Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2009-12-14T18:55:05+01:00
Nie sposób zupełnie nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że Rzeczpospolita XVI wieku była „krajem bez stosów”. Za dużo jest źródeł historycznych, które potwierdzają tę tezę. Lecz aby nie popaść w zbytnią megalomanię narodową chcę wyraźnie zaznaczyć, że niekatolicy znajdowali również stosunkowo bezpieczne schronienie w państwach takich jak Siedmiogród, Szwajcaria czy też Niderlandy. Poza tym trochę trudno sobie wyobrazić, że kiedyś, w odległym szesnastym wieku mogła istnieć w Polsce jakakolwiek tolerancja, nie tylko religijna. Tolerancja to, według Słownika Wyrazów Obcych, wyrozumiałość, liberalizm w stosunku do cudzych wierzeń, praktyk, poglądów, choćby różniły się od własnych albo były z nimi sprzeczne, wyraz pochodzi od łacińskiego tolerantia- cierpliwość, wytrwałość. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że mentalność Polaków pozwalała im na bycie wyrozumiałym. Nie da się ukryć, że wielu publicystów genezę polskiej tolerancji upatruje raczej w gruntownej obojętności szlachty na sprawy wiary niż w jej poszanowaniu cudzych przekonań. Stanisław Ignacy Witkiewicz powiedział: „Przestańmy rozdymać fikcyjne wielkości naszej przeszłości i wmawiać sobie, że my mieliśmy wszystko i sztukę, i naukę, i heretyków morowych, i filozofię, i technikę, i diabli wiedzą co, bo w gruncie rzeczy mieliśmy to przeważnie urządzone, a w każdym razie zapoczątkowane przez obcych.” Chciałabym jeszcze dodać, że pogląd o „Polsce bez stosów” najpopularniejszy był w osiemnastym i dziewiętnastym wieku, kiedy to nasi przodkowie chlubili się tolerancyjną szlachtą szesnastowieczną, w beztroski sposób ignorując niektóre fakty historyczne. I tak się w Polsce przyjęło, że od ponad czterystu lat mówi się, że Rzeczpospolita była rajem dla innowierców. A według mnie stwierdzenie to nie jest do końca prawdą.
Zacznę od położenia Polski. W szesnastym wieku, po unii lubelskiej połączona była z Księstwem Litewskim. Właśnie- z prawosławnym Księstwem Litewskim. Tak więc, same już uwarunkowania geopolityczne niejako wymuszały współżycie w państwie dwóch wielkich religii. Poza tym Polska od początku znajdowała się na uboczu łacińskiego chrześcijaństwa, na jego peryferiach. Była powierzchowniej schrystianizowana, a w XVI wieku proces chrystianizacji nie został jeszcze zakończony. Polska była „młodszą córą chrześcijaństwa”, mniej gorliwą, zdecydowanie mniej mistyczną... Nie tak żarliwą, ale też nie tak zepsutą, wchodzącą natomiast w apogeum swego politycznego i gospodarczego znaczenia.
Do prawosławnych Litwinów dochodzili łotysze na Inflantach, protestanccy Niemcy zamieszkujący Prusy Królewskie (przyłączone do Polski jeszcze w poprzednim stuleciu). Stale rosła liczba Żydów, jak również holenderskich czeskich zwolenników reformacji. Dlatego też na Zachodzie Polska nazwana została „azylem dla heretyków”.
