ZREDAGUJ OPIS PRZEZYC WEWNETRZNYCH STARUSZKI Z OPOWIADANIA ''PIATY TALERZ,,WYKORZYSTAJ ZWIAZKI FRAZEOLOGICZNE.
Każdej z was - bez wyjątku - życzę, abyście w dniu Wigilii choć raz przeżyły to, co ja, jako matka 12-letniej wówczas Małgosi. Byłam zmuszona przejść bardzo trudny test na człowieczeństwo i ...moje dobre mniemanie o samej sobie najpierw legło w gruzy, potem lekko się podniosło, a następnie zatrzymało się na poziomie, jaki określa się mianem "stany średnie".

...to był bodajże rok 1988. W ten wigilijny wieczór jak zwykle mozolnie lepiłam uszka (zawsze usiłuję wcisnąć rodzinie gotowce i rodzina zawsze krzyczy, że wykluczone, bo uszka muszą być domowej, w dodatku mojej roboty i wtedy ja, osoba zazwyczaj odporna na takie argumenty, zawsze się poddaję. Bo co Boże Narodzenie, to Boże Narodzenie). Mąż odpowiedzialnie mieszał kapustę z grzybami, starsza córka rozstawiała talerze, a ja zastanawiałam się, gdzie znikła Małgośka. Niby to wybiegła na krotki spacer z psem, tyle że pies był, a jej nie było. Wpadłam do pokoju, sprawdzić, czy wszystko w porządku. Owszem, w porządku: wyjątkowo solidnie wysprzątane, nawet po kątach, w rogu zielono-srebrna choinka, na stole biały obrus i cztery komplety talerzy.

- ...a gdzie piąty? - zawołałam gniewnie. - Ile lat was uczę, że musi być jedno nakrycie dodatkowe, dla niespodziewanego gościa, bo może przyjść ktoś samotny, nieszczęśliwy, albo bezdomny! Mówię i mówię, a wy znowu stawiacie tylko cztery! Ten piąty talerz to symbol! Kaśka posłusznie dostawiła piąte nakrycie - talerz płytki, głęboki, deserowy, szklankę na kompot z suszu, kieliszek na wino - a ja ponownie ruszyłam do kuchni. Mąż kosztował barszcz, smażony karp "dochodził" w piekarniku, pachniało grzybami i choiną. Pierwsza gwiazdka zapewne już wzeszła gdzieś za miejskim smogiem i była najwyższa pora, by zgasić górne światło i zapalić świece, grzejąc się jedynie w blasku choinkowych lampek, świec i rodzinnych, kameralnych uczuć. W ciągu roku prawie nigdy nie mamy na to czasu, więc każdą Wigilię celebrujemy z najwyższa przyjemnością.

- ...ale gdzie ta Małgośka?", spytała starsza córka - i w tym momencie otworzyły się drzwi. Do mieszkania wtargnęła Małgośka - ale nie sama. Razem z nią wkroczyła nieznana nam, drobna i wystraszona staruszka, patrząc spłoszonym wzrokiem. Pies zaczął powarkiwać - obcy w domu? w wigilijny wieczór?! nawet jemu nie mieściło się to w brązowym łbie - a my patrzyliśmy po sobie z rosnącą paniką. "Kto to?, spytał szeptem wystraszony mąż. Wigilia to przecież jedyna taka pora w roku, gdy nikomu nie składa się wizyt, bo to naprawdę święto rodzinne i intymne. A tu nagle obcy w domu...!"Nie wiem kto to!", odszepnęłam z irytacją.

