Odpowiedzi

  • Użytkownik Zadane
2009-12-18T12:50:05+01:00
Od pewnego czasu poważne i głośne kontrowersje wzbudza w Kościele, zwłaszcza w obu diecezjach warszawskich, sprawa Ruchu Rodzin Nazaretańskich. Po niedawnym opublikowaniu raportu komisji powołanej przez ordynariusza Archidiecezji Warszawskiej, ks. Arcybiskupa Kazimierza Nycza, do zbadania nieprawidłowości w funkcjonowaniu RRN, jego członkowie, zarówno świeccy, jak i duchowni, znaleźli się w bardzo dyskomfortowej dla siebie sytuacji. Związali się oni bowiem z Ruchem motywowani szczerym pragnieniem prowadzenia głębokiego życia wewnętrznego, by w ten sposób otworzyć się na bardziej osobiste doświadczenie Boga, przekonani, że droga duchowa proponowana przez Ruch jest dla nich najlepszą drogą wiodącą ku świętości. Tymczasem, ku swojemu zaskoczeniu, dowiadują się oni z raportu, że w Ruchu doszło do wielu bardzo poważnych nadużyć, zarówno organizacyjnych, jak i doktrynalnych. Ponieważ sam od wielu lat jestem związany z Ruchem (choć od 1,5 roku ta więź jest mocna osłabiona, niemal czysto formalna), a wspólnoty sukcesywnie powoływane przeze mnie do istnienia w parafii św. Franciszka z Asyżu w Warszawie działają pod szyldem RRN, postanowiłem i ja zabrać głos w tej sprawie, również dlatego, że wiele znanych i bliskich mi osób, zdezorientowanych całą sytuacją, prosiło mnie o mój osobisty komentarz do zaistniałych wydarzeń.

Chciałbym na początku dać świadectwo, że Ruchowi Rodzin Nazaretańskich zawdzięczam bardzo wiele, bo to dzięki tej wspólnocie przezwyciężyłem poważny kryzys mojego powołania, który nieoczekiwanie pojawił się w drugim roku kapłaństwa. Cały czas widziałem i widzę nadal znak miłosierdzia Bożego w tym, że spotkałem Ruch na swojej drodze. Chcę skorzystać z okazji, by jeszcze raz szczerze podziękować ks. Andrzejowi Kopczyńskiemu i ks. Bolesławowi Szewcowi za to, że w trudnej dla mnie sytuacji podali mi pomocną dłoń.

Pierwsze 5 lat mojej obecności w Ruchu przypadły akurat na czas moich studiów w Rzymie. Nie miałem więc w tym okresie styczności ze strukturami RRN. Po powrocie ze studiów moja obecność w Ruchu stała się bardziej intensywna, dzięki czemu mogłem poznać działanie Ruchu bliżej. Dość szybko zacząłem zauważać zjawiska, które mnie zaniepokoiły i wzbudziły różne wątpliwości. Trudno mi było jednak przebić się z tymi wątpliwościami do świadomości osób odpowiedzialnych za Ruch, bo bardzo często były one interpretowane jako „wyraz mojego zamknięcia albo przynajmniej braku pełnego otwarcia na charyzmat Ruchu”. Mimo to zdarzyły się jednak i takie sytuacje, w których udało mi się te wątpliwości, a czasami wręcz otwarty sprzeciw, wyrazić.

Jedną z takich sytuacji była krótka rozmowa z ks. Jarosławem Piłatem, głównym odpowiedzialnym za Ruch, w czasie której zwróciłem mu uwagę na to, że język niektórych konferencji głoszonych podczas spotkań kapłańskich jest nie do zaakceptowania, gdyż zakłada niewłaściwą ontologię. W odpowiedzi usłyszałem, że „język mistyki jest inny niż język metafizyki”. Pamiętam, że byłem wówczas bardzo mocno zaskoczony i zaniepokojony tą odpowiedzią, bo przypominała ona, choć w nieco zmienionej formie, „doktrynę podwójnej prawdy” głoszoną w średniowieczu przez tzw. awerroistów łacińskich, która już dawno temu została przez Kościół odrzucona.

