Odpowiedzi

2009-05-30T09:36:16+02:00
Felietony Mam 3 więc wybierz sobie:

Śmierć na pięć

Niepowodzenia, a w ich wyniku frustracje, powodują poczucie niemocy, obniżają poczucie własnej wartości. Nasilenie niepowodzeń prowadzi zaś do powstania kryzysu egzystencjalnego. Wiąże się ono często z utratą sensu życia, świata wartości. Sens życia to wytyczenie jasnego, praktycznego i możliwego do zaaprobowania kierunku działania na przyszłość, a bez zaspokojenia tej potrzeby człowiek nie może funkcjonować normalnie.
(K. Obuchowski)

Frustraci, degeneraci i idioci, nieprzystosowane do życia jednostki. To właśnie jest obiegowa opinia na temat samobójców. Dlaczego zatem w zeszłym roku w Polsce ponad 1213 na 100 000 tyś. zgonów spowodowanych było samoistnym unicestwieniem ? Dlaczego ponad 2 tyś młodych ludzi odebrało sobie życie ?

Szkoła to miejsce męki młodych ludzi, ludzi pełnych ekspresji, kreatywnych i nad wymiar inteligentnych. Szkoła to miejsce tłamszenia własnej odrębności i sprowadzenie do konformistycznego przygotowania „do życia w rodzinie”. Problem – topos śmierci z powodu zaburzeń emocjonalnych, wywołanych stresem lub niedowartościowaniem zbiera potężne żniwo. Szczególnie w dzisiejszych latach w których znowu staje się modny model „peace and free sex”. Pokolenie lat 90 pozostawione zostało same sobie. Ukierunkowanie rodziców i nauczycieli, wychowanych i wykształconych w latach stagnacji emocjonalnej, kulturowej i filozoficznej, nie dopuszcza możliwości auto egzekucji. Patrzenie wstecz, przez pryzmat swoich doświadczeń pozwala im być pewnymi swoich racji. Jednolinijnie i prostolinijnie ukierunkowany światopogląd kulturowo – obyczajowo – religijny, nie widzi zagrożenia.

Myślenie o śmierci jest zwątpieniem w Opatrzność, zwątpienie w cel swojej egzystencji. Jest to w końcu zwątpienie w nadzieję. Wychowanie jest niewątpliwie jedną z najważniejszych płaszczyzn prawidłowego rozwoju psychomotorycznego. W latach młodzieńczej ekspresji uczymy się systemu wartości, kształtujemy swoje wyobrażenia co do autorytetów i ideałów. Ideałów i autorytetów których tak naprawdę nie ma. Smutne ale prawdziwe. Uczymy się postrzegania i odróżniania „sprawiedliwych”, uczymy się podejmować decyzje. W murach zimnego więzienia zawiązujemy przyjaźnie, zdobywamy wiedzę o drugim człowieku – o sobie samym. Miło spędzone chwile przerwy spędzamy na frywolnym nudzeniu się, miłej i nie zawsze potrzebnej rozmowie. Marzenia, tym tu żyjemy. Żyjemy jeszcze tlącą się iskrą nadziei. Nadziei na wyrozumiałość, współczucie zrozumienie i niestety coraz częściej na litość. Żyjemy marzeniem przetrwania – próżnego otrzymania „piątki za życie”. Stoimy w miejscu, czekamy. Czekamy na miłosierny dzwon i słowa „do widzenia”. Tak nie wiele potrzeba człowiekowi do szczęścia, do samo spełnienia, dlaczego więc nie znajduje w tym budynku chwilowej przystani spokoju ? Dlaczego nie jest w stanie poradzić sobie z bólem żołądka, żywiąc się ów pokarmem ubogich – nadzieją? Nie wiem, może ganiony uczeń to lepszy uczeń. Może cały proces nauczania ma na celu sprowadzenie osobnika na poziom egzystencjalnego dna, by wyciągnięty przez wykształconą i obytą kadrę czuł wobec niej respekt i szacunek. Co będzie wtedy gdy ręka wyślizgnie się ? Kiedy nie będzie już ratunku, kiedy słowa „będzie lepiej” już nie wystarczą ? Na te pytania odpowiedziało już wielu rodziców i pracowników budynku kreacji życia. Odpowiedziało sobie w sumieniu, zamykając okno przeszłości. Zamykając temat w próżnej kresce w dzienniku. Tyle właśnie po nas pozostaje, kreska i ślad w statystykach. Po to właśnie żyjemy i trwamy, po to jest ten proces – proces kształcenia. Proces ten przyrównać można do dźwięku piasku rzuconego w trumnę. Tak samo pusty i przepełniony żalem moment egzystencji. Cieszmy się chwilą wiecznego istnienia. Pozostańmy w serdecznym uścisku własnego płaczu. Połączmy się, zjednoczmy i pożegnajmy. Nie ma bowiem znaczenia czy pożegnamy się mając –naście czy 100 lat. Pożegnamy się w ten sam sposób, złożymy w głowie tą samą wiązankę słów. Będziemy płakać tymi samymi łzami. Wykażemy się tymi samymi „ideałami” które wpojono nam w tym miejscu.

