Odpowiedzi

2010-01-09T15:10:59+01:00
Spojrzałem w lewą i prawą stronę. Nikogo już nie było w kolejce do konfesjonału. Jeszcze chwila modlitwy dziękczynnej za ten dar sakramentu pojednania. Zamknąłem za sobą drzwi świątyni. Przed plebanią czekał na mnie młody człowiek.- Szczęść Boże - przywitał się, gdy mnie zobaczył.

- Szczęść Boże - odpowiedziałem.

- Mam prośbę do księdza - kontynuował młodzieniec - czy miałby ksiądz dla mnie kilka minut?

- Proszę bardzo, zapraszam do kancelarii - odpowiedziałem.

Weszliśmy do środka. Po chwili milczenia młody człowiek zaczął rozmowę:

- Proszę księdza, ja wczoraj byłem u spowiedzi w sąsiedniej parafii i zaskoczyła mnie wypowiedź księdza, który powiedział, że to, co ja robię jest grzechem. Ja nigdy o tym tak nie wyślałem. I przyznam się szczerze, że nie zgadzam się z nim. Ale gdzieś w środku mam pewien niepokój, dlatego przyszedłem, aby z księdzem o tym porozmawiać.

- A co Ty robisz? Bo ja nie wiem, w czym jest problem.

- Proszę księdza - mówił dalej - czy miłość może być grzechem?

- Miłość…? Grzechem? Dlaczego o to pytasz?

- Widzi ksiądz - ciągnął dalej - bo ja podczas tej spowiedzi dowiedziałem się, że to jest grzech. Tak stwierdził spowiednik, gdy mu powiedziałem, że kochałem się ze swoją dziewczyną… Proszę księdza, czy kochać się to jest grzech?

- Widzisz, gdyby miłość była grzechem, to doszlibyśmy do jakiegoś nieporozumienia. Dlatego, że - po pierwsze - jak mówi Jan w Ewangelii, Bóg jest Miłością, a więc Bóg nie może być grzechem. Po drugie - Chrystus nakazał nam kochać, miłować drugiego człowieka - odpowiedziałem.

- A więc… kochać się to nie grzech - podsumował młodzieniec.

- Oczywiście, że nie - podjąłem myśl dalej - ja też kocham ludzi i ciebie też kocham…

- Zaraz… zaraz… - przerwał mi - ale ja nie o takiej miłości mówię!

- A o jakiej?

- No wie ksiądz… - zaczął nieśmiało - chodzi o to, że ja z moją dziewczyną… no wie ksiądz… ja robiłem ze swoją dziewczyną… no my żeśmy…

- Nie, nie wiem - rzekłem i po chwili dodałem - co ty z nią robiłeś?

- Chodzi o to, że ja z nią spałem - powiedział po chwili milczenia.

- Spałeś - podjąłem wypowiedziane słowo - spałeś… To też nie jest grzech. Widzisz, znam takie powiedzenie, że “kto śpi, nie grzeszy”. A więc spanie nie może być grzechem…

- Ale proszę ksiedza - przerwał mi - chodzi o to, że spaliśmy w jednym łóżku.

- Drogi młody człowieku - podjąłem temat - kiedyś spałem z moją rodzoną siostrą w jednym łóżku i jak do tej pory, nie spowiadałem się z tego. Nie uważam tego za grzech i chyba nie znajdziesz takiego księdza, który ci powie, że spać równa się grzech…

- Ksiądz chyba sobie ze mnie kpi - przerwał z irytacją w głosie. I po chwili dodał: - Ksiądz wie o co chodzi, a nie nazywa rzeczy po imieniu.

- Widzisz, chcę ustalić, co ty z tą swoją dziewczyną robiłeś - odpowiedziałem spokojnie.

Nastała cisza. Na jego twarzy dostrzegłem zamyślenie. Po chwili ciągnął dalej:

- Chodzi o to, że ja z nią współżyłem. Czy to jest grzech?