Inna, pamiętna sytuacja, dotyczy mojej konferencji wygłoszonej przed paru laty w parafii św. Rodziny na Zaciszu podczas spotkania diecezjalnego, w której otwarcie zakwestionowałem swoisty negatywizm pojawiający się w konferencjach wygłaszanych wtedy przez moderatorów Ruchu. Dostrzegałem w nim przejaw platonizmu, który polega na tym, że neguje się niemal całkowicie wartość świata stworzonego, widząc w nim przeszkodę w drodze do Boga. Z tego platońskiego ujęcia zrodził się postulat, mocno artykułowany w konferencjach, by nie przywiązywać się do tego świata, by nim poniekąd wzgardzić, skoro posiada on znikomą wartość ontyczną, będąc światem złożonym z bytów w gruncie rzeczy nieistniejących. Jako wykładowca metafizyki, podkreślający na zajęciach wartość istnienia, nie mogłem z takim myśleniem się zgodzić. Dałem temu wyraz w mojej konferencji. Niestety, zaraz po jej wygłoszeniu, ówczesny moderator Ruchu w mojej diecezji ks. Tomasz Gil publicznie ze mną polemizował, co było chyba jedynym tego typu przypadkiem w historii Ruchu. Dziś dobrze widać, że miałem wówczas rację. Po tym incydencie nigdy więcej nie poproszono mnie o wygłoszenie konferencji na spotkaniu centralnym.

Jeszcze inna sytuacja dotyczy spotkania z jednym z księży odpowiedzialnych za Ruch w Diecezji Warszawsko-Praskiej. W czasie tego spotkania stwierdziłem, że nie można „szeregowym” kapłanom należącym do Ruchu wyznaczać roli biernych przekaźników treści stanowiących tzw. falę tematyczną. Uważałem, że powinni oni dzielić się przede wszystkim swoim osobistym doświadczeniem wiary, a nie przekazywać bezkrytycznie i literalnie słowa usłyszane od innych. Niestety, odpowiedzią było zdenerwowanie mojego rozmówcy i całkowite odrzucenie poglądu, który mu przedstawiłem.

Wszystkie te nieudane próby wpłynięcia na zmianę pewnych praktyk powodowały, że coraz bardziej odsuwałem się od grona odpowiedzialnego za Ruch. Coraz rzadziej też uczestniczyłem w spotkaniach centralnych. W prowadzeniu wspólnot RRN w zasadzie nie opierałem się na materiałach Ruchu. W praktyce realizowałem też inną koncepcję kierownictwa duchowego, niż oficjalnie obowiązująca w Ruchu. Mój sprzeciw budziła również nieprzejrzystość stosowanych środków formacyjnych. Nie akceptowałem zwłaszcza dzielenia członków Ruchu na tych, którzy są godni uczestniczyć w specjalnych rekolekcjach zwanych „formacją”, i na tych, którzy nie są tego godni. Z coraz większym sceptycyzmem podchodziłem też do tzw. charyzmatu w Ruchu, co znalazło swój wyraz między innymi w tym, że już wiele lat temu całkowicie zrezygnowałem ze stosowania wobec moich penitentów aktu oddania Matce Bożej w takiej formie, w jakiej był praktykowany w Ruchu.

