Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2009-09-22T19:15:11+02:00
Mam na imię Ludwika i mam 8 lat.Widzę,że ludzie wcale się nie słuchają.
Czereśnia pani Niny choruje.Poskarżyła się jej wczoraj rano.Kiedy przyszłam do nich z koszykiem babcinych smakołyków,pani Nina okadzała czereśnię ziołowym dymem i mruczała coś pod nosem.Zapatrzyłam się na to uzdrawianie i dopiero burczenie w brzuchu oderwało mój wzrok od czarów.
-Na kuchni stoi patelnia z podsmażonymi ziemniakami,a w śpiżarni jest zsiadłe mleko-powiedziała,nie przerywając uzdrawiania pani Nina.Z radością pobiegłam do kuchni:byłam potwornie głodna.Spojrzałam na zegar:15.00,nic dziwnego,że chce mi się jeśc!Tak mnie pochłonęło widowisko z czereśnią,że nie odczułam upływu czasu.
-Ale pyszne te ziemniaki i mleko też!-krzyknęłam przez otwarte okno w kuchni.Pałaszowałam aż mi się uszy trzęsły.Babcia mnie prześwięci,że nie wróciłam na obiad.Może odgrzeje mi go na kolację?
Na kolację zjadłam lekko podgrzaną zupę z cukini i nie odgrzaną surówkę z pieczarek.
-Pyszne,babciu.
-Ja myślę,-babcia udawała,że się złości-ale następnym razem zjesz obiad na obiad,a kolację na kolację.
Puściłam do niej oko,a ona pocałowała mnie w czubek głowy.
Feliks był dziś smutny:martwiła go choroba czereśni,z którą był zaprzyjaźniony.Pocieszyłam go wiarą w czarodziejskie moce pani Niny.Sama zresztą w nie wierzę.
Kiedy rozmawiam z dorosłymi często używam słowa naprawdę.
Naprawdę widziałam,naprawdę słyszałam,naprawdę tak było.
To takie pomocne słowo,bo dorośli nie wierzą jeśli nie jest się pewnym.Tak naprawdę to niekiedy nie wierzą nawet wówczas,gdy jest się czegoś pewnym i o czymś przekonanym.Mam 8 lat,ale widzę to wyraźnie.Naprawdę.
Mam na imię Ludwika i mam 8 lat.Podobno miłośc nie wszystko wybacza.
Feliks rozumie mnie bez słów.Możemy milczec razem,a i tak jest nam dobrze.Uśmiechamy się do siebie w ciszy.Patrzymy na niebo upstrzone gwiazdami,wdychamy nocne powietrze.Mama boi się posyłac mnie po małe sprawunki do osiedlowego sklepiku,a ja siedzę sobie,jak gdyby nigdy nic w lesie,w nocy.Chyba osiawiałaby gdyby teraz mnie zobaczyła.Dorośli boją się tylu rzeczy.Poważnie zastanawiam się nad tym,czy chcę byc dorosła.
Dorosłośc to ograniczenia i lęki.Chyba bym zwariowała.
-Nie mów tak.Ja też miałam 8 lat.Wszystko pamiętam.
Tylko teraz muszę postępowac inaczej,bo mam lat 38.
Kręcę głową na wszystkie strony.
-Słyszałeś?-ptam Feliksa.
-Tak.
-To powiedziała moja mama!
-Wiem.Nie ma się czemu dziwic.
Racja.Nic nie jest dziwne.Jak dobrze,że mam takiego fajnego kolegę,z nim wszystko jest możliwe.
-Babciu?
-Mchy...?
-Dlaczego nie rozmawiasz z panią Niną?
-Stara historia.
-To fajna na pewno.
-Ach ty...-Babcia łapie mnie dwoma palcami za nos.
-Opowiesz?
-Może.Kiedyś.
-Dzisiaj!Teraz!
-Nie mam nastroju.
Od roku próbuję z babci wyciągnąc tą opowieśc,ale ciągle mnie zbywa brakiem nastroju.Taka zasłona dymna.
Mam na imię Ludwika i mam 8 lat. Niczego się nie boję oprócz strachu.
Dziś pieczemy z babcią chleb orkiszowy i kukurydziane bułeczki.Dziadek w blenderze mieli soję na majonez, za którym wszyscy przepadamy.Koniecznie musi byc porządnie naczosnkowany.Ziejemy później czosnkiem i ludzie od nas uciekają,ale mamy to w nosie: tacy z nas czosnkowi egoiści.Bardzo lubimy czosnek.Upieczone bułeczki i chleb moczymy w sojowym majonezie i jesteśmy w siódmym niebie.Lubię też polac nim białą poszatkowaną kapustę.
