Odpowiedzi

2010-01-17T13:21:33+01:00
Gniazdko mysikrólika

Dick przez kilka minut stał rozglądając się dokoła, Mary zaś obserwowała wyraz jego
twarzy; potem zaczął ostrożnie posuwać się naprzód, może jeszcze ostrożniej i ciszej niż
Mary, gdy weszła tu po raz pierwszy. Oczy jego zdawały się wszystko dostrzegać: i szare
drzewa z szarymi welonami wijących się po nich pnączy, i festony z gałęzi, i gąszcz
splątanych pędów na murze i w trawie, i zarośnięte altany z kamiennymi ławkami i
wielkimi, kamiennymi wazonami wewnątrz.

- Nigdy nie myślałem, że zobaczę to miejsce kiedykolwiek - rzekł wreszcie szeptem.
-A słyszałeś już o nim? - spytała Mary.
Mówiła głośno. Dick dał jej znak ręką.
- Musimy cicho rozmawiać - powiedział - bo nas jeszcze kto może usłyszeć i wykryć.
- O mój Boże! Zupełnie zapomniałam! - rzekła Mary z lękiem, kładąc rękę na ustach. -
Czy naprawdę wiedziałeś już o tym ogrodzie? - spytała powtórnie, gdy się nieco
uspokoiła.
Dick kiwnął głową potakująco.
- Martha mi mówiła, że jest tu ogród, do którego nigdy nikt nie wchodzi - odparł. Zawsześmy
byli ciekawi, jak on wygląda.
Mówiąc to zatrzymał się, popatrzył dookoła, potem w górę, na cudowny, szarawy gąszcz
nad głową, a z jego okrągłych oczu wyzierała radość.
- Och! Ile tu gniazd będzie na wiosnę! - rzekł. - Nie ma chyba w całej Anglii drugiego tak
dobrego miejsca do budowania gniazd. Nikt tu nie chodzi, a jaki gąszcz drzew i róż!
Można zakładać gniazda i zakładać. Dziwię się, że wszystkie ptaszki z wrzosowiska się
nie zlecą, by tu budować swoje gniazdka.
Mary, nie zdając sobie z tego sprawy, uchwyciła go za rękaw.
- Czy te róże zakwitną? - wyszeptała. - Możesz mi powiedzieć? Bo ja myślę, że one
chyba wszystkie już uschły.
- O nie! Nie wszystkie! Niech no panienka spojrzy!
Podszedł do najbliższego, bardzo starego drzewa, którego kora pokryta była grubą
warstwą szarego mchu, a gałęzie poobwieszane splątanymi pędami róż. Wyjął z kieszeni
duży nóż i rozciął jeden z pędów.
- Mnóstwo tu suchych gałązek, które trzeba by poobcinać - rzekł. - I duża część drzew
też jest martwa, ale w przeszłym roku puściły jeszcze świeże pędy. O, ten na przykład
jest świeży - to mówiąc wskazał na brunatnozieloną odrośl różniącą się kolorem od
suchych, ciemnoszarych gałązek.
Mary dotknęła gałązki z pewnym rodzajem czci i zapału zarazem.
-Ta tutaj? - rzekła. - Żywa? Całkiem?
Dick pokazał zęby w szerokim uśmiechu.
-Taka żywa jak panienka albo jak ja - odparł.
- Co za szczęście! - wyszeptała. - Tak bym chciała, żeby wszystkie drzewa były tu żywe.
Obejdźmy najlepiej ogród dokoła i zobaczmy, ile jest uschniętych, a ile żywych.

Dziewczynka drżała z zapału, Dick był nie mniej przejęty.
Szli od drzewa do drzewa, od krzewu do krzewu. Dick nie wypuszczał noża z ręki i
zwracał uwagę na różne zjawiska, które jej się wydawały cudem.


