To jest fragment mojej książki. Nie patrzcie na błędy tylko powiedzcie mi, czy warto dalej pisać. Książka, pt.: ''Kosia''.



Rozdział pierwszy

Był piękny wiosenny poranek. Warszawa. Dymy, spaliny i zanieczyszczenie pięknie zasłaniały słońce. Dziura ozonowa powiększała się. Kosia a dokładnie Konstancja Borowicz była w siódmym niebie. Działo się to co uwielbiała. Coś co denerwowało wszystkich oprócz niej samej. Świat chylił się ku zagładzie. Czuła jednak co ten dzień przyniesie. Ile przykrości ją spotka. W głębi duszy była bowiem zupełnie inna. Spokojniejsza i rozmarzona o szczęśliwym domu.
Kosia dla wszystkich mieszkańców sierocińca była doskonałym przykładem zła. Nikt jej nie lubił. Ubierała się na czarno. Czarny podkoszulek, spodnie i martensy. U tego rodzaju ludzi zadziwiające było to, że nigdy się nie umalowała. Biżuterii także nie używała. Od urodzenia blondynka wkraczając w bunt przefarbowała włosy na czarno. Dziś szesnastoletnia Kosia w niczym nie przypominała uroczej dziewczynki z lat przedszkolnych. Sama nawet o tym nigdy nie mówiła.
Do sierocińca trafiła w wieku dziesięciu lat. Nikt nigdy nie dowiedział się gdzie są jej rodzice. Co się z nimi stało. Sama zainteresowana milczała. Może po prostu nie wiedziała? Jednak nie to jest w tym wszystkim najdziwniejsze. Otóż najważniejsze jest to, że Konstancja do sierocińca przyszła SAMA. Dlaczego? Tego także nie powiedziała. Chodziły wśród dzieciaków legendy, że Kosia zamieniła rodziców w żaby a ona sama jest złą wiedźmą. Opiekunki miały inną wersję wydarzeń. Sądziły bowiem iż rodzice (pijacy, menele i wszystko co najgorsze) zostawili biedne dzieciątko na pastwę losu a sami ruszyli w świat. Nieszczęsne dziecko wędrowało to tu, to tam aż dotarło do sierocińca. Po tych traumatycznych wydarzeniach malutka dziewczynka zamieniła się w żądną krwi bestię, która ma na celu zrównanie z ziemią cały sierociniec...



