Odpowiedzi

  • Użytkownik Zadane
2009-12-17T11:52:36+01:00
Maciej Janowski

NIEZBYT KRÓTKA HISTORIA WSZYSTKIEGO

Czy da się napisać Historię Integralną? Taką, w której każdemu problemowi, każdej dziedzinie życia, każdemu regionowi i każdej warstwie społecznej poświęca się dokładnie tyle miejsca i uwagi - ani mniej, ani więcej - ile się im należy ze względu na ich udział w wielkim, wszechogarniającym, Procesie Dziejowym?

Chyba się nie da - ale czytelnik, który kartkuje nową pracę Normana Daviesa, skłonny jest sądzić, że dzieło to w znaczący sposób przybliża się do niemożliwego. Obyczaj i seks, polityka i gospodarka, centra i prowincje, mężczyźni i kobiety, świątek i piątek, wielkie procesy skroś stuleci i chwile zatrzymane w kadrze - to tylko niektóre z najróżniejszych wymiarów, perspektyw i kątów widzenia, w które obfituje 1400 stron "rozprawy historyka z historią" -jak brzmi podtytuł polskiego przekładu.

Takie jest pierwsze wrażenie kartkującego; i podejrzewam, że wielu czytelników, przerażonych rozmiarami książki, poprzestanie na przeglądaniu, wyszukiwaniu licznych anegdotek, ciekawostek i informacji, których próżno by szukać w standardowych podręcznikach. Znajdą się jednak pewnie tacy, którzy wezmą ołówek do ręki i zasiądą do systematycznej lektury. Autor na to zasługuje: jeżeli historyk pisze wielką księgę, zawierającą całokształt dziejów kontynentu, to wolno przypuszczać, że jego celem nie jest podanie dużej ilości anegdotek, choćby nawet bardzo zabawnych, lecz przedstawienie pewnej całościowej wizji przeszłości. Wolno się spodziewać, że będzie się starał, aby wszystkie te najróżnorodniejsze wymiary przybrały pod jego piórem jednolity sens, stały się częściami składowymi ogólnego obrazu. Aby jednak zrozumieć ten obraz i móc się nad nim zastanowić, trzeba czytać po kolei (przyznam się, że generalnie nie lubię kartkować książek, choć czasem muszę to robić: mam wrażenie, że książki, które nie zasługują na systematyczną lekturę, nie zasługują w ogóle na zainteresowanie).

"PROTODAVIES" i "DEUTERODAVIES"

Tak więc czytajmy. Wstęp jest doskonały. Inteligentny, dowcipny i ironiczny atak na konwencje obowiązujące w zachodniej historiografii, wyróżnienie (serio, a zarazem złośliwie) różnych schematów historii, którym ulegali badacze - oto Norman Davies u szczytu swych talentów, taki, jakim pamiętamy go z Bożego igrzyska. Główne ostrze ataku skierowane jest przeciw zadufaniu zachodnich historyków, pomijających mniejsze kraje, a badających jedynie dzieje Anglii, Niemiec, Francji i Włoch, do czego jeszcze od XVIII wieku dochodzi Rosja - i nazywających to "historią Europy". Książka obiecuje naprawienie tego błędu.

Na ile zamiar ten został wypełniony? Podczas lektury nasuwało mi się nieodparte wrażenie, że książka składa się z dwóch różnych części i podobnie jak uczeni bibliści wyróżniają np. rozdziały pióra "Protoizajasza" i "Deuteroizajasza", tak przyszli badacze mówić będą o "Protodaviesie" i "Deuterodaviesie". W tym ujęciu "Protodavies" byłby autorem wspomnianego wstępu oraz części rozdziału pierwszego, traktującego o geografii Europy, a także rozdziałów opisujących dzieje ostatnich dwóch stuleci. "Deuterodavies" (zapewne - sądzić będą przyszli badacze - późniejszy naśladowca Mistrza) napisał natomiast większość dziejów dawniejszych, od starożytnej Grecji do Oświecenia. Otóż lekturze "Deuterodaviesa" towarzyszyło poczucie zagubienia. Od czasu do czasu znajdo wałem tam interesujące myśli i nieznane, a ciekawe spostrzeżenia, nie potrafiłem jednak połączyć ich w całość. Wbrew zapowiedziom ze wstępu, przytłacza nadmiar historii politycznej i wyliczanki nazwisk nic mi nie mówiących monarchów. Autor skacze po regionach i datach, a choć rzeczywiście wiele uwagi poświęca najrozmaitszym problemom społecznym, obyczajowym i tzw. "życiu codziennemu", informacje te wydają się wyrwane z całości. Bardzo źle przysłużył się tu pomysł z "kapsułkami" (fragmentami tekstu, wydzielonymi w osobne ramki). Tak chwalone przez recenzentów, są one niezłe dla anegdot czy charakterystycznych szczegółów, ale jeśli w "kapsułkach" przedstawione są niektóre z fundamentalnych problemów - jak kształtowanie się nowoczesnego państwa czy też kapitalistycznego rolnictwa - to wtedy wydaje się, że autor chce sobie ułatwić zadanie, przenosząc na margines to, co przecież powinno być jedną z osi narracji.