Szkoła
Czym jest szkoła w naszym życiu? Gdybyśmy zapytali wybranego ucznia tak
z naszej jak i z każdej innej szkoły, usłyszelibyśmy w większości przypadków gorzkie słowa. Oczywiście trafiają się ewenementy, dla których życie bez szkoły nie miałoby sensu. Ja na szczęście się do takich nie zaliczam, co nie znaczy, że nie wiem, iż jest ona potrzebna!
Powszechnie wiadomo, iż nauka jest niezbędna do późniejszych sukcesów zawodowych, jednak pytanie czy warto się tyle męczyć przez kilkanaście lat, aby później harować 10 godzin dziennie, przez pięć, sześć a niejednokrotnie nawet siedem dni w tygodniu? Najlepiej byłoby zamienić czasowo lekcje

z przerwami (trzeba się nad tym poważnie zastanowić).Taki układ byłby o wiele bardziej przyjazny dla naszego umysłu. Mówiąc jednak poważnie, po co uczymy się tylu przedmiotów? WOS, historia (chodzi o działy traktujące o latach 100000 przed Chrystusem),biologia (nauka o budowie meduzy i polipów, których na oczy nikt nie widział), czy chemia (brak słów) nie są chyba niezbędne dla kogoś, kto ma zamiar siedzieć w biurze przed komputerem. Nauka fizyki i matematyki (oczywiście tej bardziej skomplikowanej) dla ucznia, który chce zarabiać na życie pisząc wiersze czy poematy(tylko pogratulować) mija się odrobinę z celem. W podstawówce, czy gimnazjum ma to jeszcze sens gdyż nie wiemy do końca, co będziemy chcieli w życiu robić, ale chyba w liceum można by już o tym pomyśleć.

Kolejnym aspektem wartym rozpatrzenia jest zamieszczanie kamer w szkole. Gdyby ktoś nie był w temacie mógłby pomyśleć, że zaraz usłyszy „wielki brat czuwa”! Wiadomo, że chodzi tu o kwestie bezpieczeństwa, ale kamery w toaletach (pozdrowienia dla liceum przy ulicy Piasta w Milanówku) to lekka przesada. Jeśli miałbym wyrazić swoje zdanie to kamery na głównych holach powinny wystarczyć, ale nie mi oczywiście to sądzić.

Są oczywiście i pozytywne strony chodzenia do szkoły, jednymi z nich są: poszerzanie swojej wiedzy, kontakty z rówieśnikami i zapełniony czas od rana do godzin popołudniowych. Przykre jest tylko to, że mimo ukończenia najlepszych liceów i wyższych uczelni nie jest jeszcze w naszym cudownym kraju kluczem do sukcesu (mowa o posadzie, w dobrze prosperującej firmie). Jednakże łatwiej szukać pracy z wyższym wykształceniem i stosem papierów zaświadczających o naszej wszechstronnej wiedzy i umiejętnościach, niż tylko ze świadectwem ukończenia zawodówki.

Jak widać szkoła ma wiele wad (na nich się skupiłem), trzeba jednak także zauważyć jej zalety, i pamiętać, że „nikt nas nie zmusza do przychodzenia na lekcje”!

Słonie w porcelanie
Pokonawszy zakrętów historii bez liku, kraj nasz w maju zeszłego roku wstąpił do Unii Europejskiej, przy aplauzie większości, obojętności niektórych i zawodzeniu jeszcze innych. Czy będzie to spokojna przystań na kolejne dziesięciolecia prosperity, nie nam, lecz historykom przyszłych pokoleń przyjdzie oceniać. Póki co, znakomita większość spraw zmierza w pożądanym kierunku, a żadna z apokaliptycznych wizji roztaczanych przez eurosceptyków się nie zrealizowała. No, ale nie o tym dzisiaj mieliśmy...



W pewnej, nieuniknionej zresztą, opozycji do Unii Europejskiej stoją Stany Zjednoczone. Opozycji nieuniknionej, bo USA pod prezydenturą Busha Juniora, wydają się być uosobieniem nie-europejskości, konserwatyzmu i dość osobliwej wizji polityki zagranicznej. Zagranicznej, bo ta wewnętrzna, ze względów dość oczywistych, ma dla nas mniejsze znaczenie, nie wnikamy zatem. Oto bowiem stery dyplomacji jedynego obecnie supermocarstwa dostał w ręce człowiek, dla którego zagranicą jest wszystko co poza Teksasem, a co poza Stanami, to już inny świat. Tak odległy, że aż niepotrzebny.