A jednak okazuje się, że w tam, gdzie działały emocje i codzienne prawa ulicy, gdzie toczyło się życie, powszechna była nienawiść wyznaniowa. Już w październiku 1557 r. w Krakowie doszło do pierwszych tumultów, zaatakowano kondukt pogrzebowy Reginy Filipowskiej. Do dalszych rozruchów doszło i w latach następnych: 1564, 1568, 1569, 1570. Dlatego też ludzie naonczas rządzący państwem musieli podjąć jakieś kroki, aby choć trochę zażegnać konflikty, więc, jak już stwierdziłam nie sposób zupełnie zaprzeczyć poglądowi Janusza Tazbira. Nie sposób zapomnieć a osławionym akcie konfederacji warszawskiej z 28 stycznia 1573 r., zapewniającej swobodę wyznania w Polsce, ale nie wolno zapominać przede wszystkim o okolicznościach mu towarzyszących. Rok 1573 to okres pierwszego w dziejach Rzeczypospolitej Obojga Narodów bezkrólewia (akt konfederacji podpisano na pierwszym sejmie konwokacyjnym). Nieobecność króla, to nieobecność trzeciego stanu sejmującego, a więc paraliż legislatywy, niepewność reakcji sąsiadów, lęk przed anarchią, no i wciąż nieuregulowany sposób obioru nowego władcy. Tymczasem społeczność szlachecka była już w pełni ukształtowana, dzięki praktyce życia politycznego wyrobiona, dojrzała, zdyscyplinowana. Wyjątkowość chwili i wspomniana drugorzędność spraw religijnych ułatwiły podpisanie aktu zapobiegającego nieobliczalnym skutkom krwawych rozruchów na tle wyznaniowym. Dodać do tego trzeba, że osiągająca apogeum polska Reformacja była wówczas przede wszystkim ruchem umysłowym, intelektualnym i społecznym a nie religijnym. Niejednokrotnie szlachcic traktował ją jako powiew świeżości, wręcz mody z Zachodu, czasami przyjęcie poglądów reformacyjnych miało posmak szlachetnego snobizmu. Rację ma Z. Ogonowski podkreślając, że konfederacja warszawska to przede wszystkim kompromis polityczny a nie wynik akceptacji doktryny tolerancji (takiej doktryny po prostu wówczas jeszcze nie było). Chyba najbardziej znany fragment tekstu konfederacji, to: (…)A iż w Rzeczypospolitej naszej jest dissidium niemałe in causa religionis christianae, zabiegając temu, aby się z tej przyczyny między ludźmi saeditio7 jaka szkodliwa nie wszczęła”, utwierdza mnie w przekonaniu, że ważnym przyczynkiem do podpisania konfederacji była obawa o straty materialne spowodowane ewentualnym buntem. Słynny zwrot - dysydenci (dissidentes de religione) w dokumencie konfederacji miał znaczyć "rozróżnionych" w wierze a nie tylko protestantów. Tym samym różniący się w wierze obywatele Rzeczypospolitej gwarantowali sobie wspólne prawa obywatelskie. W tej sytuacji trudno mówić o tolerancji religijnej, jako wyrażeniu zgody na współistnienie w państwie różnowierców. Tolerancja ta to przede wszystkim pewna deklaracja polityczna, wyraz nie tyle świadomości ewangelicznej, co politycznej. Pamiętajmy, że praktycznie Kościół katolicki nie zaakceptował konfederacji. Z biskupów podpis pod jej aktem złożył tylko krakowski - F. Krasiński. Stojący na czele piętnastoosobowej komisji opracowującej dokument biskup Karnkowski w ostatniej chwili stchórzył i symulując chorobę, wyjechał.. W sumie na akcie konfederacji widnieje około stu podpisów, wśród nich katolickie stanowią mniejszość.
I cóż się stało w półtora roku po podpisaniu konfederacji? W październiku 1574, uderzono na krakowski zbór - Bróg. Pięciu winowajców zapłaciło głową, później rozruchy powtarzały się w Krakowie niemal co rok. Reakcje ze strony władz byty krótkotrwałe i bezskuteczne. Gdy w maju 1587 r. Bróg podpalono, a deszcz zapobiegł rozprzestrzenieniu się ognia, uznano to za Boże błogosławieństwo. W końcu po kolejnej agresji, mimo że ginęli ludzie, napastników wziął w obronę sam Piotr Skarga.
Ataki nie ustały, póki zboru zupełnie nie zlikwidowano. Wszystko to działo się w optymalnej sytuacji społeczno-politycznej, gdy Rzeczypospolita przeżywała okres prosperity. Nie musiała bać się wrogów z zewnątrz, nie szukała ich sobie wewnątrz, nie ulegała żadnym poważnym naciskom. I sądzę, że właśnie to poczucie spokoju, równowagi dało Polsce miano „kraju bez stosów”.
Bo przecież, gdy nastały czasy wojem, gdy zdecydowanie wzrosło poczucie zagrożenia i obniżył się poziom kultury politycznej i umysłowej, przyszedł czas na nietolerancję, na szukanie przyczyn niepowodzeń. Sprawie dodawała energii również nielojalna wobec Polski postawa protestantów. Tu zresztą zaczyna się już inny okres w historii Polski, nie mniej zresztą naznaczony mitem niż poprzedni, tyle tylko, że w XVI wieku historycy wypowiadają się o Polsce i Polakach w samych niemal superlatywach, a w drugiej połowie XVII i pierwszej XVIII ograniczają się jedynie do ich krytyki.
Reasumując: Rzeczpospolita w szesnastym wieku była państwem tolerancji, niekoniecznie jednak należy ją nazwać religijną. Byłabym skłonna powiedzieć, że tolerancja ta pod przykrywką religii dbała o interesy szlachty, ogólnie mówiąc rządzących. Co się chyba w kraju nad Wisłą nadal nie zmieniło. Czyż nasi politycy pozornie kierując się „wyższymi intencjami” nie zabiegają wciąż tylko o jedno? Czyż Pieniądz nie zastępuje im Boga, czyż nie z tych samych pobudek „Polska szesnastego wieku to kraj bez stosów”?
1 5 1