- Powiedz mi - kontynuowałem dalej - co znaczy słowo “współżyłem”?

- Jak to co znaczy, ksiądz tego nie wie? - zapytał zdziwiony.

- Ja wiem - odpowiedziałem - ale chcę wiedzieć, co według ciebie kryje się w tym słowie…

Nie otrzymawszy od mojego rozmówcy odpowiedzi, kontynuowałem, artykułując bardzo powoli słowa:

- Współżycie… to znaczy współ… życie… - życie wspólne. Czyli macie wspólne problemy… wspólne trudności… wspólne radości… wspólny dach nad głową… wspólny stół… wspólne pieniądze… Bo jeśli tylko jedno jest wspólne, to nie jest prawdą, że współżyjecie ze sobą…

Na twarzy młodego człowieka pojawiło się zdziwienie… Powoli wyraz twarzy ukazał wewnętrzne zamyślenie… skupienie… Wzrok początkowo utkwiony we mnie przeniósł się gdzieś w dal… Po kilku minutach młody człowiek powiedział:

- Proszę księdza, to my uprawialiśmy seks.

- Z czym ci się kojarzy słowo “uprawiać”? - zapytałem niemalże błyskawicznie.

- Wie ksiądz, trochę mi głupio, ale powiem, co pomyślałem. Kojarzy mi się ze sportem… z ziemią, z… - usłyszałem w odpowiedzi.

- A więc to chyba też nie jest zbyt trafne określenie tego, co ze sobą robiliście? - zapytałem po chwili.

- Chyba nie jest to dobre określenie - odpowiedział nieśmiało.

- A więc - kontynuowałem - może trafnym będzie stwierdzenie, że zaspakajaliście swoje seksualne potrzeby. Że…

Zawiesiłem głos i pozostawiłem czas na przemyślenie… po czym dopowiedziałem:

- Czy to ma coś wspólnego z miłością… kochaniem drugiej osoby…? Czy można kochać “kawałek kogoś”, tak troszeczkę…?

I po chwili milczenia zacząłem mówić:

- Kiedyś usłyszałem w radiu wypowiedź młodego człowieka. Było to podczas audycji poświęconej sprawie seksu wśród młodzieży. Pod koniec dyskusji pewien młodzieniec powiedział: “Mam dwadzieścia dwa lata. Jestem studentem. I podczas dzisiejszej dyskusji zrodziła mi się taka myśl. Jeśli jesteś odważny, to wyobraź sobie następującą sytuację. Oto masz dziewczynę. Powiedziałeś jej, że bardzo ją kochasz. I już zbliżyliście się do siebie fizycznie. Po pewnym czasie ona zachorowała na bardzo dziwną chorobę. A ta choroba polega na tym, że nie będziesz mógł się do niej zbliżyć do końca życia. Nie będziesz mógł jej nawet dotkąć. Ale możecie być razem. Spać w jednym pokoju, mieszkać pod jednym dachem. Tylko nie wolno się wam nawet dotykać. I gdy dowiesz się o tej chorobie, co uczynisz? Zostaniesz z nią do końca życia… czy odejdziesz do innej…? Jeśli zostaniesz, to znaczy, że ją kochasz. Jeśli odejdziesz, to znaczy, że kochałeś jej ciało. Ale proszę cię, bądź prawdziwy w swojej odpowiedzi, choć przed samym sobą”.

Nastała cisza. Spoglądałem na mojego rozmówcę. Jego wzrok utkwiony był w ścianę.

- Wie ksiądz - przerwał milczenie - teraz to rozumiem. To rzeczywiście nie ma nic wspólnego z miłością. Jest to…

- Tak, młody człowieku…

- Dzięki wielkie. Idę naprawiać to, co do tej pory niszczyłem - rzekł spokojnie.

- Nie rozumiem - powiedziałem.

- Idę uczyć się prawdziwie kochać - usłyszałem w odpowiedzi.