I tak pewnie by pozostało, gdyby nie wydarzenia pewnego wrześniowego poranka, kiedy to ignorowany w dużej mierze „świat zewnętrzny”, przypomniał o swoim istnieniu w najbardziej drastyczny ze sposobów. Od wtedy polityka zagraniczna stanęła w centralnym punkcie zainteresowania administracji prezydenta Juniora. I jak wcześniej USA nie miały polityki zagranicznej prawie wcale, od tamtej chwili mają ja totalną i to w westernowo-teksańskim stylu.

To właśnie w tym względzie Europa najbardziej się z Ameryką różni, i to niekoniecznie z powodu 11 Września, ale nawet pomimo.

Rozważmy dwa ciągi zdarzeń: UE, na przestrzeni kilku dziesięcioleci swego istnienia, w sposób raczej skuteczny wyeksportowała liberalno-demokratyczne wartości do kilkunastu krajów europejskich, poprzez ich przyjęcie do Unii, bądź samą obietnicę tegoż.

USA, przynajmniej w przypadku Iraku -- choć w nieodległej przeszłości znalazłoby się i parę innych przykładów -- stawiają na eksport demokracji siłą. To, czy ostatni zabieg okaże się skuteczny pozostanie nam ocenić w najbliższych latach. Póki co, wydaje się, że kraj bez wykształconych mechanizmów społeczeństwa obywatelskiego będzie zagrożony przez siły zewnętrzne (potężni sąsiedzi), wewnętrzne siły odśrodkowe (klany i milicje), czy też religijny fundamentalizm, który jako jedyny ma przesłanki autentycznego ruchu społecznego, choć ostatecznie może się okazać najgorszym wyborem z punktu widzenia „wyzwolicieli”.

Żaden z powyższych scenariuszy nie wróży natomiast Bliskiemu Wschodowi zapowiadanej stabilizacji. Niewykluczone jednak, że sytuacja potoczy się inaczej, a wysoka frekwencja wyborcza będzie zwiastunem rodzącej się świadomości obywatelskiej. I wtedy wojna w Iraku okazałaby się czymś więcej, niż tylko kosztownym, kontrowersyjnym i niebezpiecznym eksperymentem. Za co należy trzymać kciuki.

Jak to wszystko się ma do miejsca Polski na świecie, czy też -- ściślej -- w Europie? Otóż ma się tak, że swoją bezkrytyczną postawą afirmujemy politykę zagraniczną mocarstwa, którą z niewielką tylko dozą złośliwości, można by porównać do zachowania stada rozjuszonych słoni w składzie porcelany. Nawet, jeśli rozjuszenie jest słuszne, bo jest, nawet, jeśli arabskiej pustyni do porcelany daleko, bo nie blisko, powstaje pytanie o stosowność dobranych środków.

Trudno ugasić pożar benzyną, a Bliski Wschód wielką beczką prochu jest. Zresztą, dyplomacja to nie tylko półwysep Arabski, a USA nie raz dały wyraz swemu unilateralizmowi, by wspomnieć nie podpisanie protokołów ekologicznych z Kioto, chociażby.

W tym kontekście nieco dziwne wydaję się nasze, i naszej klasy politycznej, przywiązanie do obecnej amerykańskiej administracji, pielgrzymowanie za ocean i umizgi polityków, gdy tak naprawdę Polska niewiele dla Stanów znaczy, geopolitycznie do Atlantyku nam daleko, tym bardziej do jego drugiego brzegu, a taka postawa powoduje erozję pozycji dyplomatycznych na własnym, europejskim podwórku.

Oczywiście opinia powyższa nie postuluje bynajmniej ochłodzenia wzajemnych stosunków. Jest li tylko głosem za większą równowagą i wyważeniem stanowiska Polski (tzn. przyjęcia dowolnego innego niż bezkrytycznej aprobaty) wobec niekiedy mało rozsądnych poczynań obecnego rządu USA. Oraz nieśmiałym przypomnieniem, że przystąpiliśmy do UE, nie do USA.

By oddać sprawiedliwość, rząd amerykański właśnie odbywa tournee po Europie, by zatrzeć po sobie niezbyt pozytywne wrażenie pierwszego czterolecia prezydentury. Najpierw, parę tygodni temu, w osobie pani sekretarz stanu, teraz samego Pierwszego Teksańczyka.

I dobrze, bo wiele jest do naprawienia, a jeszcze więcej do zrobienia. Razem.