Rozdział drugi



Wybiła szósta. Nadeszła najgorsza chwila w ciągu dnia. Trzeba było zejść na dół na śniadanie. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt iż będzie tam całą ta fura dzieciaków. Wstrętnych, obleśnych bachorów! Kosia niechętnie ruszyła palcami lewej nogi, a potem prawej. Następnie przeciągnęła się i zamruczała jak kot. Szybko się ubrała i pobiegła wziąć szybki prysznic. Nie musiała martwić się kolejkami do łazienki bowiem w pokoju mieszkała sama. Żadne z dzieci nie chciało dzielić z nią pokoju.
Punktualnie o szóstej trzydzieści stawiła się w stołówce.
-Konstancja! Do mnie!- krzyczała z drugiego końca sali pulchniutka pięćdziesięciolatka, panna Anna Michnicka, której młoda Borowiczowa delikatnie mówiąc nie znosiła. Stara Micha jak nazywały ją sieroty nigdy nie wyszła za mąż. Od urodzenia tu mieszkała. Po ukończeniu osiemnastu lat została opiekunką. Czy dzieci ją lubiły? Trudno powiedzieć. Była typem dwulicowym. Jednych lubiła, drugich nie. Razem ze swoją przyjaciółką, (także pracownicą domu dziecka) Krystyną obgadywała wszystkie potyczki dzieciaków. Nie umykało to oczywiście Kosi, która skutecznie nie umilała życia Misie. A tych sposobów miała wiele. Oj, wiele. Wbijanie szpilek w ręce, solenie zup, podkładanie nogi a także pokrojone chilli zamiast czerwonej papryki w kanapce. I to nawet tylko kilka z jej pomysłowych psikusów. Może właśnie dlatego Michnicka Konstancji tak nienawidziła.
- Co ty znowu chcesz stara babo! Co?! Czy człowiek nie może mieć chociaż chwili spokoju?- odparowała oburzona dziewczyna.
- Podejdź do mnie Borowiczowa.
-Nie.
-Tak.
-Nie!- krzyczała Kosia
Wszystkie sieroty strasznie śmiały się z zaistniałej sytuacji.
- Cisza! Proszę wszystkich o spokój a TY młoda panno( tu znacząco spojrzała na Konstancję) pójdziesz ze mną- powiedziała zirytowana opiekunka.
Zmęczona życiem szesnastolatka potulnie jak na swój charakter podążyła za Michą.
Anna Michnicka swój gabinet miała na czwartym piętrze. Był to malutki pokoik obity różową tapetą z oryginalnym brązowym wzorem oraz oknem wychodzącym na ogromny ogród. Gdy weszły do pomieszczenia, wychowawczyni usiadła wygodnie za swoim dębowym biurkiem.
- Usiądź, proszę Konstancjo. Mam ci dużo do powiedzenia, bardzo dużo ważnych spraw. Otóż znaleźliśmy dla ciebie rodzinę zastępczą. Mieszkają na mazurach. Mają dwójkę dzieci i prowadzą gospodarstwo rolne. Przyjadą po ciebie dzisiaj o szesnastej. Cieszysz się? – zapytała dziwnie speszona Michnicka.
-Taa- odpowiedziała półsłówkiem Kosia. Nie była zbytnio zainteresowana tym wszystkim. Najchętniej poszłaby do ogrodu i potorturowała gołębie. -Gospodarstwo rolne? Też mi coś. – pomyślała. Adoptują mnie tylko po to aby mieć jeszcze o jedną parę rąk do pomocy. Ja już im pokażę. Dziewczyna przez te kilka sekund miała już w głowie ułożony dokładny plan działania. Czuła, że nie będzie się nudziła wśród tych wieśniaków.
-Czy chcesz, aby ci ludzie cię adoptowali a może chciałabyś ich jakoś bliżej poznać?- podsunęła nieśmiało opiekunka.
-Nie. Pasuje mi. Czy mogę iść się spakować?
-Tak oczywiście. Jesteś wolna- odpowiedziała.
Dziewczyna jak najszybciej usunęła się z pola widzenia Michy. Wiedziała, że jej uprzejmość nie będzie trwała wiecznie.
Po wyjściu z gabinetu od razu poszła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na klucz i zaczęła się pakować. Uwinęła się w pół godziny. Nie miała tu dużo rzeczy. Większość, albo już dawno popsuła, albo po prostu wyrzuciła. Miała jeszcze dość czasu a, że odczuwała głód postanowiła pójść do kuchni i podkraść coś do jedzenia kucharce.
Cichutko otworzyła zamek w drzwiach i uchyliła je lekko. Nie chciała, aby ktokolwiek teraz ją zobaczył. Te wszystkie pożegnania nie były w jej stylu choć i tak pewnie wszyscy baliby się do niej cokolwiek powiedzieć. Nie widząc więc nikogo na korytarzu ruszyła w stronę kuchni. Szybko przemknęła po schodach w dół. Potem jeszcze korytarzem w lewo i była przed upragnioną kuchnią. Zza dzrzwi dochodziły przytłumione głosy. Słyszała wśród potoku słów swoje imię. Prawdopodobnie był to głos kucharki i jeszcze jednej osoby, kobiety, której nie rozpoznawała. Kosia na paluszkach podeszła bliżej do drzwi. Były już lekko uchylone. Postanowiła podsłuchać o czym te dwie kobiety rozmawiają:
- Wiesz, że ten nasz sierocińcowi pasożyt odjeżdża? Jacyś głupcy chcą go adoptować. Nie wiedzą w jakie bagno się pakują. Tak się cieszę. W końcu da nam święty spokój. Ach... jak miło pomarzyć- rozleniwionym głosem mówiła kucharka.
- O kim ty właściwie mówisz?- po dłuższej przerwie odezwał się drugi głos. – Czyżby o młodej Borowiczównie? Moim zdaniem źle ją oceniamy. Czasami sobie tak myślę, że ona nie jest taka zła. Dużo w dzieciństwie przeżyła- kontynuowała nieznajoma.
- Głupoty gadasz. Z takim dzieciakiem trzeba ostro. Pani Anusia po prostu źle się z bachorem obchodziła. Dziecioka trzeba było lać i lać. No i wtedy chodziłoby jak na zegarku. A tak to widzisz co z tego wyrosło- podsumowała pewnym siebie głosem kucharka.
