Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2009-12-20T16:49:24+01:00
Najpiękniejszą i zarazem najsmutniejszą chwilę w ekranowym życiu Harry'ego Pottera podarował młodemu czarodziejowi Alfonso Cuaron. W ostatnich scenach "Więźnia Azkabanu", bohater widzi po drugiej stronie jeziora postać, która przed chwilą wyciągnęła go z tarapatów. Jest przekonany, że przed niechybną śmiercią uratował go ojciec. Potem, gdy za sprawą magicznego artefaktu Harry posiądzie moc manipulowania czasem, okaże się, że to on sam znalazł się na drugim brzegu i ruszył sobie na ratunek. W tych dwóch fragmentach, gdy widzimy wyczarowanego, biegnącego po zamarzniętej wodzie obrońcę, Patronusa, zostają zrównane dwa interpretacyjne poziomy najsłynniejszej ze współczesnych baśni. Jedna opowieść dotyczy królestwa czarów, w którym bohater uzupełnia magiczny inwentarz o nowe sztuczki, potrafi wyczarować srebrzystego jelenia albo, cytując klasyka, zamienić colę w pepsi. Druga mówi o chłopcu, którego zasadniczym dramatem jest brak ojcowskiego autorytetu i życie wśród autorytetów zastępczych.

Harry Potter i Książę Półkrwi
Do tego kluczowego momentu seria filmów o Harrym Potterze była na fali wznoszącej. Potem zaczęła zbaczać na hollywoodzkie mielizny. Jeszcze Mike Newell w "Czarze ognia" wzbogacił konwencję motywem burzy i naporu wieku nastoletniego, jeszcze David Yates w "Zakonie Feniksa" podarował soczystą rólkę Imeldzie Staunton i inteligentnie przykroił opasłe tomiszcze Rowling na potrzeby ekranu (niepokojąca tendencja – im dłuższa książka, tym krótszy film). W "Księciu Półkrwi" mamy już do czynienia z totalnym spadkiem formy. Całość sprawia wrażenie przeciągniętej introdukcji do ostatniej części cyklu, a zyskuje dzięki odtwórcom głównych ról, którzy na pięć minut przed wielkim finałem wydają się aktorsko ukształtowani (jak przekonuje jeden z bohaterów "Funny People" Apatowa: Harry jest już tak stary jak mój ojciec, powinni nazywać go Harold).Przede wszystkim, fabule brakuje równowagi. Śledzenie sercowych porywów adeptów Hogwartu daje frajdę, ale neutralizuje fatalizm dramatycznego starcia z siłami zła. Galopadę akcji z poprzedniej części zastąpiono spokojniejszą atmosferą, na czym ucierpiała dramaturgia. Kulminacja, na którą czeka się z zapartym tchem, rozczarowuje, ponieważ nie jest należycie przygotowana. Poprzedza ją po stokroć efektowniejsza, utrzymana w horrorowej konwencji scena wyprawy po pewien artefakt. Podobnie "odklejony" od całości jest początek, zapowiadający widowisko niemal katastroficzne. Nic tych rzeczy.

Podążając wiernie za materiałem Rowling, Yates nie ma czasu (chęci, ambicji) bawić się w stylistę – jego drugi film jest nudny jak flaki z olejem, nie nosi autorskiego piętna ani w warstwie wizualnej, ani tematycznej. To, że Harry'emu z wiekiem rosną włosy na klacie, wiemy i bez filmu. Ja chciałbym się dowiedzieć, czy boli go fakt, że zamiast podrywać dziewczęta i klepać w quidditcha, gania za facetem wyglądającym jak skrzyżowanie plemnika z anakondą. Pobożne życzenia.

Dodatków na dwupłytowym wydaniu DVD jest multum, od wizyty na planie i rozmów z aktorami, przez serię kapitalnych, jednominutowych wywiadów, po krótki dokument o tym, jak Joanne Rowling pisała "Insygnia Śmierci". Posiadaczy Blu-raya czeka wspaniała przygoda, bowiem skąpany w stalowych barwach "Książę…" wygląda w rozdzielczości 1080p po prostu obłędnie.