Odpowiedzi

2009-12-05T15:33:22+01:00
Dla krajów Europy Środkowej, dziś członków Unii Europejskiej, globalny kryzys finansowy i ekonomiczny to godzina prawdy: dopiero teraz okaże się, na ile stabilne są gospodarcze i społeczne fundamenty, zbudowane w ciągu minionych 20 lat.

Transformacja systemowa i kolejne reformy, trwające w tych krajach od 1989 r., dostarczają kapitalnego materiału poglądowego dla każdego, kto interesuje się historią ekonomii i w ogóle rozwojem danego kraju. Mamy tutaj liczne sukcesy i porażki; mamy pionierów i tych, którzy najpierw zamykali reformatorski peleton, aby potem nagle wyskoczyć do przodu; mamy rozwiązanie oryginalne i plagiaty. Wiele o tym wszystkim mogliby powiedzieć ci, którzy pamiętają, jak Leszek Balcerowicz forsował w Sejmie kontraktowym konieczne wówczas ustawy, albo jak Jacek Kuroń w swoich pogadankach telewizyjnych objaśniał Polakom nowy kapitalizm.

I choć dziś, w 2009 r., nie da się jeszcze stwierdzić, jak głębokie będą skutki obecnego kryzysu, to można powiedzieć, że w tej części Europy model gospodarki wolnorynkowej nie jest zagrożony – nawet jeśli wiele pozostaje jeszcze do zreformowania właśnie w takich obszarach jak finanse publiczne, polityka przemysłowa czy sfera socjalna.

Wygrał rynek

Wtedy, na fali zmiany systemu, Nowe mieszało się ze Starym. Opinie na temat docelowego modelu sięgały od rynkowo-liberalnych aż po marzenia o „trzeciej drodze” między kapitalizmem a socjalizmem. Protagonistami liberalizmu byli m.in. Balcerowicz czy Václav Klaus w Czechosłowacji. Sympatyków „trzeciej drogi” znaleźć można było w opozycyjnych środowiskach w NRD, wokół Aleksandra Dubčeka (przywódcy Praskiej Wiosny, który próbował wrócić do polityki) i wśród przywódców Solidarności. Z kolei Kuroń czy Tadeusz Mazowiecki myśleli o społecznej gospodarce rynkowej. Koniec końców wygrał nurt pragnący jak najszybciej odejść od wpływu państwa i wprowadzić gospodarkę wolnorynkową. Głównym motywem jego przedstawicieli był fatalny stan socjalistycznej gospodarki: jej permanentny kryzys.

Pomijając przypadek byłej NRD (w 1990 r. włączonej do RFN), ekonomiczni reformatorzy dysponowali wprawdzie koncepcjami, ale nie mieli odpowiedniego doświadczenia (chyba że wcześniej pracowali w firmach na Zachodzie). Z kolei zachodni profesorowie ekonomii, zaangażowani pośpiesznie w roli doradców, dysponowali powierzchowną wiedzą o specyficznych problemach gospodarczych w Europie Wschodniej. Nigdy wcześniej na świecie nie przeprowadzano takiej zmiany systemu, od socjalizmu do kapitalizmu – nawet jeśli na Węgrzech w latach 80., a od 1988 r. także w Polsce podejmowano próby poluzowania planowej gospodarki.
Przełom 1989 r. zapoczątkował zmiany we wszystkich obszarach gospodarki i finansów. Kluczową rolę przyznano firmom prywatnym, ruszyła prywatyzacja. Budowa nowoczesnego sektora finansowego z prywatnymi bankami i firmami ubezpieczeniowymi stała się logicznym uzupełnieniem denacjonalizacji i ważnym krokiem na drodze budowy nowych struktur sektora usług. Zniesienie państwowego monopolu w handlu zagranicznym sprawiło, że import i eksport przestały być nakierowane jednostronnie na blok wschodni. Państwo zrezygnowało z odgórnego ustalania kursu waluty, powstawały niezależne banki centralne. Otwarcie na inwestycje z Zachodu okazało się decydującym czynnikiem szybkiego rozwoju gospodarczego i technologicznego.

Spór o kierunek

Należy jednak podkreślić, że transformacja ekonomiczna Europy Wschodniej nie przebiegała w tym samym tempie. W jednych państwach (np. w Polsce; pomijając ślimaczącą się prywatyzację) stosunkowo szybko, w innych dłużej; w jeszcze innych uruchomiono ją z opóźnieniem (np. na Słowacji). Jej przebieg zależał od wielu czynników: od zmian systemowych i w strukturze państwa (np. rozpad Czechosłowacji), wymiany elit w administracji i gospodarce, a także od politycznych przetasowań po kolejnych wyborach.

