Odpowiedzi

2009-12-16T21:45:45+01:00
W Sekcji Tolkienowskiej jest Pan znany jako Bilbo Brandybuck - Dziedzic Bucklandu. Skąd takie imię i czyj to pomysł?

Pomysł jest mój własny. Bilbo to mój ulubiony bohater, ale trudno było być Bilbo Bagginsem, bo z nim akurat konkurować się nie da. Natomiast Brandybuck wynika z tego, że jestem dość ruchliwy jak na hobbita i tak to koledzy i koleżanki określili. Jeśli chodzi o Dziedzica Bucklandu, to ponieważ wymyślaliśmy sobie różne historyjki w Buckland News (czyli Wiadomościach Bucklandu) trzeba było kogoś tym Dziedzicem mianować i jako szef Sekcji takie imię i nazwisko sobie przybrałem.

Potem kolejni członkowie Sekcji Tolkienowskiej przybierali tolkienowskie imiona na wzór Pańskiego...

Może nie do końca na wzór. Większość tych pseudonimów czy imion, z wyjątkiem Agnieszki Sylwanowicz i Pauliny Braiter, było z mojego nadania. Starałem się aby były podobne do prawdziwego nazwiska i w miarę możliwości odpowiadały imionom i nazwiskom używanym przez Tolkiena.

Mamy przyjemność rozmawiać z założycielem ruchu tolkienowskiego w Polsce, więc kolejne pytanie samo się nasuwa... Jak powstała Sekcja Tolkienowska? Kto wpadł na pomysł nazwy Parmadili i kieda pojawiła się po raz pierwszy?

Sam ruch tolkienowski, czy pomysł ruchu tolkienowskiego, narodził się bardzo dawno temu, gdy nie było jeszcze Śląskiego Klubu Fantastyki. Pierwszym lub jednym z pierwszych polskich członków Towarzystwa Tolkienowskiego z Anglii (The Tolkien Society) była Agnieszka Sylwanowicz, która otrzymała z Towarzystwa mój adres ponieważ ja również nawiązałem taki kontakt. Było to pod koniec lat 70 kiedy taki ruch w Polsce powstawał...

Czy nazwa Parmadili jest związana z „Gwaihirzęciem” czy została wymyślona wcześniej?

Nazwa została wymyślona wcześniej, ale wracając jeszcze do początków... Razem z Agnieszką mieliśmy bliskie kontakty jeszcze przed powstaniem Śląskiego Klubu Fantastyki, w czasie gdy w Bytomiu powstał klub fantastyki Somnambul. Potem kiedy powstał ŚKF to nasz obecny kolega i przyjaciel - redaktor Łuczak - wpadł na pomysł audycji telewizyjnych Poza Ziemią, a jedna z tych audycji miała być poświęcona Tolkienowi. Znaleźliśmy - ściślej Agnieszka Sylwanowicz - pewnego malarza, który malował inspirowany twórczością Tolkiena, a ja wraz z kolegą Łuczakiem przez pół godziny opowiadaliśmy o różnych aspektach jego twórczości i pokazywaliśmy obrazy... a potem przyszło blisko 100 listów! Doszliśmy do wniosku, że szkoda zmarnować taki potencjał ludzki i zaczęliśmy do tych ludzi odpisywać. Musiała powstać organizacja... W tej grupie osób, które wtedy do nas napisały byli m.in. Michał Błażejewski, Marek Gumkowski, Paulina Braiter (wtedy jeszcze uczennica szkoły średniej z Wałbrzycha). W zasadzie wszyscy „pozaśląskowi” członkowie Klubu i Sekcji wzięli się z tamtej audycji. Natomiast nazwę Parmadili wymyśliła Agnieszka Sylwanowicz, a rozpowszechniła ją Ola Jagiełłowicz (wtedy jeszcze Kościuczuk) rysując emblemat na bazie znaków tolkienowskich.

Teraz pytanie dotyczące zauroczenia Tolkienem. Jak się to zaczęło i kiedy po raz pierwszy spotkał się Pan z książkami Tolkiena, a wreszcie jak zdobył Pan jego pierwsze książki (polscy tolkieniści dawniej mieli z tym duże problemy)? Co urzeka w tych książkach najbardziej?