Zawsze sądziłem, że Norman Davies zaskoczyć nas może śmiałymi, kontrowersyjnymi i błyskotliwymi uogólnieniami, które mogą ewentualnie budzić wątpliwości pedantycznego specjalisty, lecz zawsze skłaniają do refleksji. Tutaj tymczasem (przypominam: chodzi mi nie o całość książki, lecz o czasy przed rewolucją francuską) mamy, jak się zdaje, problem odwrotny: wątek gubi się w szczegółach i żadna zasadnicza koncepcja się z niego nie wyłania. Co za tym idzie, zatracają się literackie walory pisarstwa Daviesa, i niektóre fragmenty stają się niebezpiecznie nużące.

Autor stara się chwilami uzasadnić ową chaotyczność: kilkakrotnie przedstawia rozmaite schematy wyjaśniania stosowane przez historyków (w historii ustroju, gospodarki, demografii historycznej i in.) po to, aby podać w wątpliwość ich sensowność. Ta krytyka zwykle jest bardzo przekonywająca, bo wszelkie schematy z definicji są schematyczne i pomijają niektóre niewygodne fakty; niemniej jednak schematyzacja należy do podstawowych metod wyjaśniania w nauce historycznej i samo obalanie uogólnień, bez przedstawiania na ich miejsce lepszych, nie jest dobrym zwyczajem. W nauce, tak jak w naszej obecnej konstytucji, obowiązuje konstruktywne wotum nieufności.

W kilku przypadkach sądzić można, że profesor Davies ulega temu, co sam tak mocno zwalcza: anglocentrycznemu punktowi widzenia. Oto rozdział zatytułowany "Lumen" następuje od razu po rozdziale "Renatio", oświecenie po renesansie: czy można uwierzyć, że barok się gdzieś zgubił? Tak skłonni są patrzeć historycy francuscy, dla których wiek XVII jest epoką "klasycyzmu". Również badacze angielscy, jeśli w ogóle barok dostrzegają, to sądzą - biedacy - że najbardziej typowym przedstawicielem tego stylu jest Sir Christopher Wren z londyńską katedrą św. Pawła. Jeśli jednak ujmować sprawę z punktu widzenia szerszych części kontynentu - Włoch, Hiszpanii, krajów niemieckich czy Rzeczypospolitej -to nie ulega chyba wątpliwości, że barok jest epoką w kulturze nie mniej oryginalną i ważną od oświecenia i renesansu. Lekceważenie jej stanowi pewną formę zachodniego partykularyzmu.

Żart z "Protodaviesem" i "Deuterodaviesem" nie powinien być ciągnięty zbyt daleko. Również i w części dotyczącej dawniejszych czasów są fragmenty doskonałe. Norman Davies zawsze świetnie umiał ukazać, jak wydarzenia historyczne obrastają w mit, jak są odbierane przez późniejsze pokolenia i jak nabierają znaczenia symbolicznego. Przy omawianiu prehistorycznych wykopalisk zacytowany jest wiersz Seamusa Heaneya Człowiek z Tollund, przy Grecji - fragmenty z Keatsa, Shelleya, Byrona i z Sonetów do Orfeusza Rilkego, przy Rzymie zaś wybór autora pada na poetów innego rodzaju: Pieśni starorzymskie Macaulaya i jeden z wierszyków z Puka z Pukowej Górki Kiplinga. Gdyby poeci ci byli cytowani przy omawianiu epok, w których tworzyli (XIX i XX wieku), byłoby banalnie, że jednak są przedstawieni jako komentarz do epok, którym poświęcili swe wiersze, rzecz robi się ciekawa - czytelnik otrzymuje jakby sygnał: uwaga, wydarzenia, o których czytasz, są istotne, bo będą budziły oddźwięk jeszcze po dwóch czy trzech tysiącach lat. To bardzo dobry pomysł i może szkoda, że takich fragmentów nie ma więcej.