W międzynarodowej debacie eksperckiej przeważa pogląd, że na pierwszym etapie transformacji najbardziej efektywnym modelem była „terapia szokowa” Leszka Balcerowicza. W Polsce dyskusja na temat jej zasadności ciągnęła się aż do lat 2005–2007, gdy – po objęciu urzędów prezydenta i premiera przez Lecha i Jarosława Kaczyńskich – jej krytyka osiągnęła apogeum. Jednak wiele przemawia za tym, że ówczesna strategia Balcerowicza była właściwa. Stworzyła ona solidny fundament prawny i administracyjny pod funkcjonowanie gospodarki według w dużej mierze jednolitych i przejrzystych reguł. Strukturalne i społeczne koszty polityki Balcerowicza były wprawdzie wysokie, jednak byłyby jeszcze wyższe, gdyby w gospodarce przez dłuższy czas miał obowiązywać bałagan i zamieszanie.

Ważnego argumentu na rzecz słuszności działań Balcerowicza dostarcza także tzw. prywatyzacja kuponowa w Czechach. Utorowała ona bowiem drogę do kapitału i prywatyzowanych firm wielu nieprzejrzystym aktorom rynku finansowego, czasem o mieszanym, państwowo-prywatnym charakterze. I to w taki sposób, że obejmowanie prywatyzowanych przedsiębiorstw nie było powiązane z koniecznością przedstawienia koncepcji ich dalszego funkcjonowania w warunkach rynkowych. W efekcie w późniejszych latach czeskie państwo musiało ponosić wysokie koszty finansowej i biznesowej konsolidacji tego typu firm. W pojedynczych przypadkach, także w Polsce zdarzało się, że przedsiębiorstwa sprzedawano zagranicznym inwestorom, którzy nie mieli koncepcji ich funkcjonowania na rynku (np. zakup FSO przez koreański koncern Daewoo).
Koszty i zapóźnienia

Listę „bezdroży” transformacji można ciągnąć. Przykładowo, samoizolacja Słowacji z wczesnych lat 90., spowodowana polityką premiera Mečiara, sprawiła, że kraj wypadł z międzynarodowego nurtu procesów gospodarczych. Późniejsza korekta w kierunku wolnego rynku, zainicjowana przez Mikuláša Dzurindę, była niezwykle skuteczna, jednak przywiązywała zbyt małą wagę do problemów społecznych. Z tego okresu pochodzi też silne ukierunkowienie słowackiej gospodarki na przemysł motoryzacyjny, co w obliczu obecnego kryzysu może się negatywnie odbić na słowackim eksporcie.

Z kolei Estonia i Łotwa postawiły za bardzo na fascynację usługami świadczonymi elektronicznie, nie doceniając faktu, że także w krajach postsocjalistycznych ważną rolę pełnią nadal klasyczne sfery produkcji przemysłowej. Tłumaczy to, dlaczego kraje te są dziś szczególnie dotknięte skutkami kryzysu finansowego. Z kolei Węgry są najlepszym przykładem, jak można podejmować reformy, jednocześnie ignorując konieczność zachowania równowagi między stolicą a pozostałymi regionami kraju: o przepaści, jaka dzieli dziś Budapeszt od reszty węgierskiego świata, można by napisać wiele dramatycznych reportaży.

Wspólnym doświadczeniem transformacji gospodarczej w Europie Środkowej były wysokie i bolesne społeczne koszty przeprowadzanych reform. Obejmowały one także recesję gospodarczą, wiążącą się czasem ze znacznym spadkiem PKB. Oczywistym się stało, że nowy system gospodarczy nie zafunkcjonuje z dnia na dzień, a jego budowa związana jest z wysokimi kosztami ludzkimi i materialnymi. Przemiany ustrojowe po 1989 r. zapoczątkowały we wszystkich krajach regionu gigantyczną przebudowę strukturalną, przejawiającą się zwłaszcza w częściowej likwidacji przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego oraz redukcji sfery rolniczej na rzecz budowy nowoczesnego sektora usług. Tylko w Polsce w latach 90. proces ten doprowadził do zlikwidowania ponad 3 mln miejsc pracy.

Nic dziwnego, że po 1989 r. w społeczeństwach regionu akceptacja dla wolnego rynku była początkowo stosunkowo niska. Jej wzrost nastąpił dopiero około roku 2000, gdy poziom życia szerokich grup społecznych zaczął się powoli podnosić.
Istotnym wspólnym problemem dla wszystkich krajów regionu pozostaje niska sprawność i wydajność systemów opieki społecznej i zdrowotnej. Jednocześnie tzw. sfera socjalna pozostaje zbyt silnie uzależniona od budżetu państwa. Wprowadzenie odpowiednich reform utrudnia swoista mieszanka pozostałości po socjalizmie, zmęczenia reformami, deficytu finansowego i politycznego klientelizmu. A także to, że po 1989 r. politykę społeczną traktowano często jako „wentyl bezpieczeństwa”: miała łagodzić skutki reform. Być może jednak inne rozwiązania nie były możliwe w sytuacji, gdy w obliczu skąpych rezerw trzeba było najpierw skoncentrować się na budowie wolnego rynku, kwestię wyboru modelu socjalnego zostawiając na później. Dziś w większości państw pokomunistycznych reformy systemu emerytalnego są w znacznym stopniu zaawansowane, podczas gdy polityka rynku pracy, polityka zatrudnienia czy systemy opieki zdrowotnej pozostawiają jeszcze wiele do życzenia.