A może zaczniemy od końca. Dotarłem do Tolkiena, jak zwykle w takich przypadkach... przypadkiem. Mianowicie w roku 1961, jako uczeń jeszcze dziewiątej klasy szkoły średniej, byłem w drużynie szkolnej na olimpiadę wiedzy o Polsce i świecie współczesnym. Na którymś z etapów nagrodą była książka. Był to akurat pierwszy tom Władcy Pierścieni Tolkiena, który wtedy ukazał się po raz pierwszy w Polsce. Przeczytałem go i spodobało mi się to straszliwie. Później spokojnie czekałem rok na następny tom i kolejny rok na kolejny tom. I wbrew pozorom wtedy kupienie tego nie było żadnym problemem, te książki leżały i z trudem schodziły. Natomiast jeśli chodzi o Hobbita, to kupiłem go w antykwariacie w Gdańsku, gdzie byłem w roku 1964 po maturze. Mama ufundowała mi w nagrodę pobyt w Sopocie (w tym na festiwalu) i wtedy właśnie w gdańskim antykwariacie znalazłem pierwsze wydanie Hobbita z rysunkami Młodożeńca. Kupiłem też Rudego Dżila w twardej okładce, bo to właśnie były te rzeczy, które ukazały się w tych latach. Natomiast drugie wydanie Władcy Pierścieni to była już zupełnie inna para kaloszy... Wtedy jednak miałem już zaprzyjaźnioną panią z księgarnii w Bytomiu, która odkładała mi książki na półkę i nawet udało mi się zdobyć trzy komplety dla siebie i znajomych. Drugie wydanie, które ukazało się w czasie pierwszej Solidarności było już bardzo trudne do dostania i książka zaczęła obrastać w kultowość. Natomiast zauroczenie... trudno powiedzieć dlaczego. Książka jest piękna albo nie jest. Zresztą prowadziliśmy dość długie spory w czasie spotkań Śląskiego Klubu Fantastyki, a nawet jeszcze wcześniej za czasów Somnambula. Fantastyką, nie tylko filmową, interesowała się wtedy koleżanka Agnieszka Ćwikiel - dziś znany filmoznawca. Agnieszka rozbierała wtedy Władcę Pierścieni na poszczególne elementy pierwsze, a ja twierdziłem, że książka jest piękna albo nie jest i nie ma sensu zastanawiać się dlaczego. Komuś się podoba albo nie. To tak jak słynna kwestia Pencrofa z Tajemniczej wyspy. Kangury według niego były jadalne albo niejadalne, a cała reszta nie miała znaczenia.

Pamiętamy wszyscy słynnego „Gwaihira” pismo, które pojawiło się w latach 80. Czy wydawanie „Gwaihira” było związane z początkami Sekcji Tolkienowskiej i czy nie było trudności związanych z wydawaniem pisma?

Wydanie pierwszego Gwaihira było pomysłem naszego pierwszego, wielkiego prezesa Śląskiego Klubu Fantastyki - Piotra Kasprowskiego. Po audycji telewizyjnej (o której mówiłem wcześniej) doszedł on do wniosku, że skoro jest tak duże zapotrzebowanie i tak duży oddźwięk na program o Tolkienie, to może warto wydać pismo. Mieliśmy jako Śląski Klub Fantastyki zgodę ówczesnego Głównego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk (czyli cenzury) na wydawanie czasopisma o nazwie Fikcje w nakładzie 3 tysięcy egzemplarzy. Było to drugie obok Fantastyki pismo profesjonalnie zajmujące się fantastyką w Polsce. Oczywiście Fantastyka miała jakieś 100 tysięcy nakładu, myśmy mieli 3 tysiące, bo na więcej nikt nam nie dawał papieru ani zgody. Tym niemniej było to pismo znaczące. W ramach tej zgody udało nam się uzyskać pozwolenie na wydawanie rocznika czy półrocznika Gwaihir. Pierwszy numer bazował przede wszystkim na materiałach tłumaczonych z angielskich czasopism, potem zaczęły do nas docierać krajowe materiały i udało nam się złożyć cztery numery Gwaihira. Potem zaczęły się kłopoty finansowe Klubu i cała ta inicjatywa musiała spasować. Przeszło to najpierw do miesięcznika klubowego o nazwie Miesięcznik, bo Miesięcznik jest następcą Fikcji, które również upadły po zmianie systemu. Wtedy wprawdzie papier było trudno zdobyć, ale ten zdobyty papier był bardzo tani. W nowych warunkach zdecydowała twarda ekonomia i nie było nas już na to stać. Zaczęliśmy wydawać Miesięcznik, ale jeszcze przed wydaniem jego pierwszego numeru zaczęły ukazywać się Wiadomości Bucklandu. O ile dobrze pamiętam było to kilkanaście numerów, potem przeniosły się do Miesięcznika. A potem Paulina Braiter stwierdziła, że skoro Gwaihira nie ma, to może zaczniemy wydawać Gwaihirzątko, skończyło się na Gwaihirzęciu i Little Gwaihirze. Zaczął się on ukazywać w roku 1989 i ukazywał się póty póki nie przejęli tego koledzy z Warszawy, którzy że tak powiem położyli inicjatywę do końca. Aczkolwiek Little Gwaihir znowu zaczął się ukazywać ponieważ sumienie ruszyło mnie strasznie i wolne chwile w weekendy staram się wykorzystać na zrobienie tego czasopisma.

