Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
  • Użytkownik Zadane
2009-12-05T17:15:44+01:00
Kiedy usłyszałem zadany temat wydał mi się zupełnie banalny. Przecież jest na to jedna odpowiedź: Jestem chrześcijaninem, ponieważ zostałem ochrzczony – należę więc do Kościoła Katolickiego, tym samym „z automatu” jestem chrześcijaninem. Jednak kiedy zacząłem się zastanawiać jak to „banalne” rozwiązanie rozpisać aż na dwie strony, problem zaczął się nieco komplikować.

Czy to rzeczywiście sam tylko chrzest uczynił mnie chrześcijaninem? Czy może potrzeba czegoś więcej. Gdyby tak porównać bycie chrześcijaninem do procesu. Mam na myśli, że nie chodzi o jednorazowe wydarzenie, przez które stałem się członkiem Kościoła, ale raczej proces stawania się chrześcijaninem. Czyli coś ciągłego, co wymaga ode mnie stawiania sobie tego pytania każdego dnia, przy podejmowaniu każdego wyboru – przede wszystkim wyboru między dobrem i złem, między miłością a nienawiścią, uśmiechem czy ponurym grymasem itp.

Zacznę jednak od początku. Sam chrzest, o którym nawet nie mogłem zadecydować, jest konsekwencją wyboru moich rodziców, którzy po moim urodzeniu postanowili, w duchu wiary, oczyścić mnie z piętna grzechu pierworodnego, czyniąc mnie tym samym małym dzieckiem bożym, bez jednak jakiejkolwiek mojej świadomości rozumowej, że coś tak radykalnie wpłynęło na moją duszę, na moje zbawienie.

Czasem zazdroszczę ludziom dorosłym, którzy sami podejmują wybór wstąpienia do Kościoła Katolickiego. Oni na drodze katechumenatu przygotowują się pieczołowicie do wzięcia odpowiedzialności za decyzję, która będzie przecież miała wieczne skutki. Ja takiej możliwości świadomego i dobrowolnego wyboru nie miałem. Zazdroszczę im czasem nie tylko wyboru, jakiego mięli możliwość dokonać, ale także autentyczności przeżywania wiary podczas przyjmowania tego wyjątkowego sakramentu. Zastanawiam się wtedy – jak ja bym przeżywał ten niezwykły moment otwarcia się na działanie Ducha św. Czy potrafiłbym w podobny sposób przeżywać chwilę przyjęcia nowego imienia w Imię Trójcy Przenajświętszej. Swoją drogą bardzo ciekawe jest to, że Pan Bóg nadaje nowe imię swoim sługom: Szymon, Kefas staje się Piotrem, Szaweł Pawłem, a nawet w Starym Testamencie wielokrotnie Pan Bóg zmienia imię swoim sługom. Tak samo i ja z bezimiennej osoby stałem się ochrzczony i nadano mi imię Jarosław.

„Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce” (1Kor 13, 11). Jakoś ten temat kojarzy mi się właśnie z tymi słowami św. Pawła. Kiedy więc dorastam przyjmuję od Pana nowe imię. Pomyślałem sobie, że może właśnie stawanie się chrześcijaninem można połączyć z narodzeniem się na nowo w oczach Pana Boga. Może to moja decyzja o wstąpieniu do zakonu jest tym istotnym momentem na drodze stawania się uczniem Chrystusa, w którym On sam nadaje mi nowe imię, kiedy wszystko zaczyna wyglądać inaczej, kiedy z jednej strony odczuwam dużo bardziej intensywne ataki Złego, a z drugiej czuję pomoc i jeszcze obfitszą łaskę Bożą.

Wracając do tematu, śmiało mogę powiedzieć, że to nie chrzest czyni mnie chrześcijaninem. Chrzest dał jedynie zaczyn, aby nim się stawać. Kiedyś usłyszałem jedno zdanie, które wypowiedziała pewna siostra zakonna do dwojga młodych ludzi w jakimś supermarkecie. Kiedy sobie tak tam stali i czekali przy kasie na swoją kolej, ta siostra powiedziała do nich: Widać, że jesteście uczniami Chrystusa. Pomyślałem sobie, że to właśnie znaczy być chrześcijaninem – być uczniem Jezusa Chrystusa. Wtedy nie trzeba wcale nosić koszulek z jakimś logiem czy chrześcijańskim napisem. Wtedy moje życie będzie świadectwem tego, że słowa Pana Jezusa są we mnie żywe..