Jednocześnie dochodziły do mnie głosy o tym, że jestem uważany przez osoby odpowiedzialne za Ruch za swoistego outsidera, niemal dysydenta, który ciągle trzyma się na uboczu. Miano też do mnie pretensje, wyrażane czasami wprost, o to, że wspólnoty z Tarchomina, których byłem moderatorem, nie są zaangażowane w życie Ruchu, że są trzymane na uboczu głównego nurtu, że ich członkowie nie przyjeżdżają na spotkania diecezjalne, nie uczestniczą w dniach skupienia, nie biorą w udziału w rekolekcjach centralnych itd. Było to jednak moim świadomym wyborem, w którym, wraz z upływem czasu, umacniałem się coraz bardziej. Sądzę, że właśnie dzięki temu członkowie wspólnot, którymi się opiekuję, zostali uchronieni przed negatywnymi zjawiskami, które mały miejsce w RRN, a dziś właściwie prawie nie odczuwają na sobie tego wielkiego kryzysu, który dotknął Ruch. Mam jednak żal do samego siebie, że nie byłem dość odważny i zdecydowany w artykułowaniu moich wątpliwości i niepokojów, choć w jakimś stopniu usprawiedliwia mnie lęk przed totalnym ostracyzmem ze strony środowiska, które mimo wszystko ceniłem i które uważałem za ważne dla mojej relacji z Bogiem.

Skoro tak krytycznie podchodziłem do wielu zjawisk zachodzących wewnątrz Ruchu, to, mogłoby się wydawać, że moja ocena raportu ogłoszonego przez komisję archidiecezjalną powinna być zasadniczo pozytywna, że powinienem odczuwać rodzaj gorzkiej satysfakcji po jego lekturze. Otóż nie. Po przeczytaniu raportu i jego dogłębnym przeanalizowaniu mam spore zastrzeżenia co do jego obiektywizmu. Moim zadaniem jest on zbyt jednostronny w wymowie i dość niezręczny w warstwie pedagogicznej. Mam obawę, że może on wygenerować, zapewne wbrew intencjom jego autorów, złe skutki. Zresztą pewnym potwierdzeniem tych obaw są, moim zdaniem, wypowiedzi niektórych członków komisji, którzy już po opublikowaniu raportu łagodzili w mediach jego ostry i demaskatorski ton.

Po pierwsze, budzi wątpliwości mianowanie na członków komisji niektórych osób znanych z przeszłości ze swego, mówiąc delikatnie, braku sympatii do Ruchu. Myślę, że z tego powodu już w punkcie startu komisja mogła zostać pozbawiona znamion obiektywizmu. Przejaw braku pełnej bezstronności ze strony komisji dostrzegam na przykład w preferowaniu jednej optyki w patrzeniu na Ruch, pochodzącej, jak podejrzewam, od ks. Jarosława Piłata, z którego w raporcie robi się niemal męczennika i ofiarę, choć to przecież on przez wiele lat, niemal od samego początku, był głównym moderatorem Ruchu i jest w najwyższym stopniu odpowiedzialny za to, co w Ruchu się działo. Był on swego czasu dość szczegółowo informowany nie tylko w rozmowach, ale i na piśmie (między innymi przez ks. Jarosława Kukowskiego) o wielu nieprawidłowościach i nadużyciach w działalności osób odpowiedzialnych za Ruch, a mimo to nie reagował na te informacje w taki sposób, jaki wymagała tego waga tych krytycznych spostrzeżeń, widząc w nich jedynie zalążki nieuzasadnionego i niebezpiecznego ataku na Ruch. Żywiąc podejrzenia co do obiektywizmu komisji, co do których jednak nie mam pewności, na ile są słuszne, mam nadzieję, że żaden z jej członków nie uległ pokusie szukania negatywnych przykładów potwierdzających z góry przyjęte założenia.

Po drugie, jest zupełnie niezrozumiałą rzeczą potraktowanie wszystkich w taki sam sposób, choć przecież zawinili tylko niektórzy. Szczególnie niepokojące w raporcie jest zastosowanie wobec wszystkich kapłanów Archidiecezji Warszawskiej zaangażowanych w działalność Ruchu odpowiedzialności zbiorowej. Jest to niepedagogiczne, wbrew zasadzie sprawiedliwości i raczej niewiele ma wspólnego z miłością bliźniego. Szczerze współczuję tym kapłanom, w większości Bogu ducha winnym, którzy w ten sposób zostali w przykry dla nich sposób napiętnowani i zupełnie niepotrzebnie upokorzeni.