Skorzystamy z okazji i zapytamy się Pana o ocenę „Simbelmynë”. Czy podoba się Panu ta nowa formuła?

To jest bardzo dobre, bardzo profesjonalne pismo i moim marzeniem byłoby kiedykolwiek wydawanie takiego magazynu. Ale po pierwsze - nie potrafię, ponieważ moja technika komputerowa odbiega od współczesnych standardów. Pismo, jeżeli cokolwiek i kiedykolwiek będę robił, to tylko na zasadzie nożyczek i kleju, bo tak się do tego przyzwyczaiłem. Ma to zresztą jakiś swój urok, ale to już nie jest to, o co chodzi. Natomiast Simbelmynë to pismo profesjonalne. Koledzy mają przede wszystkim chęć, po drugie chęć i po trzecie czas. Ja mogę tylko pomóc technicznie na tyle, na ile potrafię i myślę, że dzięki temu coś tam w Polsce uratowaliśmy, bo nie ma nic gorszego niż zaprzestanie działalności.

Dziękujemy za taką ocenę i pomoc z Pana strony, bez której wydawanie pisma nie byłoby możliwe. Wiemy, że wspólnie z kilkoma innymi osobami z Polski brał Pan udział w obchodach setnej rocznicy urodzin Tolkiena. Było to w Oksfordzie w 1992 roku. Co najbardziej utkwiło Panu w pamięci z tamtego czasu?

Tak, rzeczywiście. Zresztą do dziś bardzo mile ten pobyt wspominam. Byłem wtedy z żoną, dla której był to pierwszy pobyt na Zachodzie. Ja byłem już tam wcześniej kilka razy i mogłem pokazać jej jak tam jest inaczej. A Oksford to przepiękne miasto! Przede wszystkim wspominam jego architekturę oraz miejsca, w których był i działał Tolkien. Sama konferencja była długa i dosyć męcząca. Ja w zasadzie ograniczyłem się do wysłuchania kilku tylko referatów i do spotkania się z ludźmi, których dotąd znałem wyłącznie z korespondencji - w tej chwili mam ich przed oczyma cały czas. Mam tu na myśli Nancy Martsch, kolegę Hildifonsa Tooka (Gary Hunewell), Alexa Lewisa (który mieszkał wtedy jeszcze w Emiratach Arabskich), Lisę Star, Bridget Wilkinson i wielu innych naszych przyjaciół. Wtedy mogłem z nimi usiąść przy jednym stole, wypić piwo i porozmawiać... Wracając do Oksfordu - mieszkałem wtedy w pięknym starym pensjonacie, który był bardzo tolkienowski. W szczególności utkwiła mi jednak wycieczka zorganizowana przez gospodarzy konferencji po miejscach, które Tolkien unieśmiertelnił w swoich książkach. Były to na przykład miejsca, gdzie według Tolkiena żył Kowal z Podlesia czy smok Chrysophylax. Ta dawna dziewiętnastowieczna Anglia, która zachowała się w okolicznych wsiach była przepiękna i wyróżniała się na tle Londynu, który dziś jest już bardzo dużym, brzydkim i hałaśliwym miastem. Jest to coś pięknego.

