Odpowiedzi

2010-01-17T13:23:18+01:00
Dziś po raz kolejny obudził mnie przeraźliwy krzyk. Krzyk, będący początkowo delikatny, cudowny jak śpiew syren, a później przeradzający się w straszliwy hałas. To jest nie do zniesienia! Wtedy włączam muzyka, aby zagłuszyć otaczające mnie chichotania, głosy. Siadam koło kominka, zatykam uszy i pragnę znaleźć się przez chwile w innym świecie. Z dala on „nich”!
Choć poranek nie należał do najprzyjemniejszych, tak, jak co dzień udałem się do pracy. Idąc przez park, czułem się zupełnie inaczej. Niż to było z rana. Wiatr sprawiał ze unosiłem się nad ziemia, czułem się tak lekko...Ptaki śpiewały tak słodko, jakby chciały powiedzieć, nie martw się, raduj się życiem! Ten park jest dla mnie częścią samego siebie, bez której nie mógłbym istnieć. Cząstka serca, która mówi, co kochać. Mijając kolejne ławki, ulice, ludzi trafiam do pracy; Szpital Psychiatryczny księcia Albertha. Kocham to, co robię, ludzi, którymi się opiekuje. Oni maja w sobie tyle....Tego po prostu trzeba doznać.
-Dzień dobry doktorze Nash. Jak minął poranek? Rano przywieziono nam nowego pacjenta. Jest nim Alan Jonhson, 37 lat, cierpi na schizofrenie, podaliśmy mu leki uspokajające....Glos pielęgniarki powoli odpływał, stawał się coraz cichszy, lekki, aż w końcu zanikł. Stawiając krok po kroku, przesuwałem się przez długi korytarz oddziału. Wszystko było wówczas takie uporządkowane, takie senne....Lecz nagle:
-Szybko! Doktorze! Zatrzymanie akcji serca! Ciśnienie spada!
-Tracimy go!
-15 g propaloxu dożylnie!
Jednak było już za późno. Usłyszałem później tylko jeden, monotonny dźwięk. To był koniec.
W takich chwilach chce wyjść na środek ulicy i krzyknąć, DLACZEGO? Wszystko jest takie niesprawiedliwe. Poszedłem do swojego gabinetu. Patrzyłem na ten okrutny świat, gdy nagle poczułem czyjąś dłoń na swym ramieniu.
-Doktorze! Michael chciał umrzeć. Pragnął by wśród tych, którzy darzą go szczególnym uczuciem. Walczył próbując wyzwolić się od zła, lecz....
Opuścił wówczas głowę. Widziałem tylko łzę spływającą po jego policzku. Zaraz dokończył.
-Lecz zło zawładnęło nim do takiego stopnia ze nie chciał być dalej jego więźniem, jego sługą, który rzuca się przed jego obliczem na kolana. On chciał...
-Kevin! Mogłem mu pomoc. Dać nowe życie. Wy wszyscy jesteście dla mnie rodzina i strata każdego z was jest dla mnie naprawdę bolesna. A uwierz mi, widziałem wiele! Lecz śmierć młodego człowieka jest dla mnie największą tragedia. Michael był moim „synem”, był najdłużej na oddziale. Myślałam ze zwycięży!
-Był zwycięzcą, bo udało mu się być tutaj.
Po tych słowach zauważyłem ze z Alanem dzieje się cos niedobrego. Upadł na ziemie, trzymając się mocno za głowę, zatykając uszy, krzycząc. Obracał się w koło, dostawał ataku. Ogarnął mnie niepokój. Zawołałem pielęgniarki. Próbowałem mu pomoc, lecz leki, które dostawał były tak silne ze kolejna dawka zabiłaby go. Musieliśmy czekać. Dziesięć minut trwało jak cale życie. Czekaliśmy końca tego koszmaru, lecz stan Alana nadal się pogarszał. Wodził obłąkanym wzrokiem po gabinecie. Śmiał się, krzyczał i płakał zarazem. Nagle wziął mnie za rękę, popatrzył prosto w oczy....Usłyszałem głośne klaśnięcie w ręce.
Znalazłem się w zupełnie innym miejscy. Schowany jakby do pudelka, w którym człowieka otacza tylko ciemność. Nagle oślepił mnie blask reflektorów. Upadłem na ziemie, dokładnie nie wiedząc, co się za mnie dzieje. Podnosiłem powoli głowę i doznałem szoku. W każdym z kątów tego przeogromnego pokoju zobaczyłem jednego z moich pacjentów. Byli w okropnym stanie. W stop, rak i głów mieli przyczepione sondy, które rejestrowały każdy ich najmniejszy ruch, puls, akcje serca. Bardziej nic o siebie troszczyłem się o moich byłych podopiecznych. Zsiniale usta, twarz bez wyrazu, blada cara. To wszystko mnie przerażało. Czułem się taki bezradny....
