Odpowiedzi

2009-12-01T20:33:01+01:00
Z trudem wygrzebałem się ze specjalnego śpiwora, przymocowanego do ściany statku kosmicznego. Właśnie spełniało się moje największe marzenie: lot w kosmos. Nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak do tego doszło. To stało się tak szybko: konkurs, wygrana, odebranie biletu, śpieszne przygotowania, i wreszcie odliczanie, start, ostatnie ostrzeżenia i wskazówki - to wszystko nagle odeszło w zapomnienie. Liczyła się tylko ta, jakże wyjątkowa i niepowtarzalna podróż.
Siedziałem w prowizorycznym fotelu, otulony srebrzystobiałym skafandrem. Ze zdenerwowaniem zaciskałem pięści, wbijając w skórę brudne paznokcie.
- No nie denerwuj się tak. - Uśmiechnął się mój towarzysz, a zarazem przyjaciel, Alfred.
Nie odpowiedziałem. Łatwo mówić "nie denerwuj się". A jeśli statek się zepsuje, jeśli meteoryt go uszkodzi? Jeśli skafander nie jest szczelny? Jeśli zabraknie tlenu? Ależ nie ma się czym przejmować, najwyżej zginiemy, ale cóż to dla nas!
Już czas. Przez ciasną śluzę wydostaliśmy się na zewnątrz. Zatrzymałem się, przymykając oczy, chcąc na zawsze zapamiętać tą podniosłą chwilę, mój pierwszy krok na obcej planecie. Rozejrzałem się i zamarłem z zachwytu. Moim oczom ukazały się olbrzymie góry i kratery. Powierzchnia planety spowita była gęstą mgłą, która nie pozwalała dostrzec nic więcej w promieniu kilkuset metrów. Wszystko to miało kolor bladopomarańczowy, gdzieniegdzie przybierając brunatne barwy. Chciałem zrobić kolejny krok, zamiast tego wzbiłem się lekko w górę, poszybowałem kilka metrów naprzód, po czym miękko wylądowałem na usypanej kamieniami ziemi. W uniesieniu obserwowałem niewyraźnie widoczne przez mgłę, ale ogromne gwiazdy. Odbiłem się ponownie, po czym znowu, i jeszcze raz, ciesząc się jak małe dziecko, które w końcu nauczyło się skakać. Daleko w tyle zostawiłem Alfreda, badającego z zaciekawieniem każdy najmniejszy szczegół planety. Mnie to nie interesowało, parłem niestrudzenie naprzód, wspinając się po stromych i skalistych zboczach. Czułem się wspaniale, cały wszechświat stał przede mną otworem. Nagle, pod wpływem chwili, gwałtownie ściągnąłem okrywający moją głowę hełm. Nic się nie stało, zauważyłem natomiast, że powietrze nasiąknięte jest wonią kwasu siarkowego. Odwróciłem się. Brunatnopomarańczowa mgła nie pozwoliła mi dostrzec Alfreda ani statku. Zawróciłem. Szedłem, z rozkoszą opierając się grawitacji. Nareszcie ujrzałem przyjaciela, który z przerażeniem zauważył, że ściągnąłem hełm. Podbiegł do mnie, po czym ze strachem zapytał, co ja wyprawiam. Wytłumaczyłęm mu, że nic mi nie jest, a on odparł tylko, że musimy już wracać do statku. Niechętnie ruszyłęm za nim.
Nagle obudziłem się. Moja żona siedziała przy szpitalnym łóżku, ze łzami w oczach wpatrując się w moją twarz.
- Gdzie... Gdzie ja jestem? - Zapytałem cicho, usiłując podnieść rękę, ale, ku memy zdziwieniu, nic nie poczułem.
- Straciłeś przytomność, ledwie udało się im wrócić z tobą na Ziemię. - Odpowiedziałam wybuchając płaczem.
Zasnąłem.
Obudziłem się we własnym łóżku. "To był sen? Taki realny..." - Pomyślałem, podnosząc się i zakładając ranne pantofle. Zszedłem po schodach do kuchni, chcąc opowiedzieć o wszystkim żonie. Zatrzymałem się w pół kroku.
- Ach, to był tylko sen. Przecież ja nie mam żony... - Mruknąłem ze zdziwieniem.

Tylko musisz to trochę pozmieniać....
8 2 8