- Rosną te róże wprawdzie dziko - tłumaczył - lecz silniejsze z nich jednak się ostały.
Słabsze poschły, ale za to tamte rozrastają się i rozrastają, i puszczają młode pędy, aż
dziw! Niech panienka spojrzy! - i przygiął grubą, szarą, pozornie uschniętą gałąź. Mógłby
ktoś pomyśleć, że to drzewo suche aż do korzenia, ale ja temu nie wierzę.
Przytnę przy ziemi, to zobaczymy.
Przyklęknął i nadciął bezlistną gałąź trochę nad ziemią.
-A co! Nie mówiłem! - zawołał uradowany. - W środku żywe, zielone drzewo. Niech
panienka zobaczy!
Zanim to wyrzekł, Mary klęczała już na ziemi, wpatrując się z przejęciem.
- Kiedy w środku jest zielone i wilgotne, to znaczy, że żyje - tłumaczył Dick. - A jeżeli
suche i łatwo się łamie, jak ten tutaj kawałek, który odciąłem, to już po nim. Ten gruby
pień żyje i puszcza świeże gałązki, a jak się suszki powycina, obkopie dookoła i będzie
się miało o niego staranie, to z czasem zupełnie wydobrzeje. - Zatrzymał się, wzniósł
wzrok na zwieszające się pnące gałązki i dodał: - W lecie będzie tutaj powódź róż.
Chodzili od krzewu do krzewu, od drzewa do drzewa. Dick był silny, zręcznie posługiwał
się nożem, wiedział, gdzie suchą gałąź wyciąć, umiał określić, która jest rzeczywiście
uschnięta, a w której tli się jeszcze życie. Po upływie pół godziny Mary zdawało się, że
teraz i ona wszystko potrafi, a gdy Dick’nacinał gałąź wyglądającą na uschniętą, miała
ochotę krzyczeć z radości, widząc bodaj ślad wilgotnej zieleni. Łopatka, grabie i motyka
przydały się ogromnie. Dick pokazał dziewczynce, jak należy grabić, gdy on obkopywał
korzenie i poruszał ziemię wkoło nich, czyniąc dostęp dla przepływu świeżego powietrza.
Pracowali pilnie koło jednego z największych pni róży sztamowej, gdy naraz Dick
dostrzegł coś, co mu z piersi wyrwało okrzyk zdumienia.
- Co to? - zapytał. wskazując na trawę o kilka kroków od siebie. - Kto to zrobił?
Było to jedno z oczyszczonych miejsc naokoło zielonych kiełków.
-To ja - odparła Mary.
-A ja myślałem, że panienka nic się nie zna na ogrodnictwie!
-zawołał.
- No, bo się nie znam - odrzekła - ale kiełki były takie malutkie, a trawa wokoło nich taka
gęsta i silna, że wyglądały, jakby im tchu brakło. Więc im zrobiłam miejsce. Nawet nie
wiem, co to za rośliny.
Dick znów ukląkł na ziemi i zaśmiał się swoim szczerym śmiechem.
- Miała panienka rację - powiedział. - Żaden ogrodnik lepiej by nie doradził. Teraz
wyrosną aż do nieba. To są krokusy i przebiśniegi, a te tutaj, to narcyzy. - Potem
wskazując inne miejsce dodał: - A to żonkile. Ślicznie tu będzie!
Biegał od jednego miejsca do drugiego.
-To panienka, choć mała, huk roboty zrobiła - rzekł patrząc na nią.
-Teraz przytyłam trochę - odparła Mary - i jestem o wiele silniejsza. Przedtem wiecznie
byłam zmęczona. Ale kiedy kopię, to się wcale nie męczę. Lubię zapach świeżo skopanej
ziemi.