Kosia aż kipiała ze złości. Chętnie wykrzyczałaby parę wulgaryzmów w stronę znienawidzonej kucharki. Zastanawiała się tylko kim jest ta nieznajoma kobieta, która stanęła po jej stronie. Czy ja zna? Czuła dziwną sympatię do tej obcej osoby. Jednak myśl o głodzie powróciła. Spojrzała na zegarek. Za kwadrans mieli przyjechać jej przyszli rodzice. Trzeba było się sprężać! Nie wiedziała co ma w takiej sytuacji zrobić. Przypomniała sobie o drugim wejściu do kuchni przez zaplecze. Zakradła się do drzwi na końcu korytarza. Prawdopodobnie prowadziły właśnie do zaplecza. Otworzyła je. Głośny jęk zawiasów rozległ się po całym korytarzu. Konstancja zastygła w bezruchu i nasłuchiwała. Cisza. Chyba nikt jej nie usłyszał. To dobrze. Bardzo dobrze. Weszła do ciemnego pomieszczenia. Panował tam mrok. Cichutko sunęła do małych drewnianych drzwiczek po drugiej stronie pokoju. Wszędzie porozrzucane były kartonowe pudła. Unosił się niemiły odór starego jedzenia. – Czym oni nas karmią?- pomyślała dziewczyna. Zatykając sobie nos rękawem bluzki (czarnej oczywiście) szła dalej. Gdy była już przy drzwiach, zauważyła w rogu koszyczek z którym zawsze w niedziele opiekunki z dziećmi szły na piknik do pobliskiego parku. Kosia uchyliła pokrywę wiklinowego kosza. Na samym dnie znalazła dwie wczorajsze bułki z serem . Schowała je do kieszeni spodni i wyszła z zaplecza. Nie chciała już ryzykować wejściem do kuchni bowiem mogła tam spotkać kucharkę a wychodząc z nieodpowiedniego miejsca naraziłaby się jeszcze bardziej . Oczywiście nie byłoby to dla niej problemem jednak nie chciała robić już sobie kłopotu tuż przed wyjazdem. Dochodziła szesnasta. Konstancja jak najszybciej pobiegła do swojego pokoju i w minutę wchłonęła dwie kanapki. Gdy tylko skończyła jeść rozległo się pukanie do jej drzwi.
- Wejść!- krzyknęła Kosia.
To była pani Michnicka. Musiała się przebrać na przyjazd gości bo miała teraz na sobie elegancki brązowy żakiet z białym kołnierzykiem oraz również brązową spódnicę sięgająca kolan. Co Kosię wprawiło w osłupienie stara opiekunka miała buty na obcasie i to nie byle jakie bo bardzo modne z odkrytymi palcami. Dziewczynka nie kryła zdumienia.
- Yhm... – zaczęła zakłopotana szesnastolatka. –Bardzo ładny strój proszę pani.
-Oj, bardzo dziękuję Kosiu... yy to znaczy... eh przepraszam Konstancjo- jąkała się zawstydzona nauczycielka. –Jestem po prostu zdziwiona twoim zachowaniem, no cóż tak- kontynuowała. Michnicka nie wiedziała co się z nią dzieje. Czuła, że będzie jej brakowało znienawidzonej przez nią podopiecznej. Niespokojnie przestępowała z nogi na nogę. Była wzruszona zachowaniem tego dziecka. Po dłuższej pauzie znów się odezwała do równie speszonej nastolatki:
– Twoi przyszli rodzice już przyjechali. Czekają na ciebie w salonie. Jesteś gotowa?
- Tak proszę pani. Możemy już iść- odpowiedziała Kosia.
Razem z Michą zeszła na dół. Przybrani rodzice już czekali. Byli to eleganccy ludzie nie przypominający jak wcześniej ich sobie wyobrażała- prostych wieśniaków. Jej przyszła mama była szczupłą, wysoką kobietą o pociągłej twarzy i dużych brązowych oczach. Włosy czarne lekko opadały na umięśnione ciężką pracą ramiona. Ubrana była w stylową sukienkę za kolana i gustowne kozaki. „Ojciec” natomiast był niskim, pulchnym mężczyzną. Ubrany w zabawny prążkowany garnitur przypominał dziewczynie wyobrażenia Świętego Mikołaja z lat dzieciństwa. Miał krótkie, lekko siwiejące blond włosy. Gdy podawał jej rękę zauważyła, że jest pełna blizn. – Z pewnością praca w polu- pomyślała. Oczy miał za to piękne. Jasno błękitne. Konstancja od maleńkiego chciała mieć takie właśnie oczy jak jej przyszły ojciec, ... jak jej prawdziwa mama.
- Witaj Konstancjo- odezwała się kobieta. Nazywam się Grażyna Tomczak a to jest mój mąż Zbigniew- kontynuowała wskazując na mężczyznę stojącego obok.
- To fajnie. Miło mi- odpowiedziała nie pewna siebie Kosia. Nie lubiła nowych sytuacji w których się znajdowała. Czuła się dobrze na stałym gruncie. Takie momenty bardzo ją krępowały. Nie chciała jednak tego po sobie poznać. Rozsiadła się więc wygodnie w fotelu i spojrzała na „rodziców”. Oni natomiast razem z panną Michnicka usiedli na sofie naprzeciwko dziewczyny.
- Może herbaty, albo kawy?- zaproponowała Tomczakom Micha.
- Nie, dziękujemy. Chcielibyśmy już jechać. Długa droga przed nami- tu pan Tomczak uśmiechnął się niepewnie do Kosi.
- No dobrze. Jeśli tak państwo uważacie, to jedźcie. Odprowadzę was do drzwi. Jesteś gotowa?- spytała spoglądając na dziecko.
-Tak oczywiście.
Kiedy wyszli na podwórze Kosia pierwszy raz w życiu poczuła, że chce jej się płakać. Żałowała nagle tych wszystkich przykrości, które wyrządzała nauczycielkom i dzieciakom. Wstydziła się za siebie. Nie chciała też odjeżdżać. Czuła się przywiązana do tego miejsca. –Będzie mi cię będzie brakowało domku. Bo ty jesteś moim DOMEM i pozostaniesz nim na zawsze- myślała. Jednak mimo wszystko dzielnie wsiadła do starego malucha. Pożegnała się z wychowawczynią i ruszyli do Piotrowic. Do jej nowego domu. Nowego rozdziału w życiu.