- Kto to? - spytała głośno starsza córka, przytrzymując psa i patrząc ze zdumieniem to na niespodziewanego gościa, to na nas. A wtedy Małgośka objaśniła z radosnym triumfem:
- Ta pani jest do naszego piątego talerza!
Zaniemówiliśmy. Ale na krótko.
- Do piątego talerza? - powtórzyła zdumiona Kaśka i dorzuciła odruchowo: - Przecież piąty talerz ma być pusty!
"Jasne, że piąty talerz ma być pusty. Przecież to tylko symbol...Co jest, do diabła?", pomyślałam z rosnącą złością.
-To znaczy, że ta pani... - zaczął niespokojnie mąż i urwał.
- ...przyszła do nas na Wigilię! - zakończyła radośnie Małgośka.
Znowu zapadła niespokojna cisza. Obca staruszka w naszym przedpokoju, na pięć minut przed wniesieniem na stół wazy z barszczem i uszkami, zwyczajnie nie mieściła się nam w głowie.
- Zajmijcie się panią, a Małgośkę proszę do kuchni - powiedziałam z problematyczną godnością.
Mąż z rozpaczliwym uśmiechem zaczął zdejmować płaszcz ze spłoszonej staruszki, a starsza córka pobiegła sprawdzić kompletność piątego nakrycia.
- Co jest, do cholery?! Przyprowadzasz nam obcą osobę na Wigilię?! - warknęłam w kuchni, a to warczenie wzmogło się na widok szerokiego uśmiechu Małgośki. - Z czego jesteś taka zadowolona?- syknęłam. - Przecież psujesz nam święta!
- Ale to naprawdę jest samotna, nieszczęśliwa i prawie bezdomna staruszka! Wzięłam ją z domu starców - szepnęła trochę nerwowo młodsza córka. - Przecież zawsze powtarzałaś, że ten piąty talerz..
. - Posłuchaj, oślico, piąty talerz to tylko taki obyczaj i nikt, do cholery...- zaczęłam z furią - i nagle zamilkłam. "Rany boskie, za kilka godzin będzie dwunasta i mój pies oraz dwa koty odezwą się w tę noc ludzkim głosem, a ja...a ja...a ja WARCZĘ! I o co! O to, że przy piątym talerzu NAPRAWDĘ zasiądzie ten niespodziewany przybysz, na którego ten talerz bezskutecznie czeka od tylu lat...".
- Mamo? Mamo... - powiedziała z dziecięcą bezradnością Małgosia, a ja nagle objęłam ją.
- No jasne. Jasne! Samotny i niespodziewany gość do piątego talerza. Fajnie wymyśliłaś - powiedziałam znienacka ludzkim głosem i ruszyłam do pokoju z wazą. Przy dzieleniu się opłatkiem staruszka życzyła nam, aby nasze dzieci nigdy o nas nie zapomniały. Przy barszczu opowiedziała o trójce swoich dorosłych dzieci, które zapewne też gdzieś jedzą barszcz, ale bez żadnych staruszek. Przy rybie staruszka opowiedziała nam, jak jej mama przyrządzała karpia po żydowsku i jak nigdy nie udało się tego nauczyć żadnej z córek, a przy kapuście z grzybami wspomniała wigilie swojego dzieciństwa na kresach, gdy przy stole zasiadało szesnaście osób i chórem śpiewali kolędy. Przy kompocie staruszka nauczyła nas wszystkich zwrotek "Bóg się rodzi" (a wcześniej docieraliśmy tylko do drugiej zwrotki) , a przy serniku poprosiła o cztery dodatkowe kawałki dla współlokatorek z domu starców, dla których nie znalazł się niegdzie ani piąty, ani szósty czy ósmy talerz.



ZREDAGUJ OPIS PRZEZYC WEWNETRZNYCH STARUSZKI Z OPOWIADANIA ''PIATY TALERZ,,WYKORZYSTAJ ZWIAZKI FRAZEOLOGICZNE.


PLIS POMOCY DAM MAXXX PKT ;*;*

1

Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2009-12-23T21:44:04+01:00
Odkąd moje dzieci dorosły wigilię Bożego Narodzenia zawsze spędzałam samotnie jak palec. Dzieci założyły własne rodziny, a ja pozostałam w tle. Co z tego, że w domu starców miałam koleżanki zza ściany, ale tak naprawdę była sama jak ten kołek w płocie. Nawet pies z kulawą noga nie przychodzi w odwiedziny do mnie. Jednak nigdy nie traciłam wiary i nadziei, że nadejdzie taka chwila, że będą kiedyś takie święta, które spędzę z kimś miłym. I uwierzyłam, że wiara czyni cuda w dniu kiedy zjawiła się Małgosia. Moje nadzieje na normalność odżyły. Dziewczynka zaprosiła mnie na wigilię do jej domu.
Zanim przekroczyłam próg ich domu wzięłam głęboki oddech. Bałam się jak diabeł święconej wody rodziców Małgosi, a właściwie ich reakcji, ale postanowiłam zostawić sprawę własnemu biegowi. Powitanie nie było radosne, nikt nie czekał na mnie z otwartymi ramionami. Wydawało się, że coś zawisło w powietrzu. Mama poprosiła Małgosię do kuchni, a ja rozglądałam się nieśmiało. Dało się słyszeć, jak mama krzyknęła w twarz Małgosi, wypominając jej czyn. Przez chwilę myślałam, że ma ją za nic, ale minutkę potem uspokoiło się i było już po krzyku.
Wróciły obie i zasiedliśmy do stołu. Byłam w siódmym niebie, kiedy mogłam nauczyc rodzinę dalszych zwrotek kolędy „Bóg się rodzi”. Spożywając wieczerzę wspominałam swoje dzieciństwo, chwile gdy mama przygotowywała karpia po żydowsku. Tylko mama takiego robiła – palce lizac. Ani ja ani moje siostry nie umiałyśmy tak gotowac. Zresztą ja nigdy nie nauczyłam się tej sztuki, w kuchni miałam dwie lewe ręce. Choc spędziłam te święta mniejszym gronie niż to miało miejsce dawniej, na kresach poczułam radośc życia. Okazuje się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Gdyby nie Małgosia, w domu starców nudziłabym się jak mops. Dla mnie pobyt u Małgosi to było senne marzenie, jednak ja oderwałam się choc na chwilę od rzeczywistości. Dla moich koleżanek jest to nadal marzenie ściętej głowy.