Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-01-29T17:33:57+01:00
Zbliżał się wieczór. Siedziałem na skalnym murze, przed zniszczonym budynkiem. Znów zaczął padać śnieg. Na obojętnych ulicach miasta niewiele osób raczyło zerknąć na ruiny.
Często tu przychodziłem. Zazwyczaj siedziałem w tym samym miejscu i wpatrywałem się w ten sam budynek przez więcej niż godzinę. Moje przemyślenie przerywało jednak kilka znajomych głosów zza moich placów. Odwracając się nie trudno jest zobaczyć mieniącą się kurtkę <dziewczyny> i luźne bluzy chłopaków.
- Idziesz? - Krzyknął <imię>.
- Hmm... Nie, dołączę do was później.
Rzadko kiedy przejmowali się moimi problemami. Przyzwyczaili się do ciągłych rozważań lub załamań. Odeszli nim zdąrzyłem się znowu odwrócić. Na chwilę zapadła głucha cisza. Lampa przygasła nieco i pomrugiwała, muskana przez zimny wiatr. Trudno teraz było mi pomyśleć, że ten budynek był moim domem. Po tych kilku latach wyobrażałem go sobie jako okazałą budowlę o czysto czerwonych cegłach. Przez głowę przemknęła mi myśl: "Raj utracony". Uśmiechnąłem się słabo do siebie i przymknąłem oczy. Westchnąwszy usłyszałem zachrypnięty głos, nucący jakąś znaną melodię. Spojrzawszy za siebie dostrzegłem starca. Miał na sobie dziwną, cienką, zielono-bruntatną kurtkę. Spodnie były poszarpane, niemalże całe mokre od śniegu. Nosił ciemne buty i szarą czapkę. W zmarźniętych dłoniach trzymał torbebkę pełną pustych butelek. Miał niebieskie oczy, pomarszczoną twarz i nawet bielszą od śniegu brodę. Przestraszyłem się go trochę z początku, gdyż na mój widok drgnął niespokojnie. Zeskoczyłem z murka i czekałem na jego reakcję. Ten wyiągnął ku mnie ręką w geście uspokojenia. Próbował coś powiedzieć, jednak trudno było go zrozumieć. Po kilku sekundach ponownie przysiadłem na murku. Jego kolejne słowa zdawały się być już wyraźniejsze.
- Zejdź z tego murka, bo się przeziębisz.
- Jest mi już wszystko jedno - Mruknąłem dość nieprzyjemnie w stronę mężczyzny, który wpatrywał się we mnie uważnie. Po chwili rzekł:
- Nie umiesz płacić za błędy. - Z trudem stłumiłem śmiech.
- I kto to mówi. - Te słowa zupełnie same wyrwały mi się z ust. Znów ogarnął mnie lęk. Jednak gdy owy pan uśmiechnął się i pogroził mi palcem, odetchnąłem z ulgą. Zaśmiawszy się mruknął:
- Pyskaty jesteś. - Nic na to nie odpowiedziałem. Dlatego po dłuższej minucie, mężczyzna ruszył w stronę ruin.
- Co robisz? -Warknąłem odruchowo.
- Idę do domu. Stwierdził mężczyzna spojrzawszy na mnie i przez chwilę głowa krzyczała, że jest między nami jakieś podobieństwo. Może nie chodziło tu o wygląd, ani nawet o charakter. Ledwie go poznałem, nie wiedziałem jaki jest, ale moją uwage przykuło słowo 'dom'.
- Dla ciebie to już nic nie znaczy. Siedzisz tu i gapisz się, niewiedząc co ze sobą zrobić. Daj mi żyć w spokoju, odejdź. - Po tych słowach zniszczone drzwi zatrzasnęły się mocno, porzucając wściekły śnieg. Kątem oka zobaczyłem tam stary dywan i moje stare zniszczone łóżko.
Nigdy więcej nie miałem już ochoty tam iść. Choć myśl ta prześladowała mnie jeszcze długo. Czekałem cztery miesiące. Po tym upływie czasu postanowiłem się tam znów wybrać. Nareszcie pod koniec kwietnia stanąłem znów przed oknem ruin i zobaczyłem tego człowieka, śpiącego na kanapie. Kazał mi nie wracać, ale czułem sercem że muszę. Po tym czynie, nie odważyłem się więcej wejść na cudzą posiadłość.

Pozdrawiam ^^