Usiadłem na podłodze, wpatrując się w sufit. Wszystko w koło zaczęło wirować. Unosiłem się powoli nad ziemię, przypominałem sobie wspaniałe czasy dzieciństwa, lecz nagle światła zgasły. Drzwi, których o dziwo wcześniej nie było, zaczęły się powoli otwierać, wpuszczając do środka odrobinę światła. Stanęły w nich dwie postawne osoby, z maskami na twarzach, które powoli zaczęły zmierzać w moim kierunku. Za nimi wleciał okropny hałas. Krzyki śmiechy, te same odgłosy, które słyszałem codziennie rano od ponad tygodnia. Ogarnęła mnie furia. Glosy zaczęły powoli we mnie wstępować. Czułem się jak napiętnowany. Zaczęły mnie rozdzierać od środka..
-Panie Kelly! Bierzemy go!- Zaśmiał się jeden z „lekarzy”.
Ten przeraźliwy śmiech jednego z mężczyzn był wielka tortura dla moich uszu. Zamknąłem oczy. Po chwili jednak otworzyłem je i ku mojemu zdziwieniu stałem obok tego całego terroru. Teraz było nas już dwóch. Ciągnęli mnie po ziemi w kierunki uchylonych drzwi. Stałem i po raz kolejny nic nie mogłem zrobić. Rozglądałem się po pokoju, wszystko zaczęło znów wirować, coraz szybciej i szybciej. Zamknąłem oczy i po chwili poczułem pasy u mych rak i nóg. Byłem znów w swym ciele. Tyle tylko czy naprawdę teraz tego chce? Byłem przywiązany do metalowego łóżka, po oczach biły światła lamp. Byłem podłączony do tysiąca dziwnych urządzeń. W koło mnie masa ludzi w maskach, którzy przyglądali się filmom z mego życia. Usłyszałem nagle glos mojej mamy.
-Syneczku! Nie martw się! Wyjdziemy z tego cało....
-Znów te przeraźliwe wspomnienia! Myślałem, że o tym zapomnę, nie chce tego słuchać!- Wykrzyknąłem.
Nikt jednak nie zwracał na mnie uwagi. Przechodzili tylko do następnego ekranu.
-Rok 1968. Nash ma 7 lat...
Po obejrzeniu „całego mojego życia”, podeszli do mnie.
-Kapitanie Nash, prosimy za nami!
Jeden z ludzi uwolnił mnie z pąsów, wziął za rękę i powoli zmierzał ku potężnym, czarnym drzwiom, które były wielkim kontrastem wśród panującej w koło bieli. Szliśmy z tłumem ludzi, którzy z niewiadomych względów nagle znaleźli się tutaj. Zaczęły grac organy kościelne, tłum śpiewał jedna z pogrzebowych pieśni. Weszliśmy do środka. Wraz z przekroczeniem progu drzwi, wszyscy ludzie rozpłynęli się. Ich pieśń zastępował świergot ptaków. Znalazłem się w samym środku mego ukochanego parku. Byłem taki szczęśliwy, ze te wszystkie nieprzyjemności już się skończyły. Jednak to nie był koniec, to był dopiero początek..
Słońce zaczęło zachodzić w zawrotnym tempie za horyzont. Ludzie zdejmowali swe paski by pokazać swe prawdziwe „ja”..Swą postać obcego.
-Doktorze Nash! Pana ataki w czasie, których słyszał pan glosy, były zapowiedzią „końca” jednego z pańskich pacjentów.- Odezwał się ktoś stojący za mnie. Jednak, gdy się odwróciłem, nie było tam nikogo.
-Jest to dla pana kara.- Powtórzył znów ten sam glos- za cierpienia wszystkich młodych ludzi, którym nie mógł pan pomoc.
Nagle z czterech stron otoczyły mnie białe ściany jakiegoś pomieszczenia. Po chwili do pokoju weszło parę dziwnych osobistości, które zaczęły przeprowadzać na mnie doświadczenia. Byłem w skórze moich pacjentów, w chwili, gdy bardzo cierpieli, w chwili, gdy potrzebowali mej pomocy. Raz po raz w inny miejscy, w innej sytuacji. Przeraźliwy krzyk, tupot, śmiech otaczały mnie ze wszystkich stron....
Dziś jestem siedemdziesięcioletnim dziadkiem. Nigdy nikomu nie opowiadałem o mej fantastycznej przygodzie. Cudem przeżyłem, ale dziękuję Bogu, ze mogę dalej cieszyć się świergotem ptaków, widokiem wschodzącego słońca, oraz ze mogłem podzielić się z wami moimi przeżyciami. Do dzisiejszego dnia nie potrafię ogarnąć rozumem, dlaczego to mi się przytrafiło, dlaczego miałem cierpieć za swa niewinność. Ale na te pytania nikt już nie zdoła mi odpowiedzieć!