2010-01-09T17:17:49+01:00
Spojrzałem w lewą i prawą stronę. Nikogo już nie było w kolejce do konfesjonału. Jeszcze chwila modlitwy dziękczynnej za ten dar sakramentu pojednania. Zamknąłem za sobą drzwi świątyni. Przed plebanią czekał na mnie młody człowiek.- Szczęść Boże - przywitał się, gdy mnie zobaczył.

- Szczęść Boże - odpowiedziałem.

- Mam prośbę do księdza - kontynuował młodzieniec - czy miałby ksiądz dla mnie kilka minut?

- Proszę bardzo, zapraszam do kancelarii - odpowiedziałem.

Weszliśmy do środka. Po chwili milczenia młody człowiek zaczął rozmowę:

- Proszę księdza, ja wczoraj byłem u spowiedzi w sąsiedniej parafii i zaskoczyła mnie wypowiedź księdza, który powiedział, że to, co ja robię jest grzechem. Ja nigdy o tym tak nie wyślałem. I przyznam się szczerze, że nie zgadzam się z nim. Ale gdzieś w środku mam pewien niepokój, dlatego przyszedłem, aby z księdzem o tym porozmawiać.

- A co Ty robisz? Bo ja nie wiem, w czym jest problem.

- Proszę księdza - mówił dalej - czy miłość może być grzechem?

- Miłość…? Grzechem? Dlaczego o to pytasz?

- Widzi ksiądz - ciągnął dalej - bo ja podczas tej spowiedzi dowiedziałem się, że to jest grzech. Tak stwierdził spowiednik, gdy mu powiedziałem, że kochałem się ze swoją dziewczyną… Proszę księdza, czy kochać się to jest grzech?

- Widzisz, gdyby miłość była grzechem, to doszlibyśmy do jakiegoś nieporozumienia. Dlatego, że - po pierwsze - jak mówi Jan w Ewangelii, Bóg jest Miłością, a więc Bóg nie może być grzechem. Po drugie - Chrystus nakazał nam kochać, miłować drugiego człowieka - odpowiedziałem.

- A więc… kochać się to nie grzech - podsumował młodzieniec.

- Oczywiście, że nie - podjąłem myśl dalej - ja też kocham ludzi i ciebie też kocham…

- Zaraz… zaraz… - przerwał mi - ale ja nie o takiej miłości mówię!

- A o jakiej?

- No wie ksiądz… - zaczął nieśmiało - chodzi o to, że ja z moją dziewczyną… no wie ksiądz… ja robiłem ze swoją dziewczyną… no my żeśmy…

- Nie, nie wiem - rzekłem i po chwili dodałem - co ty z nią robiłeś?

- Chodzi o to, że ja z nią spałem - powiedział po chwili milczenia.

- Spałeś - podjąłem wypowiedziane słowo - spałeś… To też nie jest grzech. Widzisz, znam takie powiedzenie, że “kto śpi, nie grzeszy”. A więc spanie nie może być grzechem…

- Ale proszę ksiedza - przerwał mi - chodzi o to, że spaliśmy w jednym łóżku.

- Drogi młody człowieku - podjąłem temat - kiedyś spałem z moją rodzoną siostrą w jednym łóżku i jak do tej pory, nie spowiadałem się z tego. Nie uważam tego za grzech i chyba nie znajdziesz takiego księdza, który ci powie, że spać równa się grzech…

- Ksiądz chyba sobie ze mnie kpi - przerwał z irytacją w głosie. I po chwili dodał: - Ksiądz wie o co chodzi, a nie nazywa rzeczy po imieniu.

- Widzisz, chcę ustalić, co ty z tą swoją dziewczyną robiłeś - odpowiedziałem spokojnie.

Nastała cisza. Na jego twarzy dostrzegłem zamyślenie. Po chwili ciągnął dalej:

- Chodzi o to, że ja z nią współżyłem. Czy to jest grzech?