Jak ocenia Pan dzisiejsze działania miłośników Tolkiena w Polsce i na świecie? Jakim problemom należy stawić czoła, a jakie stają przed nami szanse?

Myślę, że formuła tolkienizmu powoli się wypełnia. Analizy, które zostały przeprowadzone doprowadziły sprawę prawie do końca. Christopher, słusznie czy niesłusznie, ujawnił wszystkie lub prawie wszystkie zapiski ojca. W związku z powyższym ci, którzy są fanatycznie nastawieni do warsztatu czy procesu twórczego, mogą śledzić w jaki sposób ewoluowały postacie, śledzić zmiany pierwotnych koncepcji, wreszcie jak Tolkien tworzył ten świat ostatecznie. I tutaj dodanie czegokolwiek jest trochę dzieleniem włosa na czworo czy słynnymi „skarpetkami hobbickimi”, które - zresztą śmieszne - publikowaliśmy kiedyś w Gwaihirzęciu... Natomiast myślę, że po pierwsze - zawsze będą dochodzili nowi ludzie, którzy po raz pierwszy tego Władcę Pierścieni przeczytają. Póki oni będą, szczególnie u nas którzy przez wiele lat byliśmy na obrzeżach tego ruchu, ruch tolkienowski ma jeszcze coś do przekazania. Po drugie - wiele utworów czy dzieł okołotolkienowskich nie jest tłumaczonych na język polski. W związku z powyższym jest jeszcze wiele do zrobienia... Po trzecie - dopóki jest to jakaś wspólna zabawa dająca przyjemność i satysfakcję uczestniczącym, to myślę, że to ma jeszcze sens. Uważam natomiast, że powinniśmy porzucić jakiś ton zadęcia czy zadufania, który był na początku. Mimo, że jest to bardzo wybitne dzieło i bardzo wybitny pisarz (w wielu krajach figurujący na czołowych miejscach list najwybitniejszych powieści XX wieku) to nigdy nie znalazł się na pierwszym miejscu i zapewne nigdy tam nie trafi [Władca Pierścieni został w 1997 roku książką stulecia w wyniku plebiscytu angielskiej telewizji Channel 4 i sieci księgarnii Waterstone’a. W ankiecie wzięło udział blisko 25 tysięcy Brytyjczyków - przyp.red.]. Być może dlatego, że problemy egzystencjalne tam poruszane są - przez swój fantastyczny sztafaż - siłą rzeczy złagodzone w stosunku do tej naszej okrutnej rzeczywistości. Podsumowując - jeśli te trzy warunki są spełnione to warto o tym pisać, pamiętając jednak, że nie jest to ani najwybitniejszy pisarz ani najwybitniejsza powieść. Takie bardzo „sieriozne” czasami wypowiedzi są śmieszące... Natomiast jakie szanse są przed nami... Myślę, że trzeba po prostu się bawić i to jest chyba najważniejsze. Póki będziemy mieli poczucie humoru, póty będziemy prawdziwymi hobbitami.

Teraz kilka słów o takich działaniach tolkienowskich, które my określamy jako „posttolkienowskie”. Wtedy różni miłośnicy Tolkiena nie tyle analizują twórczość Tolkiena, co ją rozbudowują, dopisują jakiś dalszy ciąg... Jak ocenia Pan takie postępowanie?

