Zredaguj Opis sytuacji na podstawie fragmentu , pamiętnika z powstania warszawskiego'' Mirona Białoszewskiego

Wpadła nagle do schronu sanitariuszka:

- Kto pomoże nieść rannego?

I nagle, po hałasie - i pomimo huków - cisza.

- Nikt nie pomoże?

Było kobiet ileśset. I chyba z tylu mężczyzn. Wszystko znieruchomiało.

- Czy naprawdę nikt?

- Ja pójdę - wstałem.

Nikt się nie ruszył. Wyskoczyłem za sanitariuszką. Po schodach. I wskoczyłem wprost w ulicę. Ogrodową.

- Tu! Tu! - Złapałem za przód noszy. I dalej - szybko. Włączyliśmy się w kondukt z noszami. Szli przed nami. Za nami. W stronę Żelaznej i dalej - w stronę Sądów, bo tam był szpital powstaniowy. Całe uwijanie się szło do Sądów, do środka miasta. Było popołudnie, jakaś czwarta czy piąta, niedziela, upał, podlatywanie dymu, ale razem z kurzem, czyli blisko pożar czy coś gorącego, huki, kocie łby pod nogami, szło się szybciutko, raz patrzało pod nogi, to znów naprzód, to za siebie, to po domach i po niebie, latanina, wysokie kamienice, barykady w poprzek co i raz, gzymsy. Chciałem jeszcze dodać, że gołębie. Ale chyba gołębi albo już nie było, albo pochowały się tak, że nie fruwały, albo może naprawdę były i właśnie odrywały się i odfruwały za każdym hukiem, ale to chyba odrywały się i odfruwały, i robiły ten dym i kurz tylko gzymsy i framugi. A dlatego nie dowierzam sobie, że na pewno i wtedy dobrze nie wiedziałem co, bo i kiedy indziej i gdzie indziej wydawało mi się to samo, a zaraz po wojnie, jak mieszkałem na Poznańskiej i była Wielkanoc z rezurekcją raniutko, to te gołębie - tym razem prawdziwe - płoszyły się i robiły furkot między gzymsami za każdym hukiem. Więc szliśmy kłusem. W bramy - takie tradycyjne z wjazdem w podwórka, z Mikołajami z żelaza po bokach albo z wnękami - też waliło. W barykady. W ściany.

Musieliśmy przecisnąć się przez wąskie przejście (takie wąskie przejścia między barykadą a ścianą były wszędzie dla bezpieczeństwa) przed Żelazną. I za Żelazną. Bo chyba dwie blisko siebie. Bo barykady szły gęsto. Wszędzie. I to przy Żelaznej leżeli żołnierze i strzelali z karabinów. Zwykłych. W stronę Kercelaka. Był popłoch. Uciekanie cywilów. Obrona rozpaczliwa. Wiadomości o tych paleniach, rozstrzeliwaniach szły, szły fakty, szły na nas, coraz bliżej. Lecieliśmy raz-dwa z tymi noszami. Ja z tą sanitariuszką niosłem kobietę. Cała popielata. I na włosach. I twarz. W konwulsjach. Postrzępiona kiecka. Była przysypana. Na Chłodnej. Zaraz za nami - choć ten ktoś (mężczyzna) miał ręce, nogi grubo pobandażowane, to krew tak szła, że się lała z noszy. Co było więcej, dalej -już nie wiem. Gmach Sądów. Wpadamy do bramy, tu ludzie stoją w bramie, jacyś, różni, jedna nasza sąsiadka z Chłodnej 40. Zaczyna płakać na widok tego wszystkiego. Chyba się zaczęły płacze w ogóle, takie ze spazmami. W całej bramie. Kazali mi postawić przysypaną. Zostawić. Bo już szpital. Chyba złożyli nosze. Polecieli po następnych. A tych już zaczęli wnosić do środka.

Wstęp: Warszawa, rok 1944. Ze wszystkich stronmiasta słychać strzały. Miasto całe w gruzach, tlą się wszęzie zglisza kamienic.
Nagle do schronu wpada sanisatriuszka. Zdyszana prosi o pomoc. ; ) Dziękuję

1

Odpowiedzi

2010-01-24T19:16:26+01:00
Warszawa, rok 1944. Ze wszystkich stron miasta słychać strzały. Miasto całe w gruzach, tlą się wszędzie zgliszcza kamienic.
Nagle do schronu wpada sanitariuszka. Zdyszana prosi o pomoc. Wszyscy milczą. Ja też. Sanitariuszka wyraźnie zrezygnowana, powtarza prośbę o pomoc. I wtedy wstałem. Chcę pomóc, ale bardzo się boję. Moje oczy zachodzą mgłą. Czuję wielką odpowiedzialność. Zbiegam po schodach, mam nogi jak z waty. Wskakuję wprost na ulicę Ogrodową. Łapię za nosze i włączamy się w kondukt ulicami miasta. Czuję się rdruzgotany, ten straszny widok zadymionego, zniszczonego miasta. Plączą mi się nogi, a tu trzeba się spieszyć. Serce bije w piersi jak młotem ale trzeba do przodu, jak najszybciej. Na noszach niesiemy kobietę, była przysypana, potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej. Nic już nie widzę, pot zalewa mi oczy, musimy się spieszyć. Jeszcze kilka przecznic i jest szpital. Widzę ludzi, wśród nich sąsiadkę, która płacze na widok tego wszystkiego. Ogromny żal czuję w piersi, jakby mi ktoś położył ciężki kamień i prawie nie umiem oddychać. Jest szpital. Nareszcie, tutaj jej pomogą. A ja, nie mogę nie poddaje się, muszę pomagać.
2 3 2