Wygrani i przegrani

Jednak, mimo kosztów, historia transformacji gospodarczej w Europie Środkowej to historia sukcesu: standard życia obywateli tych krajów z roku na rok rośnie; z drugiej strony, rosną też jednak różnice w dochodach. Jeśli chodzi o poziom życia, to najwyższy jest on dziś w Słowenii; potem idą Polska, Czechy i Węgry; dalej, po dłuższej przerwie, kraje bałtyckie i Słowacja; na końcu zaś – Rumunia i Bułgaria.

Ale podziały występują nie tylko między krajami, lecz również wewnątrz społeczeństw. Upraszczając nieco, społeczeństwa wszystkich krajów Europy Środkowej dzielą się dziś na trzy grupy. Pierwsza (mniejszość) czuje się zdecydowanym wygranym procesów zachodzących po roku 1989. Druga grupa, najliczniejsza, dostrzega i docenia postępy, ale czuje, że ciągle jeszcze nie jest w stanie zaspokoić swych pragnień i oczekiwań. Jest wreszcie i trzecia grupa, w skali całego społeczeństwa będąca w mniejszości, która uważa się za przegranych. Z tej właśnie grupy wywodziło się bardzo wielu wyborców, którzy w 2005 r. zapewnili sukces PiS-owi w Polsce.

Sukces formacji Jarosława i Lecha Kaczyńskich można potraktować także jako sygnał, że część polskiego społeczeństwa jest niepewna – swej obecnej pozycji, a także przyszłości. W obliczu gwałtownych zmian we wszystkich sferach życia po 1989 r. wielu ludzi czuje, że skala tych przeobrażeń przytłacza ich bądź też spycha na margines. Nowe struktury gospodarcze, inscenizowany przez media zalew informacją, kulturalne wpływy Zachodu oraz wypieranie starych wartości, przy szybkim tempie życia i wymaganiu elastyczności – wszystko to trudno jest przetrawić, albo też, jak powiadają Niemcy: „przezwyciężyć”, i to niemal z dnia na dzień. W tej sytuacji wielu Polaków poparło koncepcję państwa paternalistycznego i zarazem akcentującego kwestie socjalne, którą oferowała formacja braci Kaczyńskich. W 2007 r. poniosła ona jednak klęskę – także dlatego, gdyż wielu ludzi dostrzegło rozbieżność między obietnicami gospodarczymi i socjalnymi a praktyką rządów lat 2005-07.
W obliczu kryzysu

Kraje Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej, dziś w większości należące do Unii Europejskiej, zbudowały u siebie lepszą bądź gorszą, ale gospodarkę rynkową – przy czym, porównując ich osiągnięcia i zaniedbania, widać wyraźnie, że także wolny rynek niejedno ma imię, a różnice między poszczególnymi krajami mogą być czasem ogromne. Dotyczy to zarówno jakości ogólnych polityczno-prawnych ram, stworzonych dla gospodarowania (a więc ustaw i przepisów), jak również przestrzegania tychże reguł w codziennym życiu – np. w sferze ekologii, przejrzystości przetargów publicznych, przestrzegania praw pracowniczych itd.

To, które z nich obrało lepszy model, okaże się już wkrótce – o ile bowiem do tej pory udawało im się gonić Zachód, dzięki szybkiego wzrostowi gospodarczemu (choć go nie dogoniły), o tyle teraz nadchodzi chwila prawdy: czas wielkiego kryzysu globalnego ujawni także niedociągnięcia czy słabe punkty, takie jak np. wysokie zadłużenie, zbytnie uzależnienie od eksportu czy zbyt słaba dywersyfikacja gałęzi przemysłu.

Warto wszelako odnotować, że we wszystkich krajach Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej w dyskusjach wywołanych kryzysem nie pojawiają się dziś propozycje, aby odejść od wolnego rynku i szukać alternatywy wobec kapitalizmu. Przedmiotem debat są różne koncepcje, mieszczące się jednak w ramach gospodarki wolnorynkowej. Debatuje się więc o roli państwa, o odpowiedniej polityce podatkowej, finansowej i monetarnej, albo o przyszłości systemów socjalnych.

Politycy z krajów Środkowej i Południowo-Wschodniej Europy coraz częściej zabierają także głos w europejskiej debacie o kryzysie – gdy mowa jest o narodowym protekcjonizmie, o za daleko idących interwencjach państwa, o „strefie euro” albo o „pakietach ratunkowych”. Można przy tym odnieść wrażenie, że to właśnie politycy z niegdyś socjalistycznych krajów są dziś często większymi obrońcami wolności gospodarowania i jedności Europy niż niektórzy ich koledzy z Zachodu.

Także dlatego nadszedł już czas, aby chociaż jedno państwo z tego regionu – najlepiej Polska, jako największy kraj – brało udział w takich spotkaniach, jak niedawny szczyt G-20 w Londynie. Tym razem już – jako G-21!