Generalnie jestem przeciwnikiem dalszych ciągów. Być może jest to związane z wiekiem. Jako młody człowiek bardzo nie lubiłem opowiadać, natomiast kochałem za to grube powieści (w miarę możliwości wielotomowe!) i cieszyłem się jeżeli okazywało się, że gdzieś ktoś coś napisał. To tkwiło we mnie długi czas. Pamiętam swoją radość kiedy przeczytałem, moim zdaniem najwybitniejszą powieść XX wieku, czyli Lamparta Lampedusy, a potem okazało się Lampedusa przed śmiercią rozpoczął pisanie drugiej części. Były to bodaj trzy rozdziały i we fragmentach można je było przeczytać... Natomiast dziś czuję się zmęczony ciągnięciem na siłę pewnych wątków i rozbudową tematów, które powinny być zakończone. Koniec XX wieku charakteryzuje się tym, że po pierwsze - pisarze sami tworzą wielotomowe sagi, które rzadko kiedy da się czytać do końca. Po drugie - jakby brakuje tematów, a w związku z powyższym we wszystkich dziedzinach literatury pojawiają się ciągi dalsze. Nie tylko zresztą w literaturze - w filmie również. Ktoś na przykład wpadł na pomysł, aby nakręcić dalszy ciąg Casablanki, co już uważam za pomysł całkiem bez sensu. Jest napisana druga część Wojny i pokoju, kolejna część Przeminęło z wiatrem i to wszystko ma się tak do oryginału, jak powiedzmy pornografia do sztuki erotycznej, czyli nijak. Dlatego uważam, że pisanie powieści czy opowiadań posttolkienowskich ma sens tylko i wyłącznie wtedy, gdy piszący zdaje sobie sprawę z dystansu do tematu i bawi się tematem. Oczywiście jest przyjemnie, kiedy wyszukuje on jakiś niezakończony czy niezauważony wątek i rozbudowuje go na wesoło. Jest to sympatyczne i można się z tego pośmiać... Pamiętam nasze pierwsze polskie próby, ale były to raczej krótkie formy bez wielkich ambicji, jak na przykład Spotkanie przyjaciół Wnuka o ostatniej podróży Sama. Były one dosyć urocze... Zresztą jedyną znaną mi dużą pracą jest dzieło Pierumowa [chodzi o książkę Pierścień mroku, którą wkrótce wyda Prószyński i S-ka - przyp. red.], którego akcja toczy się w tym samym, co u Tolkiena, świecie. Jednak są to już inni bohaterowie i zawiązanie wątku jest jakby inne. Jest to tylko wykorzystanie świata, więc myślę, że trudno nazwać to kontynuacją. To jakby ktoś powiedział, że kontynuacją Wojny i pokoju, co zresztą niektórzy napisali, jest nowa powieść Aksionowa o Rosji. Kontynuacją jest o tyle, że dzieje się w tym samym kraju, tej samej planecie i mniej więcej w tym samym czasie historycznym. Natomiast Pierumow napisał coś zupełnie innego, inaczej rozkładając akcenty i bardziej współcześnie, odejmując temu dziełu jakąś nadzieję, która cały czas tkwi we Władcy Pierścieni. W książce Pierumowa tej nadziei nie ma, a w finale ostatecznie pokazane jest, że każde dobro obraca się w zło. Jak jest naprawdę - to już jest kwestia światopoglądowa.

Z dzisiejszego punktu widzenia Tolkien może być postrzegany jako bardzo konserwatywny katolik. Tymczasem jego książki poruszają ludzi bardzo różnych światopoglądów, wierzących i niewierzących, młodych i starszych... Jak wytłumaczyłby Pan ten fenomen?

Myślę, że katolicyzm, czy w ogóle religijność Tolkiena, były tak naprawdę jego osobistą sprawą. On tego nie przeniósł do książek. Jego ograniczenia polegały na tym, że nie bardzo potrafił pisać na tematy dziś popularnie zwane romansowymi. Mając swą ukochaną i wyśnioną żonę potrafił ukazywać tylko miłości spełnione, natomiast żadnych innych nie potrafił, a w związku z tym ich nie pokazywał. W książce o takiej konwencji akurat nie było to potrzebne, choć myślę, że gdyby bardzo chciał, to zrobiłby to. Pewne wątki sygnalizowane w Silmarillionie pokazują, że temat zazdrości czy nienawiści w miłości też mu obcy nie był... Natomiast cieszy się on tak wielką popularnością wśród różnych opcji religijnych czy światopoglądowych ponieważ tematy, które poruszał są tematami uniwersalnymi. Tematy te są aktualne wśród ludzi każdej wiary lub braku wiary, ponieważ są to tematy dobra i zła. Bogowie czy bóstwa nie interweniują w świecie Tolkiena w zasadzie wcale. Oczywiście w poprzednich etapach dziejów Śródziemia oni się pojawiają. Jednakże to, co jest podstawowym dziełem i cieszy się tą popularnością, czyli Władca Pierścieni, jest wolny od interwencji Najwyższego. W związku z powyższym nawet ci, którzy dysponują mocą czarodziejską, mają tę moc w jakiś sposób zaprogramowaną albo ograniczoną do wyboru z pewnej kategorii możliwości. Ta moc jest jakby odpowiednikiem naszych możliwości technicznych w dniu dzisiejszym. I tak możemy sobie wyobrazić, że np. znikanie może być odpowiednikiem pola czy możliwości ukrywania się we współczesnym świecie. Nie jest to nic takiego, co wymaga bezgranicznej wiary, a więc jest to przyjmowane przez nas zupełnie normalnie i naturalnie. Ten świat przypomina religijność starożytnych Greków, których bogowie musieli poddawać się pewnych regułom i najwyższą zasadą było przeznaczenie - Nemezis, przed którym nikt nie mógł uciec. Skoro zostało jakoś powiedziane, że każdy może odegrać dobrą rolę, to i Gollum taką rolę mógł odegrać. Nie był natomiast potępiony na wieki, bo takiego potępienia w tym świecie nie było.