Po trzecie, razi w raporcie brak właściwego zbilansowania plusów i minusów w ocenie działania Ruchu, nawet jeśli można by ten brak usprawiedliwić stwierdzeniem, że każda diagnoza terapeutyczna wskazuje na miejsca chore w organizmie, a nie na te, które nie potrzebują uzdrowienia. Mimo to nie wydaje się rzeczą słuszną, że w raporcie prawie w ogóle, poza jednym ogólnikowym stwierdzeniem, nie zauważono ogromu dobra, które w Ruchu się działo. Ruch, jakkolwiekby nie oceniać jego strony organizacyjnej czy doktrynalnej, to przede wszystkim ludzie spragnieni Boga. Bóg na autentyczne pragnienia duchowe zawsze odpowiada obfitością swojej łaski, a tego wylania łaski było w Ruchu bardzo wiele. Nie można, na przykład, pomijać milczeniem takiego chociażby dobra, jak liczne nawrócenia, które się w Ruchu dokonały, niektóre z nich zakończone chrztem osób dorosłych. Sam znam dwie takie osoby, które, będąc wcześniej ateistami, odnalazły drogę do Chrystusa w Ruchu, decydując się na przyjęcie sakramentu chrztu w dużej mierze dzięki życzliwej i cierpliwej posłudze kapłanów.

Po czwarte, nie można zapominać o fenomenie wielu powołań kapłańskich, które się w Ruchu narodziły, nawet jeśli znaczna część księży, zawdzięczających swe powołanie łasce Bożej, która przyszła do nich w Ruchu, później w tymże Ruchu już nie posługiwała.

Po piąte, w Ruchu Rodzin Nazaretańskich zawiązało się też bardzo wiele młodych, wspaniałych rodzin, które dają na co dzień piękne, budujące świadectwo chrześcijańskiego życia. Wydaje mi się nawet, że gdyby czcigodni członkowie komisji spędzili kilka dni wśród takich rodzin, to ich ocena Ruchu nie byłaby wówczas tak negatywna, wszak złe drzewo nie wydaje dobrych owoców.

Po szóste, nie można pomijać milczeniem faktu, że kapłani posługujący w Ruchu, nawet jeśli popełniali błędy, najczęściej przecież nie ze złej woli, sprawowali swoją posługę z wielkim poświęceniem, kosztem wolnego czasu, przeznaczonego chociażby na wypoczynek. Należało ten fakt dostrzec i docenić, by ich gorliwość w służbie Bogu i ludziom nie zgasła, lecz nadal charakteryzowała ich pracę duszpasterską w zmienionych już okolicznościach.

Po siódme, trudno zrozumieć, jak można, w ocenie materiałów formacyjnych Ruchu, do jednej grupy zaliczyć zeszyty Ruchu i książkę ks. Tadeusza Dajczera „Rozważania o wierze”, zakazując dystrybucji również tej ostatniej, jakby była ona jakimś niezgodnym z doktryną naszej wiary dziełem. Książka ta miała około stu wydań na całym świecie, została przetłumaczona na wiele języków. Wstępy do niej napisało wielu wybitnych teologów, takich na przykład jak Bruno Forte, wielu biskupów, a nawet kardynałów, w tym przedstawiciele Stolicy Apostolskiej. Moim zdaniem książka nie zwiera jakichś poważnych błędów doktrynalnych, dlatego należało oddzielić teksty ks. Dajczera od jego działalności w Ruchu, w której nie ustrzegł się ewidentnych błędów i nadużyć. Jak się bardzo chce, to przecież w każdym tekście można znaleźć coś, co można by uznać za jakąś niezręczność doktrynalną, która później posłużyłaby do ilustracji z góry założonej tezy o nieortodoksyjności tego tekstu. W ten sposób można by wykazać nieortodoksyjność, bądź przynajmniej teologiczną kontrowersyjność, wielu tekstów uznanych w Kościele, których autorami są tacy mistrzowie duchowi jak św. Augustyn, św. Bernard czy św. Jan od Krzyża. Ten punkt, w którym komisja neguje wartość doktrynalną książki „Rozważania o wierze”, budzi najwięcej zastrzeżeń.

