Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-01-22T07:12:14+01:00
To dosyć kontrowersyjne opowiadanie. Parowski narzekał na nie, ponoć nie podobały mu się dialogi, a nie światopogląd.

Nigdzie nie jest powiedziane, że Chrystus nie może mieć brata, a z Bogiem nie można negocjować. Kto wie, może istnieje tylko bariera językowa? Kolokwializm wypowiedzi bohaterów tej opowiastki świadczy o tym, że niekoniecznie tylko filozofowie mogą próbować włączyć się do takich negocjacji.

Treść jest z grubsza taka: na ludzkość spada nieszczęście, plaga, która, paradoksalnie, roznosi się przez miłość. Nie, moi drodzy, to nie żaden nowy syfilis - zaraza jest mentalna i dotyka tych najlepszych, co potrafią kochać empatycznie. Ludzkość woła Boga na ratunek, i ratunek nadchodzi (choć nie jest pewne, czy wołanie dotarło do Adresata). Ród ludzki zostaje ocalony, ale cena - rozumiana jako wiara w wyższą sprawiedliwość - po raz kolejny wystawiona jest na niszczącą próbę.

No - sapnął śmigstylny, poprawiając kuloodporną misiurkę. - Przyniosłem coś dla ciebie, Baraba. - Wyciągnął zza pazuchy różową bibułkę zwolnienia z zakładu i uniósł ją dwoma palcami jak zdechłego szczura. - Jest twoja.

Więzień skoczył na równe nogi, ale tamten cofnął dłoń, drażnił się z nim.

- Jest twoja, ale nie za darmo. Chcę cię zaangażować.

Wszyscy obecni zastygli w pół ruchu i wstrzymali oddechy. Cholera, ten Herbst sam negocjuje, reszta to dupki, asysta, publiczka, nawet nie mają pojęcia, o co chodzi, pomyślał Barabas. Opuścił ramiona w geście podporządkowania.

- Robimy spektakl, a ciebie wytypowano do głównej roli. Będziesz gwiazdą, obejrzy cię co drugi człowiek na Ziemi, licząc wszystkich, nawet buszmenów i speleologów nigdy nie wyłażących z grot! Pojmujesz?

Barabas milczał, koncentrując się. Usiłował nadążyć i jednocześnie odsiać blef od prawdy. Jego wyjałowiony odsiadką umysł błagał o litość, pracując na najwyższych obrotach.

- Gdy cytuje się filozofów - dalej katował go Herbst - nie wolno interpretować twierdzeń wprost, chyba o tym wiesz, podobnie jak tu obecni funkcjonariusze. - Nie spuszczając go z oka zatoczył dłonią koło, co wypadło teatralnie, i zapewne właśnie tak miało wyglądać. - A więc: jesteś drobnym złodziejaszkiem-recydywistą, tak jak w zasadzie... każdy. Bo każdy usiłuje coś skraść dla siebie, jedni uczucia, zabierając je konkurentom, inni zaszczyty, które przysługują lepszym choć pokorniejszym, a wszyscy wszystkim - pieniądze, które są fetyszem od dnia ich wynalezienia. Pieniądze skradzione bez naruszenia kodeksu nazywa się pieniędzmi zarobionymi. Czyli, Barabasie, nie będąc mordercą ani gwałcicielem należysz do nas, zwykłych ludzi, choć niestety wykazujesz mniej sprytu od średniego obywatela. Przy tym jesteś, jak my wszyscy, synem Bożym, wszak bez wyjątków mamy prawo nazywać się Jego dziećmi. Wracając do naszego spektaklu, to jesteśmy w wygodnej sytuacji, bo nie musimy wybierać między Barabaszem a Jezusem, wszak nosisz oba te imiona. Osądzimy cię sprawiedliwie i uwolnimy albo skażemy, a w zależności od werdyktu zagrasz Barabasza albo Chrys2sa. W obu przypadkach po happeningu będziesz wolny, wolność stanowi twoje honorarium za występ.

Więźnia chwycił zawrót głowy. Czy ten skecz dzieje się naprawdę?

- Bę-dziecie mnie przy-przybijać? - jąkał się. - Do krzyża?

Śmigstylny rozłożył ręce.

- Cóż, do tej roli nie angażujemy kaskadera, ale weź pod uwagę, że zapewne zostaniesz uniewinniony, a jeśli nawet nie, po twojej stronie będzie nowoczesna technika choreograficzna. Jednak według umowy wszystko musisz zagrać sam, od początku do końca.

- Do jakiego... końca?

- Jak to, jakiego? Do zmartwychwstania. Bóg-Ojciec przyjdzie, aby cię uwolnić. Odstępstw od scenariusza nie przewidujemy.