- Dla panienki to bardzo zdrowo - stwierdził Dick, kiwając głową z powagą. -A zapach
czystej, świeżej ziemi to rzecz najmilsza w świecie. No, może jeszcze zapach rosnących
roślin po deszczu na wiosnę. Kiedy pada, często idę na wrzosowisko, kładę się pod
krzakiem, słucham szmeru spadających na wrzosy kropli i wącham, i wącham. Matka
mówi, że mi się koniec nosa porusza jak królikowi.
-A nie zaziębisz się? - spytała Mary, patrząc z podziwem na Dicka.
Nigdy w życiu nie widziała tak zabawnego, a może i tak miłego chłopca.
- Ja! Zaziębić się! - rzekł z zabawnym grymasem. - Nigdy jeszcze nie byłem zaziębiony,
odkąd przyszedłem na świat. Nie wychowywali mnie na panicza. Biegałem po wrzosach
jak królik, czy to deszcz, czy śnieg, czy słońce. Matka mówi, że się tyle świeżego
powietrza nałykałem, że teraz to się już nigdy nie zaziębię, bo zahartowany jestem jak
stal w ogniu.
Przez cały ten czas Dick nie przestawał pracować, Mary zaś pomagała mu, grabiąc lub
odrzucając chwasty.
- Będziemy tu mieli huk roboty! - zawołał naraz rozradowany, rozglądając się dokoła.
- Przyidziesz mi pomóc? - spytała Mary. -Jestem pewna, że i ja będę mogła coś robić.
Umiem już kopać, wyrywać zielsko i zrobię wszystko, co mi każesz. Przyjdź, Dicku,
przyjdź koniecznie!
- Jeżeli panienka chce, to będę przychodził co dzień, czy deszcz, czy słońce -odparł z
godnością. - Ten zamknięty i budzący się do życia tajemniczy ogród to najładniejsza
zabawa, jaką w życiu miałem.
- Jeśli będziesz przychodził, jeśli mi naprawdę pomożesz ożywić ten ogród, to ja... to ja...
nie wiem, co zrobię -dokończyła bezradnie. Cóż bowiem zrobić mogła dla tego chłopca?
- Ja panience powiem, co panienka zrobi - rzekł Dick uśmiechnąwszy się serdecznie. -
Panienka utyje, głodna będzie jak młody lisek i nauczy się rozmawiać z rudzikiem jak ja.
Będziemy mieli moc uciechy.
Począł chodzić tu i tam, spoglądając zamyślony na drzewa, mury i krzewy.
- Nie chciałbym, żeby ten ogród był podobny do zwykłego ogrodu, poprzycinanego i
wymuskanego jak cacko - oświadczył. - Ładniejszy jest z dziko rosnącymi, poplątanymi
krzewami róż. Prawda?
- Ja też nie chcę, żeby ten ogród był porządny - rzekła Mary z przestrachem. - Gdyby był
taki strasznie porządny, toby przestał być tajemniczy.
Dick począł gładzić swą rudą czuprynę, nagle nieco zmieszany.
-Tak, to tajemniczy ogród, bez wątpienia - powiedziała jednak zdaje mi się, że oprócz
rudzika jeszcze tu ktoś bywał przez te dziesięć lat.
-Ale furtka była przecież zamknięta na klucz, a klucz zagrzebany w ziemi - odparła Mary.
- Nikt więc nie mógł wejść.
-To prawda - zgodził się Dick. - Dziwne miejsce. Zdaje mi się, że jednak musiano tu w
czasie tych dziesięciu lat obcinać czasem gałęzie.
- Czy to możliwe? - rzekła Mary.
Dick przyglądał się gałęzi róży sztamowej i potrząsnął głową.
- Właśnie! Czy to możliwe - wyszeptał - skoro furtka była zamknięta, a klucz zakopany.
Mary zdawało się, że nigdy w życiu nie przeżyła takiego pięknego poranka jak ten, kiedy

jej ogród ożył. Rzeczywiście, tego ranka zdawało się, że wszystko zaczyna się rozwijać.
Kiedy Dick oczyszczał ziemię pod siew, przypomniała jej się piosenka, którą Basil
śpiewał, gdy chciał jej dokuczyć.