Niebo w gębie.Ostatniej nocy nie spotkałam się z Feliksem.
Z prostej przyczyny: tak mi się dobrze spało,że przespałam całą noc. Feliks się nie pogniewa,jest bezkonfliktowy. Szkoda,że moje szkolne koleżanki takie nie są.Z nim często popadam w konflikty.Sama też nie jestem bez winy.Babcia mówi,żeby nie krytykowac innych tylko najpierw spojrzec na siebie i w sobie szukac.Łatwo jest zrzucic wszystko na innych.
Życ na własny rachunek to duża odpowiedzialnośc i szkoła życia.Dlatego moi dziadkowie nie wierzą w Boga.
Dla nich wiara to pójście na łatwiznę: wszystko zrzucasz na barki Boga.Ja jeszcze nie wiem,czy wierzę,czy nie.Mam czas,żeby się dowiedziec.Nie spotkałam się z Feliksem,ale w nocy przyszła do mnie pani Nina.To znaczy przyśniła mi się.Miała 8 lat i chciała ze mną zagrac w klasy.Nie umiem grac w klasy.Teraz się już w to nie gra.Przynajmniej na moim podwórku.Pani Nina,a raczej Ninka,bo tak się przedstawiła,powiedziała,że nauczy mnie gry w klasy i,żebym się ruszyła.No,to poszłam z nią na plac zabaw.Ogromny.
W życiu nie widziałam takiego placu.Na płycie chodnikowej wyrysowane były olbrzymie klasy:gdyby to nie był sen za nic bym nie zdołała przeskoczyc z jednego pola na drugie,takie były obszerne.Chyba,że byłabym z Feliksem.
A tak skakałam bez problemu!Było cudownie!
Jejku,jaki pyszny ten chleb z majonezem!
Mam na imię Ludwika i mam 8 lat.Ludzie potrafią się ranic bez przyczyny.
Złości mnie złośliwośc.Byc złośliwym wobec innych musi byc bardzo męczące.Nie lubię wyzłośliwiac się i obgadywac.Czy ludzie nie mają swojego życia,że tak bardzo zajmują się życiem innych?
Co daje nagadanie na kogoś albo złośliwe go obśmianie?
Szkoda energii.Lepiej życ swoim życiem. Mama mówi,że jestem nad wiek dojrzała.Nie rozumiem tego: po prostu żyję,patrzę i rozmyślam nad tym,co widzę.
Czasem chce mi się płakac przez to,co widzę.
Ostatnio pani Nina powiedziała mi o dystansie,który jest zbawczy szczególnie dla wrażliwych ludzi.Myślę,że dystans to fajny wynalazek,ale chyba nie mogę się zdystansowac,życ obok,ponad.Życie za bardzo mnie dotyka,żeby nie wchodzic w nie głębiej.
Od pół roku piszę dzienniczek,w którym zapisuję wszystko,co mi chodzi po głowie.Dałam go kiedyś do przeczytania babci,a ona westchnęła i powiedziała:
-Będzie ci ciężko Ludwisiu.
Może miała na myśli siebie? Wciąż myślę o niej i pani Ninie.
Feliks nie ma rodzeństwa.Mówi,że ma mnie i panią Ninę.
Poza tym przyjaźni się z całym leśnym zwierzyńcem i roślinnością.
Fajnie jest miec go za kolegę.Wczoraj pokazał mi miejsce w lesie,w którym rosną dorodne jagody.Zjadłam ich mnóstwo i jeszcze przyniosłam do domu koszyczek.Dziś na obiad będą pierogi z jagodami oblane gęstą śmietaną.Jak ja lubię jeśc!
Wszyscy w mojej rodzinie lubią jeśc i dobrze gotują.
Czasem zdradzam te dobroci dla świństw takich,jak na przykład parówki,ale na szczęście zdarza się to rzadko.Poza tym przepadam za boczkiem:surowym wędzonym,który ciągnę zębami,jak dzikie zwierzę albo pieczonym przez mamę.Majstesztyk,jak mówi dziadek.To takie niemieckie słowo,które weszło do naszego języka i oznacza wielkie dzieło,arycdzieło,coś naj. Pozwalamy sobie na chwilę słabości,bo mięso jemy rzadko.Żartujemy,że jesteśmy ryzykantami smaku.Fajną mam rodzinę.
Czereśnia pani Niny wyzdrowiała! Okadzanie pomogło.
Najadłam się jej owoców,kiedy zaniosłam pani Ninie koszyk z jedzeniem.
Jagodowe pierogi...no,po prostu miodzio.
3 1 3
2009-09-22T19:15:14+02:00
- Ile?! - Hansen aż uniósł się z fotela. - Sześćset lat?
