligi usłyszałem, że – najprawdopodobniej – i El Dorado, i Paititi to jedno i to samo. Że Inkowie jeszcze przez wiele stuleci po kolonizacji zazdrośnie strzegli tamtejszych złotych skarbów. Ponadto Ojciec był przekonany, że istnieje niemała szansa, by do tego miejsca dotrzeć i na własne oczy przekonać jak wyglądała (wygląda!) stolica Złotego Króla. Było to wprost niebywałe i fantastyczne: zapisane na niewielkiej kartce papieru, którą teraz miałem w kieszeni.

VII
Nie ma drugiego obszaru na świecie o równie urozmaiconym ekosystemie. Takiej różnorodności gatunków zwierząt i roślin nie sposób znaleźć w żadnym mateczniku na innym kontynencie. Właśnie dlatego nie kto inny jak Polak, Jan Kalinowski – niestrudzony podróżnik i przyrodnik, który obok Ernesta Malinowskiego, Ryszarda Małachowskiego i właśnie ojca Edmunda Szeligi, złotymi zgłoskami zapisał się we współczesnej historii Peru – zaproponował, by założyć tu wielki park narodowy – rezerwat biosfery. Chodziło o zachowanie w niezakłóconym kształcie niepowtarzalnego ekosystemu tak zwanej selva alta – wysokiej selwy, wysokiego lasu. Co to znaczy w praktyce? Opowiadał mi o tym kiedyś Greg Deyermenjian – amerykański podróżnik ormiańskiego pochodzenia, który rejon ten poznał jak nikt inny, bo odwiedził go już trzynaście razy. „Cztery dni przebijaliśmy się przez zbity gąszcz – mówił Greg. – Dżungla była zwarta i twarda jak ściana. Dopiero na piątą dobę, gdy pod jednym z nas nagle zarwała się ziemia, zorientowaliśmy się, że tak naprawdę poruszamy się na wysokości... koron drzew, a pod nami... cały czas zieje kilkudziesięciometrowa przepaść