- Czy są kwiaty, które mają kształt dzwonków? - zagadnęła.
- Konwalie i kampanule, i dzwonki.
- Posadźmy je - rzekła Mary.
- Konwalie tu są, widziałem. Rosną za gęsto, trzeba je będzie rozsadzić, ale jest ich tu
moc. Tamte inne kwiatki dopiero po dwóch latach kwitną, jak się je zasieje, ale mogę
flance przynieść od nas, bo je mamy w ogródku. Czemu panienka chce je sadzić?
Wtedy Mary opowiedziała mu o Basilu i jego rodzeństwie, i o tym, jak ich nie cierpiała i
jak oni nazywali ją „panną Mary kapryśnicą”.
-Tańczyli wkoło mnie i śpiewali:
Panno Mary, kapryśnico, Odwróć zagniewane lico!
W twym ogródku rosną kwiatki, Róże, dzwonki i bławatki.
Przypomniał mi się właśnie ten wierszyk i ciekawa byłam, czy istnieją kwiatki podobne do
dzwonków.
Zmarszczyła czoło i ze złością uderzyła grabiami o ziemię.


-Ale ja nie byłam wtedy taka nieznośna jak oni.
Dick roześmiał się.
- Ej! - zawołał, krusząc grudę ziemi i wdychając jej zapach. - Zdaje mi się, że nikt nie
będzie nieznośny, mając wkoło siebie śliczne kwiaty i tyle pięknych, dzikich roślin, które
się pną i zwieszają, i miłe stworzonka, co sobie budują domki i gniazdka i ćwierkają, i
śpiewają.
Nieprawda?
Mary, klęcząc obok niego i podając mu nasiona, z wolna rozchmurzyła czoło.
- Dicku, jesteś naprawdę taki miły, jak mówiła Martha. Lubię cię i jesteś już piątą osobą,
którą lubię. Nigdy bym nie pomyślała, że będę lubiła aż pięć osób.
Dick kucnął na piętach, jak Martha przy wymiataniu kominka. Mary zauważyła, że
chłopiec wygląda zabawnie i uroczo zarazem ze swoimi okrągłymi oczyma, czerwonymi
policzkami i śmiesznym, zadartym noskiem.
-Tylko pięć osób panienka lubi? - zawołał. -A kto są te cztery pozostałe?
Mary poczęła wyliczać na palcach:
-Twoja matka, Martha, rudzik i Ben Weatherstaff.
Dick zaczął się tak śmiać, że musiał sobie zasłonić usta dłonią.
- Wiem, panienka pomyśli, że jestem dziwny chłopakwykrztusił - ale ja znów myślę, że
panienka jest najdziwniejszą dziewczynką pod słońcem.
Wtedy Mary zrobiła coś naprawdę dziwnego. Pochyliła się ku niemu i zadała pytanie,
jakie jej nigdy przedtem nie przyszło do głowy:
-A czy ty mnie lubisz?
- Jeszcze jak! Strasznie panienkę lubię i jestem pewny, że rudzik też!
- Więc miałabym już dwóch przyjaciół - rzekła Mary.Dwóch własnych przyjaciół.
Po czym oboje zaczęli pracować jeszcze pilniej i radośniej niż przedtem. Mary przelękła

się i zmartwiała, gdy posłyszała na podwórzu dzwon wzywający na obiad.