Rozdział trzeci

Gdy dojechali na miejsce było już dawno po północy i Kosia nie za dużo widziała. Podczas podróży dużo myślała o swoim życiu. Chciała się poprawić. Chociaż trochę, jednak nie wiedziała czy będzie w stanie. Kiedy byli już na miejscu matka pokazała jej gdzie będzie spała. Był to malutki pokoik na poddaszu. Z sufitu zwieszał prowizoryczny żyrandol, który za pewne miał już swoje lata. Zmęczona całym tym dniem Kosia bez większego zainteresowania położyła się od razu spać.
Obudziwszy się rano w pierwszej sekundzie nie wiedziała gdzie się znajduje. Dopiero po jakimś czasie przypomniała sobie wszystko. Jeszcze zaspana spojrzała na zegarek. Była dziesiąta. Rozejrzała się po swoim pokoju. Było to przytulne pomieszczenie zdecydowanie różniące się od tego w domu dziecka. Ściany pomalowane na fioletowo, na drewnianej podłodze położony był okrągły, puchowy dywan w kształcie stokrotki. Przy starym oknie wisiały cieniutkie białe zasłonki. Cała ta sceneria przywodziła na myśl obraz istnie magiczny. Czym prędzej ubrała się i wyjrzała przez okno. Nie spodziewała się tego co ujrzała. Zobaczyła bowiem, że za oknem rozciąga się przepiękny widok na jezioro, na którym pięknie rozlewało się słońce. Przy brzegu latały stada mew. W oddali widziała łabędzie opiekujące się swoimi dziećmi. Do jeziora wpływała mała rzeczka. Nad nią przechodził malutki mostek, którym można było dotrzeć do JEJ domu. To sformułowanie miło połechtało Kosię po brzuchu. – Coś pięknego- wyszeptała oczarowana.
Nagle usłyszała skrzypienie schodów. Ktoś szedł na górę...

3

Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-01-29T20:21:50+01:00
Fabuła super
Ciekawe wszystko
Tylko jedna wada: za szybko wszystko opowiadasz.
Jak już piszesz coś np. w 1 rozdziale to się rozpisz, ale ogólnie wszystko jest super !!!!!
2010-01-29T20:22:49+01:00
Nooo niezle
ja sądze że warto pisać dalej :))
2010-01-29T20:25:37+01:00
Sądzę, że to bardzo fajna opowieść i fajny temat . Myślę że opłaca ci się dalej to pisać dopisze jeszcze ze bardzo mnie wciągnęła ta opowieść.
1 5 1