- Ach, nie! Sześćset to od Drugiego Soboru Reformatorskiego, przepraszam. Germinacja miała miejsce dużo wcześniej - poprawił się Stern.
- Mój Boże...
Siedzieli w sali stylizowanej na wiktoriański klub dla dżentelmenów - ten mały tłusty, który przedstawił się Nilsowi jako komandor Auguste Thierhart, jego sekretarz Elja Stern i jeszcze kilka innych osób. Rozmawiali, a właściwie to Stern z nim rozmawiał, bo reszta na razie jedynie nadstawiała ucha, chłonąc każde słowo i obserwując każdy gest nadzwyczajnego gościa. Nawet komandor nie wtrącał się do dialogu, chociaż nerwowymi ruchami rąk podświadomie zdradzał, ile go ta wstrzemięźliwość kosztuje.
- Germinacja, czyli moment, kiedy wykiełkowały nasze megastruktury, tak? - spytał Hansen półgłosem.
- Zgadza się.
- I jak dawno temu to było?
Stern mu powiedział.
- Mój Boże... - powtórzył oszołomiony Hansen. - Mój Boże...
Już niemal oswoił się z faktem, że wylądował w przyszłości - może miał wylew albo jakiś wypadek i został zahibernowany? Teraz jednak świadomość, jak wielką otchłań czasu przebył, poraziła go na nowo. Nie była to ostatnia z szokujących wieści. Stern okazał się człowiekiem zdecydowanie bardziej rozmownym od Kutsheby i cierpliwie jak mentor odpowiadał na wszelkie pytania, lecz z każdą odpowiedzią Hansen coraz bardziej żałował, że w ogóle zaczął je zadawać. Kiedy poprosił o wyjaśnienie sprawy nurtującej go w tej chwili najbardziej, czyli jak się tu znalazł, usłyszał zupełnie fantastyczną historyjkę o jakimś sarkofagu, w którym jego osobowość tkwiła zakonserwowana przez stulecia niby mucha w bursztynie, a teraz odrodziła się pod postacią tzw. mannekena - nie, nie żadnego cyborga, raczej istoty w pełni normalnej i w pewnym sensie tak samo żywej jak inni, tyle że z lepszego tworzywa!
Po tym wstrząsie przyszły kolejne, aż w końcu Hansen przestał pytać o cokolwiek i z twarzą ukrytą w dłoniach już tylko słuchał. O szaleńcach z "Wolnego Wszechświata", którzy spełnili swą groźbę i rozrzucili zarodki megastruktur po całym globie jak bomby z opóźnionym zapalnikiem. O chaosie i rozkładzie cywilizacji, jaki po tym nieuchronnie nastąpił. O Pierwszym Synodzie, który idee miał być może szlachetne, lecz metody wprowadzania ich tak okrutne i bezwzględne, że bladły przy nich najgorsze postępki Loyoli i Świętego Oficjum. O irracjonalizmie ludzi, którzy pomimo to zaakceptowali w końcu narzuconą im siłą religię do tego stopnia, że teraz jej mniej lub bardziej jawni wyznawcy idą w miliardy. A także o ich determinacji, by przeżyć i przystosować się do zupełnie nowych realiów, co niektórym udało się nadspodziewanie dobrze, innym zaś sprawia kłopoty po dziś dzień. O stuleciu nieprzerwanych konfliktów zakończonych ostatecznie Wielką Stratyfikacją, kiedy to ocalałe resztki rodzaju ludzkiego podzieliły się na "ptactwo" wiodące nieskomplikowany żywot wewnątrz konarów, technokratycznych Wierzchołkowców oraz "krety", czyli tych, którzy mniej lub bardziej świadomie wybrali zrujnowany Dół, a za lejtmotyw swej egzystencji nienawiść do Drzew i do wszystkiego, co z nimi związane. O ruchu Reformacji Robertiańskiej i o Drugim Synodzie, który zdecydowanie potępiwszy haniebne czyny swoich poprzedników z Wolnego Wszechświata, podjął się na nowo ciężkiego obowiązku jednoczenia rozproszonych kultur w jedną rodzinę ludzką. I jeszcze o tym, o tamtym i o wielu innych sprawach, które były dla niego niezrozumiałe bez historycznego i kulturowego kontekstu.