Dzisiaj nie sposób też nie zapytać o film. Wiemy, że w Nowej Zelandii zaczęła powstawać pierwsza część „Władcy Pierścieni”, która w 2000 roku ma pojawić się w kinach. Jak Pan ocenia próby ekranizacji tego dzieła? Czy mają one jakikolwiek sens?

Jestem przeciwnikiem ekranizacji ponieważ istnieją dwie możliwości. Pierwszą jest stworzenie filmu dosłownego. Jest to bardzo trudne, ponieważ wszyscy wielbiciele tej twórczości przyzwyczaili się do pewnej wizji postaci, które stworzył Tolkien. Być może, gdyby to był film na zasadzie animacji komputerowej, jak było to próbowane choć z mizernym efektem [chodzi tu o film Ralpha Bakshiego - przyp. red.], to może twórcy mogliby nawiązać do postaci stworzonych przez autora. Natomiast co do aktorów ludzkich, przy całym szacunku do umiejętności Liama Neesona, jakoś nie widzę go w roli Gandalfa [w czerwcu 1999 jednym z kandydatów do tej roli był Liam Neeson – przyp. red.]. Nie wspomnę już o elfach czy hobbitach, którzy siłą rzeczy nie będą się w tym filmie specjalnie różnić... Są to specyficzne postacie, które jakoś tam sobie wyobrażamy i trudno to w filmie oddać. Istnieje wyjątek w postaci filmu Willow, który został bardzo ładnie zrobiony, ale tam akurat sytuacja była odwrotna. Scenarzysta, mając do dyspozycji ludzi małorosłych wymyślił sobie taką rasę i w ten sposób powstał film. Tu sytuacja jest zgoła odmienna. Można jednak zrobić coś innego. Mianowicie można odrzucić sztafaż postaci i stroju, po czym zagrać to jak w słynnym kiedyś przedstawieniu Antygony Hanuszkiewicza, gdzie wszyscy z wyjątkiem Tejrezjasza byli w strojach współczesnych. Tylko czy w ten sposób uda się oddać głębię dzieła? Trudno mi powiedzieć... Widziałem zresztą tylko jeden film, który był lepszy od książki, według której został nakręcony - było to Przeminęło z wiatrem. Pozostałe dzieła filmowe są znacznie, znacznie gorsze. Może jeszcze z polskiej twórczości Popiół i diament, ale wynika to z genialnej roli Cybulskiego w tym filmie i klimatu, który Wajda potrafił uchwycić. Wracając do filmu Władca Pierścieni - myślę, że będzie to kolejne nieudane dzieło. Dla tolkienistów będzie to o tyle dobrze, że przez następne pięć lat będzie o czym pisać, wytykając błędy tego filmu.

Ponieważ jednak ten film ma powstać - czy ma Pan jakieś swoje typy aktorskie? Kto na przykład mógłby zagrać Froda?

Nie, nie potrafię - to jest jakby poza moim wyobrażeniem. Owszem, ludzi mógłbym obsadzić, ale hobbitów, czarodziei... jak pokazać Drzewca? Jako chodzące drzewo? Bez sensu, uważam, że jest to całkiem chybiony pomysł. Nie oznacza to oczywiście, że tego filmu nie obejrzę.

Bardzo dziękujemy za rozmowę.
6 3 6