Wreszcie uważam, że zupełnie niepotrzebne było opublikowanie tego raportu w Internecie i późniejsze, być może wbrew intencjom komisji, nagłośnienie go w mediach, i to nie zawsze katolickich. W tym względzie moja opinia różni się zasadniczo od opinii pojawiających się ostatnio na łamach prasy katolickiej, które w opublikowaniu raportu nie widzą nic złego, przeciwnie widzą w tym nawet dowód na to, że Kościół umie radzić sobie z wewnętrznymi problemami. W moim natomiast przekonaniu upublicznienie raportu dało jedynie niektórym przeciwnikom Ruchu pretekst do dość bezpardonowych ataków na cały Ruch, czego przykładem jest chociażby artykuł wstępny wydrukowany 15 lutego w warszawskim tygodniku „Idziemy”. Czytając ten artykuł, byłem głęboko zasmucony i zażenowany. Tak nie można! Słowa zawarte w tym artykule są zbyt mocne, niesprawiedliwie uogólniające, w gruncie rzeczy jątrzące i niepotrzebnie raniące. Moim zdaniem w piśmie diecezjalnym tego typu teksty, tak jednostronne i pisane z poczuciem moralnej wyższości, nie powinny się ukazywać. Pismo diecezjalne to przecież nie miejsce, w którym daje się upust swoim uprzedzeniom lub realizuje się osobiste porachunki. O pewnych trudnych faktach w Kościele można szczerze dyskutować na forum wewnętrznym, natomiast na forum zewnętrznym należałoby o nich mówić w sposób o wiele bardziej wyważony.

Na koniec chciałbym wyrazić szczere współczucie wszystkim „szeregowym” członkom Ruchu, tak świeckim, jak i duchownym, którzy całe to zamieszanie wokół Ruchu muszą mocno przeżywać. Wierzę jednak, że jest to oczyszczenie, które nie pójdzie na marne, że zgodnie z teorią „dezintegracji pozytywnej”, głoszonej swego czasu przez wybitnego polskiego psychologa Kazimierza Dąbrowskiego, z tego wszystkiego Bóg wyprowadzi jeszcze większe dobro. Wiem o tym, jak wielu kapłanów i świeckich członków RRN jest zaskoczonych dynamiką rozwoju wypadków. Z pewnością jest to dla nich czas niełatwy. Wiem też, że w swej znakomitej większości przyjmują całą zaistniałą sytuację z godnością, w duchu posłuszeństwa Kościołowi, i to mimo tego, że niektórzy jego oficjalni przedstawiciele wydają się czasami zapominać o tym, że działając w imieniu Kościoła, powinni być przede wszystkim znakiem dobroci Boga. Cieszę się, że mój pasterz, Arcybiskup Henryk Hoser, reaguje powściągliwie i z dużą dozą delikatności. Ufam, że Matka Boża, którą członkowie Ruchu tak bardzo kochają, uchroni ich przed zwątpieniem w Kościół, wartość posługi kapłańskiej, a zwłaszcza przed różnymi duchowymi zranieniami, na które obecna sytuacja ich z pewnością naraża. A przedstawicielom Kościoła instytucjonalnego, powołanym do oceny działalności Ruchu, życzę obiektywizmu, delikatności i odpowiedzialności za podejmowane decyzje, by nie okazały się niesprawiedliwe, a przez to krzywdzące, przynoszące szkodę nie tylko samemu Ruchowi, lecz ostatecznie także całemu Kościołowi.