- Będę musiała już iść - powiedziała smutno. - A i ty pewnie musisz wracać, prawda?
Dick uśmiechnął się.
- Mój obiad nietrudno zabrać ze sobą - powiedział. - Matka zawsze włoży mi coś niecoś
do kieszeni.
Podniósł z trawy kurtkę i wyjął z kieszeni zawiniątko z grubej, czystej chustki, niebieskiej
w białe kropki. Były w nim dwa grube kawałki chleba z czymś jeszcze w środku.
- Zwykle dostaję tylko sam chleb -objaśnił Dick - ale dziś mam na dodatek kawałek
słoninki.
Mary pomyślała, że to dziwny obiad, ale Dick zdawał się być bardzo z niego zadowolony.
- Niech panienka śpieszy się zjeść swój obiad -rzekł. - Ja się prędko z moim uwinę.
Jeszcze tu trochę popracuję, zanim pójdę do domu.
Usiadł na ziemi i oparł się o drzewo.
- Zawołam rudzika - powiedział - i dam mu skórkę słoniny do dziobania. On lubi
wszystko, co tłuste.
Mary trudno było rozstać się z Dickiem. Naraz wydało jej się, że Dick to rodzaj duszka
leśnego, który zniknie, a ona już go tu nie zastanie, gdy po obiedzie wróci do ogrodu.
Wydawał się zbyt dobry, by mógł istnieć w rzeczywistości. Z wolna ruszyła ku furtce, ale
w pół drogi zatrzymała się i zawróciła.
- Cokolwiek by się stało, nikomu nic nie wyjawisz? -zapytała.
Choć czerwone jak maki policzki wypchane były kęsem chleba ze słoniną, chłopiec
usiłował uśmiechnąć się uspokajająco.
-A gdyby panienka była mysikrólikiem i pokazała mi swoje gniazdko, to ja bym coś
komukolwiek powiedział? Nie, ja nie taki. Panienka może być spokojna.

2 5 2
2010-01-17T15:51:46+01:00
Tego dnia padał ulewny deszcz i Mary nie mogła wyjść na spacer. Marta zwróciła jej uwagę, że jest już wystarczająco duża, aby zacząć się uczyć i poradziła jej, aby poszła poszukać biblioteki. Dziewczynka szybko pochwyciła ten pomysł: w domu mieszkała już od wielu dni, a w ogóle go nie znała. Chętnie wybrała się samodzielnie na zwiedzanie domostwa o stu pokojach.
Wędrowała korytarzami, których ściany były obwieszone portretami i pejzażami. Niektóre obrazy zupełnie już poczerniały ze starości. Uwagę Mary zwrócił portret dziewczynki, bo była bardzo do niej podobna. ,,Miała sukienkę z zielonej brokatelo, a na ręku trzymała zieloną papużkę. Oczy jej miały bystry, pełen ciekawości wyraz". Mary zaczęła się zastanawiać, gdzie teraz jest ta dziewczynka.
Na drugim piętrze odważyła się wejść do pokoju, który wyglądał jak sypialnia dziewczynki z portretu. Wisiał tam jeszcze jeden jej portret i stały indyjskie meble. Kolejny pokój skojarzył się Mary z buduarem. W szklanej gablocie stało tam około stu różnych figurek słoni. Dziewczynka pobawiła się nimi, a potem z powrotem odstawiła je na miejsce. Nagle jej uwagę zwrócił delikatny szelest: to w aksamitnej poduszce, leżącej na sofie, mysz urządziła wygodne mieszkanko dla siebie i małych mysiątek. Ten widok wręcz rozczulił Mary.
W końcu dziewczynka poczuła się bardzo zmęczona, a co najgorsze- straciła orientację, gdzie jest i nie wiedziała, jak wrócić do swojego pokoju.Przez chwilę zdawało jej się, że w pustych korytarzach słychać płacz dziecka. Mimowolnie oparła się ręką o ścianę pokrytą zasłoną ,,i w tejże chwili odskoczyła przerażona. Zasłona ukrywała drzwi, które się otwarły". Wyszła z nich zagniewana pani Medlock i skrzyczała Mary. Odprowadziła ją do pokoju popychając dziewczynkę przed sobą i cały cza się złoszcząc. W swoim pokoju Mary ,,usiadła przed kominkiem blada z wściekłości". Oburzyło ją zachowanie gospodyni, a poza tym na brała pewności, że w tym dziwnym domu ktoś jednak płacze.
1 2 1