Również inny pomysł przyniósł doskonałe efekty. Każdy rozdział zaopatrzony jest w swoisty epilog, którego tytuł jest nazwą jakiegoś miejsca i datą. Następuje opis konkretnego zdarzenia, a następnie szersze refleksje. Niemal wszystkie epilogi zapadają głęboko w pamięć: oto oblężenie Syrakuz przez Rzymian, pamiętne śmiercią Archimedesa, daje okazję do rozważań, jak potoczyłyby się dzieje, gdyby Syrakuzanie przetrzymali oblężenie, Kartagina wygrała wojny punickie, a w efekcie nasza kultura wyrosłaby na podłożu grecko-kartagińskim zamiast grecko-rzymskim. Uwielbiam gdybologię i taki temat do refleksji wydaje mi się bardzo pouczający. Oto - ponad półtora tysiąca lat później - majestatyczny opis oblężenia Konstantynopola przez Turków. Norman Davies, który tak często odwołuje się do najnowszych metod, pokazał tutaj, że nauczył się wiele również u dawnych mistrzów swego fachu: umie - w najlepszej tradycji klasycznej historiografii - ukazać dramatyzm jednostkowego wydarzenia. Oto rok 1914: Anglia decyduje się wkroczyć do wojny, a Norman Davies zastanawia się, na ile historyk może w ogóle poznać przyczyny skomplikowanego zjawiska (wojny światowej). Najlepszy jednak epilog następuje po ostatnim rozdziale: jak wyglądał dzień, w którym autor skończył pisać swe dzieło? Wiadomości, usłyszane w tym dniu w radio i przeczytane w gazecie, nabierają symbolicznego wymiaru: "Tak wygląda plątanina wiadomości dnia, której przyszli historycy będą musieli nadać sens".



MODERNIZACJA l WOJNY

W ten sposób doszliśmy do dziejów ostatnich dwóch stuleci. Około rewolucji francuskiej wraca "Protodavies" ze wstępu i książka od razu nabiera życia: zwarta, logicznie powiązana narracja składa się na całościowy obraz przeszłości. Ironiczne uwagi pod adresem historyków usiłujących "systematyzować" zanikły - bo sam profesor Davies zaczyna tworzyć syntezę. Wiek XIX widzi - najogólniej rzecz biorąc - jako epokę wszechogarniającej modernizacji, której same sukcesy wywołują jednak reakcję w postaci irracjonalizmu kultury przełomu wieków, a także coraz ostrzejszych nacjonalizmów. W tej wizji wzajemnych uwarunkowań modernizacji i sprzeciwu wobec niej (sprzeciwu, który sam był jej elementem), szczególnie ciekawie wypadają fragmenty poświęcone przemianom myśli europejskiej. Żaden fragment Europy nie wstrząsnął mną bardziej niż cytat z D.H. Lawrence'a, który w 1908 roku fantazjował: "gdybym mógł zrobić to co chcę, wybudowałbym komorę śmierci wielką jak londyński Crystal Palace, gdzie cicho grałaby wojskowa muzyka i gdzie działałby kinematograf; potem szedłbym (...)ulicami i sprowadzałbym ich tam wszystkich, chorych, chromych, okaleczonych. Prowadziłbym ich łagodnie, a oni by się do mnie uśmiechali z wyrazem pełnym znużonej podzięki" (s. 913).

Nie wiem, czy Zygmunt Bauman znał te słowa, gdy pisał swoją Nowoczesność i Zagładę, ale trudno o lepsze poparcie jego tez, że masowe eksterminacje całych narodów i grup społecznych są nieodrodnym dzieckiem industrialnego i demokratycznego społeczeństwa nowoczesnego, a totalitaryzm zakorzeniony jest w pewnych elementach europejskiej kultury. Davies nie naśladuje Baumana w podkreślaniu samych tylko zagrożeń płynących z modernizacji: choć trafnie i sugestywnie wskazuje na elementy "ciemne" i złowrogie, kryjące się w tak, zdawałoby się, staroświeckiej epoce fin de siécle'u, jednak jego bilans modernizacji jest w zasadzie dodatni.