Tyle lat, myślał Hansen, nawet moje ciało mi odebrali! Bjorg boginią dla dwóch trzecich ludzkości, to się nazywa ironia dziejów! Dopiero po chwili dotarło do Nilsa, zanurzonego w potoku własnych myśli, że to już nie Stern do niego mówi, lecz komandor:
- ...większość ludzi nie wyobraża sobie dzisiaj życia poza Drzewem. Prawdę mówiąc nie wiem, czy w ogóle by potrafili. Tak już jest, że to, co najpierw wydaje się nie do pomyślenia, przeradza się w całkowitą normalność dwie generacje później, a po kolejnych trzech czy czterech już w aksjomat. My po prostu za krótko żyjemy, by odczuwać nieustanną oscylację wszechświata wokół nas. Skały, gwiazdy, Drzewo - wszystko ma swój początek i kres, wszystko się rodzi, dojrzewa, wydaje nasiona nowego życia i w końcu umiera. Tylko z perspektywy naszego przelotnego żywota wydaje się wieczne i niezmienne. Przyznaję, że nawet w Kapitule ulegliśmy temu złudzeniu...
- Zaraz, czy chce pan powiedzieć, że megastruktury przeszły mimo wszystko w fazę generatywną?! - przerwał mu Hansen gwałtownie, ale jego pytanie zawisło w nagłej ciszy. Wybity z rytmu komandor zesztywniał z wysuniętym kabotyńsko językiem i spąsowiał jak człowiek bliski apopleksji. Stern usiłował nieudolnie pokryć zakłopotanie cichym kaszlem, a spośród reszty towarzystwa co najmniej połowa wyglądała tak, jakby mieli zamiar uciec, gdzie pieprz rośnie.
Przedłużające się milczenie Thierharta i reszty obecnych było wymowniejsze od tysiąca słów i Hansen poczuł się jak pacjent przed konsylium, które boi się powiedzieć mu, że jest śmiertelnie chory.
- Coś jeszcze gorszego? Jakaś katastrofalna aberracja w programie? No mówcie, ludzie, przecież nie jestem dzieckiem!
Komandor podniósł na niego oczy i przez chwilę wyglądał jak pekińczyk, który właśnie narobił panu do wizytowych półbutów. Gdyby nie powaga sytuacji, mina ta rozśmieszyłaby Hansena do łez.
- My... To się stało naprawdę przez zupełny przypadek - bąknął zmieszany Thierhart, a jego tłuste podgardle zadrżało spazmatycznie. - Na wszystkie rany Ziemi, nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to w ogóle możliwe! Myśleliśmy: ot, jeszcze jedna legenda, straszak wymyślony przez Pierwszą Kapitułę dla pacyfikacji gminu! Cóż więc złego miałoby wyniknąć z historycznych pasji jakiegoś archiwisty? Niech sobie grzebie w zakurzonych szpargałach, może przynajmniej uporządkuje wreszcie ten bajzel, zostawiony nam przez poprzedników. No powiedz, Stern, czyż nie tak było?
Sekretarz z niechęcią złapał przerzucone nań śmierdzące jajko.
- Szacowny Projek... to jest, Nils. - Jego wcześniejsza elokwencja też gdzieś przepadła. - Od dawna już nie mamy nic wspólnego z nihilistami ani w ogóle z jakąkolwiek formą religijnego ekstremizmu i... Chciałem powiedzieć, że teraz Synod jest bardziej sekularnym stowarzyszeniem aniżeli centralnym ośrodkiem kultu, jak ongiś. Obecnie nasz cel to szeroko rozumiane odrodzenie kulturowe i ochrona rdzenia tradycyjnych wartości, który... ee... jednym słowem wszelkie radykalne posunięcia czy rewolucyjne zmiany status quo, a tym bardziej wywracanie świata do góry nogami, są nam...
- Do diabła, Stern, przestań się plątać i powiedz mu wreszcie! - Zirytowany komandor zerwał się z fotela. - Powiedz mu o tym durnym, nadgorliwym archiwiście, który dokopał się do jego notatek!
Wskazany serdelkowatym palcem Hansen przeniósł wzrok z sekretarza na Thierharta.
- Notatek? Jakich notatek?
- Takich, które powinny zostać wśród reszty legend, gdzie ich miejsce! - Komandor zaszeleścił swymi teatralnymi szatami.
- Przepraszam, ale których, konkretnie? - Podniecony Hansen także wstał z miejsca. - Tych z projektu "Yggdrasill"? Przecież ja nie robiłem prawie żadnych notatek, wszystko trzymałem w głowie. A może chodzi wam o...
- Ach, do wszystkich ran macierzy, marnujemy jedynie czas na próżną gadaninę! - Zniecierpliwiony komandor poderwał swoich dworzan na równe nogi krótkim, rozkazującym gestem, a potem ujął Hansena pod ramię i szepnął: - My ci zaraz wszystko pokażemy, wszystko, co zechcesz, oddamy ci nawet tego bezmózgiego bibliotekarza, żebyś mógł go sobie własnoręcznie udusić, tylko nam pomóż i zatrzymaj tę gilotynę w połowie drogi, błagam cię, Nils!

2 1 2