Takie postawienie sprawy nie tylko nie daje odpowiedzi na pytanie zawarte w temacie, ale sprawia, że muszę wrócić do punktu wyjścia. Dlaczego jestem chrześcijaninem? Może to pytanie nie szuka odpowiedzi w wydarzeniu jako przyczynie, ale w motywacji? Nie zawsze byłem blisko Pana Boga, więc dużo łatwiej jest mi mówić o wybieraniu Chrystusa, kiedy sam musiałem doświadczyć, jak trudno jest to zrobić. Ogromne pragnienie miłości. Jeszcze większe pragnienie mówienia o tej miłości. Wiara, która jest odpowiedzią na moje wątpliwości, wiara, która pozwala mi otwierać każdego dnia oczy i dziękować Panu Bogu za kolejny dzień, kolejną możliwość pokazania, że warto kochać. Mój przełożony z seminarium powiedział kiedyś: „Miłość domaga się świadectwa.” Myślę sobie, że bycie chrześcijaninem to właśnie nieustanne świadczenie o miłości, stawanie się świadectwem, że warto kochać, że jestem uczniem Chrystusa. Bo tak naprawdę bycie uczniem Chrystusa to nic innego jak świadczenie o miłości. W Starym Testamencie istniało całe skomplikowane prawo, które regulowało niemalże wszystko. Pan Jezus odrzuca dawne prawo i daje nowe: Kochaj! Kochaj Pana Boga, kochaj drugiego człowieka. Św. Augustyn bycie chrześcijaninem definiuje jeszcze krócej: „Kochaj i rób co chcesz”. I to znane z filmu „Człowiek, który został papieżem” zdanie Ojca Św.: „Nam nie wolno nienawidzić! Trzeba kochać…” Nam – jako chrześcijanom. Bycie chrześcijaninem jest więc niczym innym jak ciągłą przemianą, jak rezygnacją z samego siebie, z własnego egoizmu, na rzecz Pana Boga i drugiego człowieka. Bycie chrześcijaninem to powołanie do świętości – do życia miłością! Nie nienawiścią!

Dlaczego jestem chrześcijaninem? Bo wierzę w Pana Boga, którego nie widziałem, który jest dla mnie absolutnie niepojęty i nie do ogarnięcia, którego nie rozumiem, ale którego czuję… „Nie muszę rozumieć, gdy czuję…” śpiewa wrocławska grupa o wdzięcznej (i chyba najliczniejszej) nazwie: 40 synów i 30 wnuków jeżdżących na 70 oślętach. Bycie chrześcijaninem jest jak oddychanie powietrzem, którego nie widać, ale potrzebne jest do życia – tak samo z wiarą w Jezusa – oddychasz miłością, którą na dodatek chcesz się dzielić. Jeśli więc pocałunek – wspólny oddech dwojga zakochanych –jest świadectwem, znakiem ich miłości i oddania, tak też bycie chrześcijaninem jest świadectwem wiary w Jezusa, wiary w Miłość, która domaga się świadectwa.

I tak zupełnie na koniec – wydaje mi się, że główną przyczyną dla której jestem chrześcijaninem jest to, że kiedy raz zakosztowałem miłości, tej największej – tej Pana Boga do mnie i do każdego innego człowieka – nie przestałem za nią tęsknić i pragnę jej więcej, bo tylko ta miłość daje mi bezpieczeństwo i przekonanie, że jestem odpowiedzialny za misję – misję stawania się lepszym dla Pana Boga, za bycie świętem, mimo moich grzechów. Nie mogę wyjść z zachwytu nad dziełem, które Pan Bóg we mnie rozpoczął, że spośród tylu ludzi, na pewno świętszych, na pewno bardziej oddanych Jemu niż ja, wybrał właśnie mnie. Dla mnie istnieje więc jedna odpowiedź: jestem chrześcijaninem, bo chcę, będąc uczniem Pana Jezusa, stawać się świętym (nie ma św. JarosławaJ), naśladując Go, stawać się coraz bardziej do Niego podobnym. Dążę do tego, aby być takim jak On.
5 4 5