Po bardzo dobrym rozdziale o wieku XIX następują dwa jeszcze lepsze, poświęcone naszemu kończącemu się stuleciu. Okres 1914-1945 potraktowany został jako jednolita epoka wojen, przedzielonych kilkunastoletnim zawieszeniem broni. Pomysł ten był już znany, zresztą sam się narzucał, ale pod piórem profesora Daviesa przedstawiony został niezwykle przekonywająco. Drugi pomysł interpretacyjny w odniesieniu do dziejów XX wieku - paralelne pokazanie rozwoju i cech charakterystycznych obu wielkich totalitaryzmów - przeprowadzony został w sposób błyskotliwy, a zarazem skłaniający do głębszej refleksji. Łatwo bowiem o ogólniki na temat podobieństwa hitleryzmu i stalinizmu, lecz nieporównanie trudniej zrobić to, czego podjął się Norman Davies, mianowicie skonstruować szczegółową listę cech łączących oba reżimy. Lista ta powina dać wiele do myślenia specjalistom; tutaj zwróćmy jedynie uwagę, że nie znajdziemy na niej jednej cechy, często uważanej za najważniejszą. Otóż Davies podkreśla, że totalitaryzmy, wbrew nazwie, nigdy nie osiągnęły totalnej kontroli nad zniewolonymi społeczeństwami, a badanie realnego życia tych społeczeństw odsłania o wiele więcej komplikacji, niż sądzić by mogli ci, którzy widzą społeczeństwo totalitarne na podobieństwo idealnie działającego automatu.

Na jedną jeszcze kwestię chciałbym zwrócić szczególną uwagę. Czytelnik z pewnością zauważy, że dwa ostatnie rozdziały poruszają całą masę spraw niesłychanie drażliwych, trudnych i budzących olbrzymie emocje. Już porównanie hitleryzmu ze stalinizmem - z naszej perspektywy rzecz oczywista - wzbudza czasem, jak wiadomo, sprzeciwy na Zachodzie. A tutaj jeszcze: kwestia odpowiedzialności Hitlera za wybuch II wojny; brak zainteresowania Zachodu tragedią Żydów; Żydzi w komunistycznym aparacie władzy po II wojnie światowej; okrucieństwa i zbrodnie wojenne popełniane przez aliantów zachodnich podczas II wojny światowej (nie ograniczały się one jedynie do straszliwego nalotu na Drezno); wątpliwości związane z prawomocnością Trybunału Norymberskiego. Kwestie te są, jak wiadomo, obciążone niesłychanie silnym ładunkiem ideologicznym. Norman Davies kładzie więc palec między drzwi. Niektóre z wyrażonych przezeń w tych kwestiach opinii wydają mi się dyskusyjne, inne - całkowicie błędne, pod niektórymi zaś podpisałbym się bez zastrzeżeń; jednak to nie gra roli. Ważne jest, że sprawy te, które oczywiście były już w mniejszym lub większym stopniu przedmiotem badań szczegółowych, trafiły teraz do syntetycznej pracy, gdzie poruszone zostały w sposób spokojny i nieagresywny, jako problemy badawcze, nie zaś argumenty polityczne. Przecież jeśli zwróci się uwagę, że armie alianckie nie zawsze zachowywały się jak anioły, a politycy zachodni lekceważyli tragedię Zagłady, to nie oznacza to jakiejkolwiek relatywizacji moralnej oceny Trzeciej Rzeszy - jest zaś dowodem, że dzisiejszą Europę stać na otwarte i niezakłamane spojrzenie na własną przeszłość. Nie chciałbym popaść w sentymentalizm; ale czy polskiemu czytelnikowi nie nasuwa się myśl, że Norman Davies "rozdrapuje europejskie rany, aby nie zabliźniły się błoną podłości"? Jego zainteresowanie historią Polski uczuliło go na wszelkie formy mitologizowania dziejów "ku pokrzepieniu serc"; ale czy nie dało mu również pewnego uwrażliwienia na moralną stronę przeszłości, w duchu najlepszych przedstawicieli naszej romantycznej tradycji?