- Powiedz mi - kontynuowałem dalej - co znaczy słowo “współżyłem”?

- Jak to co znaczy, ksiądz tego nie wie? - zapytał zdziwiony.

- Ja wiem - odpowiedziałem - ale chcę wiedzieć, co według ciebie kryje się w tym słowie…

Nie otrzymawszy od mojego rozmówcy odpowiedzi, kontynuowałem, artykułując bardzo powoli słowa:

- Współżycie… to znaczy współ… życie… - życie wspólne. Czyli macie wspólne problemy… wspólne trudności… wspólne radości… wspólny dach nad głową… wspólny stół… wspólne pieniądze… Bo jeśli tylko jedno jest wspólne, to nie jest prawdą, że współżyjecie ze sobą…

Na twarzy młodego człowieka pojawiło się zdziwienie… Powoli wyraz twarzy ukazał wewnętrzne zamyślenie… skupienie… Wzrok początkowo utkwiony we mnie przeniósł się gdzieś w dal… Po kilku minutach młody człowiek powiedział:

- Proszę księdza, to my uprawialiśmy seks.

- Z czym ci się kojarzy słowo “uprawiać”? - zapytałem niemalże błyskawicznie.

- Wie ksiądz, trochę mi głupio, ale powiem, co pomyślałem. Kojarzy mi się ze sportem… z ziemią, z… - usłyszałem w odpowiedzi.

- A więc to chyba też nie jest zbyt trafne określenie tego, co ze sobą robiliście? - zapytałem po chwili.

- Chyba nie jest to dobre określenie - odpowiedział nieśmiało.

- A więc - kontynuowałem - może trafnym będzie stwierdzenie, że zaspakajaliście swoje seksualne potrzeby. Że…

Zawiesiłem głos i pozostawiłem czas na przemyślenie… po czym dopowiedziałem:

- Czy to ma coś wspólnego z miłością… kochaniem drugiej osoby…? Czy można kochać “kawałek kogoś”, tak troszeczkę…?

I po chwili milczenia zacząłem mówić:

- Kiedyś usłyszałem w radiu wypowiedź młodego człowieka. Było to podczas audycji poświęconej sprawie seksu wśród młodzieży. Pod koniec dyskusji pewien młodzieniec powiedział: “Mam dwadzieścia dwa lata. Jestem studentem. I podczas dzisiejszej dyskusji zrodziła mi się taka myśl. Jeśli jesteś odważny, to wyobraź sobie następującą sytuację. Oto masz dziewczynę. Powiedziałeś jej, że bardzo ją kochasz. I już zbliżyliście się do siebie fizycznie. Po pewnym czasie ona zachorowała na bardzo dziwną chorobę. A ta choroba polega na tym, że nie będziesz mógł się do niej zbliżyć do końca życia. Nie będziesz mógł jej nawet dotkąć. Ale możecie być razem. Spać w jednym pokoju, mieszkać pod jednym dachem. Tylko nie wolno się wam nawet dotykać. I gdy dowiesz się o tej chorobie, co uczynisz? Zostaniesz z nią do końca życia… czy odejdziesz do innej…? Jeśli zostaniesz, to znaczy, że ją kochasz. Jeśli odejdziesz, to znaczy, że kochałeś jej ciało. Ale proszę cię, bądź prawdziwy w swojej odpowiedzi, choć przed samym sobą”.

Nastała cisza. Spoglądałem na mojego rozmówcę. Jego wzrok utkwiony był w ścianę.

- Wie ksiądz - przerwał milczenie - teraz to rozumiem. To rzeczywiście nie ma nic wspólnego z miłością. Jest to…

- Tak, młody człowieku…

- Dzięki wielkie. Idę naprawiać to, co do tej pory niszczyłem - rzekł spokojnie.

- Nie rozumiem - powiedziałem.

- Idę uczyć się prawdziwie kochać - usłyszałem w odpowiedzi.