Odpowiedzi

  • Użytkownik Zadane
2009-12-02T16:31:55+01:00
Film twórców „Dnia Niepodległości”. Obraz ten to wielkie widowisko ze wspaniałymi efektami specjalnymi, błyskotliwym montażem i akcją trzymającą w napięciu od pierwszych chwil.Obraz ten to wielkie widowisko ze wspaniałymi efektami specjalnymi, błyskotliwym montażem i akcją trzymającą w napięciu od pierwszych chwil. Przed wiekami Majowie pozostawili ludzkości kalendarz, który dokładnie wskazywał datę końca świata i mówił o zjawiskach, które miału mu towarzyszyć. Od tamtego czasu astrologowie odkryli starożytne teorie, numerolodzy wzory, które je potwierdzają, a geolodzy stwierdzili, że Ziemia od dawna jest skazana na taki scenariusz. Nawet rządowi naukowcy nie mogą zaprzeczyć faktom - w 2012 roku Ziemię czekają kataklizmy o niebywałej skali. Przepowiednia, której początek dali Majowie została dobrze udokumentowana, przedyskutowana, rozłożona na czynniki i sprawdzona. W 2012 roku nastąpią zjawiska, o których dobrze wiedzieliśmy - byliśmy przecież ostrzegani przed tysiącami lat.
2009-12-02T16:32:46+01:00
"2012" tym głównie różni się od większości powstałych ostatnio filmów katastroficznych, że nie próbuje się tu nawet walczyć z tym, co zagraża istnieniu naszej planety: sprawa jest przesądzona, apokalipsa - nie do uniknięcia i jedynym, co można w tej sytuacji zrobić, to zwiewać. A dokładniej: znaleźć się w grupie szczęśliwców, która na pokładzie współczesnej Arki Noego będzie mogła opuścić miotaną kataklizmami Ziemię i gdzieś bezpiecznie atak matki natury przeczekać.

Kto znajdzie się wśród wybrańców? Oczywiście wpływowi politycy, wiedzący z wyprzedzeniem o nadchodzącej katastrofie. Wyjątkiem będzie - oczywiście! - prezydent USA (Glover), który nie zostawi swojego ludu. Będą także bogacze, których stać na kosztujący miliard euro bilet w kosmiczną podróż. Oraz kilku cwaniaczków, którzy zawsze się w takiej sytuacji znajdą.

Przyznam, że przy takiej zasadzie selekcji dość trudno było mi np. emocjonować się kulminacyjną sceną filmu, w której rozstrzygało się "odlecą czy nie odlecą?". A pies was drapał - lepsi już zginęli! A z drugiej strony, irytował mnie - mający być żywym sumieniem filmu - naukowy doradca prezydenta, wybitny geolog (Ejiofer), który głośno zgłaszał swoje moralne wątpliwości, by natychmiast potem równać do szeregu: hipokryzja jest czasem gorsza od jawnego cynizmu. W każdym razie, jest w "2012" coś głęboko antypatycznego, jakaś ukryta pochwała egoizmu.

Mamy tu też oczywiście "swojego człowieka", o którego (i jego rodziny) losy możemy się troszczyć, a jego perypetiami przejmować. Jest nim Jackson (Cusack), niewydarzony pisarz, którego oddanie - bez wzajemności - literaturze doprowadziło go do rozstania z urodziwą Kate (Peet). Teraz, w towarzystwie swojej byłej, dwójki ich dzieci oraz aktualnego partnera Kate, Gordona usiłuje umknąć katastrofie. W trakcie ucieczki łączą siły z bogatym Rosjaninem, który też usiłuje uratować swoja familię. Razem, samochodami oraz samolotami różnych rozmiarów, zacieśniając pod drodze tradycyjną przyjaźń rosyjsko-amerykańską, usiłują się dostać do miejsca, skąd startują kosmiczne statki

Solą tego typu filmów są oczywiście efekty specjalne, dzięki którym możemy się napawać spektakularnymi obrazami zniszczenia. Dzięki ogromnemu budżetowi i świetnej ekipie komputerowców robią rzeczywiście wrażenie, choć tak już są wyolbrzymione i przerysowane, że wywołują niekiedy reakcję: "eee, to tylko film ". Ponieważ źródło katastrofy ukryte jest we wnętrzu planety, demolka jest totalna: oglądamy trzęsienie ziemi, które pochłania LA, gigantyczne tsunami, erupcje wulkanów w parku Yellowstone. W tej szalonej destrukcji nie ma właściwie żadnych nowych pomysłów ("2012" stanowi swoistą antologię scen zaczerpniętych z kilkunastu filmów katastroficznych), większa jest natomiast skala dewastacji. Zniszczeniu ulega też głownie materia: śmierci ludzi raczej się nie pokazuje, w każdym razie stara unikać indywidualnych ujęć. Co nie przeszkadza, że już po całej apokalipsie, para bohaterów, których ojcowie właśnie zginęli (nie mówiąc o tych marnych kilku miliardach innych ludzkich istnień) ucina sobie romantyczną pogawędkę: wrażliwość twórców filmu ma jak widać swoje limity.

Oprócz efektów specjalnych nie bardzo jest o czym mówić. Fabuła roi się od nonsensów, bohaterowie są raczej nieciekawi, a dialogi drewniane - zwłaszcza łzawe pożegnania przez telefon (straszne!). "2012" trwa też przynajmniej o pół godziny (z dwóch i pół ogółem) za długo. Druga, słabsza, połowa może poważnie zmęczy