SYMPATIA l DYSTANS

Tak dotarliśmy do problemu, który nie jest najważniejszy dla całości pracy, ale który na pewno budzi zaciekawienie każdego polskiego czytelnika. Zawsze przecież interesujący jest zagraniczny pisarz, który zahacza w swej książce o sprawy polskie, a cóż dopiero, jeśli jest nim autor doskonałych prac z naszych dziejów! Otóż - w zasadzie nie ma tu nic kontrowersyjnego. Nie potrafię zrozumieć tych krytyków zachodnich, którzy zarzucali Daviesowi nadmierny polonocentryzm. Polska zajmuje bowiem w jego książce niewiele miejsca - ale przecież tyle naprawdę zajmowała w dziejach naszego kontynentu. Jest rzeczywiście kilka wypowiedzi, które ktoś bardzo surowy mógłby może uznać za przesadnie polonofilskie: przykładowo, gdy Davies ubolewa, że polski ruch narodowy miał w XIX wieku "najgorszą prasę", to w tym akurat przypadku ujęcie się za polskością wydaje się niepotrzebne. Polski ruch narodowy budził w XIX wieku na Zachodzie rozmaite opinie, ale wrogość nie dominowała, a już żadną miarą nie można sądzić, by ruch ten był mniej popularny albo mniej życzliwie oceniany od czeskiego czy węgierskiego.

Sympatia autora do Polski nie zaciera mu klarowności spojrzenia z dystansu, jak choćby przy bardzo dobrej charakterystyce XlX-wiecznych nacjonalizmów: "Do uświęcenia narodowych sentymentów zmobilizowano religię; w wielu wypadkach także po to, aby wznieść bariery między poszczególnymi grupami etnicznymi. (...) Nawet powszechny Kościół rzymskokatolicki udało się zwrócić przeciwko jego własnej misji; odseparować Chorwatów od Serbów, uodpornić Litwinów na rusyfikację, a Polaków na germanizację". Przyznam, że bardzo ucieszyłem się, natrafiwszy na to zdanie. Na ogół ci, co pisali o roli Kościoła polskiego doby zaborów, chwalili go za udział w ruchu narodowym bądź też ganili za dystansowanie się od narodowej sprawy. Nieliczni pamiętali, że działalność patriotyczna nie jest właściwą domeną Kościoła, a nadmierne zaangażowanie w tej dziedzinie szkodzi najważniejszemu zadaniu. Davies, zwracając uwagę na tę sprawę, trafił w sedno.

Główna bowiem sympatia autora kieruje się ku idei zjednoczenia Europy i przerwania dzielących ją przez wieki bezsensownych wojen. Oczywista życzliwość autora wobec małych i słabych narodów (chodzi tu nie tylko o Europę Wschodnią, lecz również Szkotów czy Walijczyków) nie może więc stanowić alibi dla nacjonalizmów, które przedstawione są wprawdzie ze zrozumieniem, lecz zdecydowanie krytycznie. Warto zwrócić uwagę, że omawiając korzenie ruchu na rzecz jedności Europy, autor bardzo silnie podkreśla chrześcijański aspekt tego dążenia, wynikający z chęci zapobieżenia przyszłym wojnom podobnym do dwóch światowych.

Książka Daviesa zachęca do rozważań, które tu rozciągnęłyby się ponad miarę. Od jednej tylko rzeczy nie chciałbym się uchylać: recenzent, który domaga się od autora syntetycznego spojrzenia, powinien zastosować się do głoszonych przez siebie reguł i przedstawić syntetyczną ocenę. Oto ona: nawet w tych częściach, które uważam za słabsze, mamy do czynienia z pracą bardzo dobrą i zapewne najlepszą z dostępnych na polskim rynku jednotomowych syntez; natomiast w części początkowej oraz w rozdziałach o ostatnich dwóch stuleciach otrzymaliśmy dzieło wybitne i błyskotliwe. Tak wygląda ocena z perspektywy tych, którzy (tak jak ja) lubią czytać książki po kolei. Natomiast z perspektywy zwolenników "skakania" po książkach na chybił-trafił ocena będzie jeszcze wyższa: mapki, wykresy, plany, "kapsułki" z anegdotami, rozbudowane podpisy do ilustracji, liczne cytaty literackie - to wszystko sprawia, że książka jest rajem dla "przeglądaczy", którzy chcą szybko dowiedzieć się całej masy ciekawych rzeczy. Jeśli jednak pozwoliłem sobie na tak długą recenzję, to dlatego, by spróbować przekonać także ich, że książka zasługuje na dokładną lekturę.
8 3 8