Na jutro muszę opowiedzieć legendę o powstaniu Kalisza 3-4 minuty




Było to ze dwa tysiące lat temu, a może i więcej, gdy w miejscu dzisiejszego Kalisza szumiał bór odwieczny - puszcza dzika i ogromna. Przedzielony rzeką ciemny las ukazywał tu i ówdzie płaskie, zdradliwe polany ogromnych bagien.
Pewnego dnia, gdy słońce miało się ku zachodowi, niezwykły trzask i dudnienie przerwały przedwieczorną ciszę. Na wzgórze wbiegł potężny król tej krainy - ogromny, płowy tur. Stanąwszy na szczycie, zgoniony i utrudzony, dyszał ciężko i chylił ku ziemi rogaty łeb. W zgiętym, skrwawionym karku tkwiły dwie strzałki i złamane drzewce oszczepu. Władca puszczy, raniony śmiertelnie, lecz jeszcze gotowy do walki, stał chwile w ostatnich blaskach słońca, nim wreszcie runął olbrzymim cielskiem na garb piaszczystej wydmy. Wtedy to puszczą targnęła ogromna wrzawa - zwycięski, pierwszy tu krzyk ludzkich głosów. Z trzech stron ciemnego boru, wśród wściekłego ujadania psów, wbiegły na polanę trzy różne gromady wojów.
Na czele stanęli mocno wsparci w strzemionach trzej wodzowie, zdziwieni podobnie jak ich ludzie tym niespodziewanym spotkaniem. Ręce ich, wsparte na toporzyskach i na głowniach brązowych mieczów, gotowe były do ciosu. I nagle stało się to, co się wśród ludzi, gdy zawiść omroczy głowy. W walce o prawo do ubitego zwierza zwarły się trzy zbrojne hufce i rozległ się srogi krzyk: "Kali! Kali!" To potomkowie Lecha, Czecha i Rusa, wędrujący w poszukiwaniu ziemi do osiedlenia, nie poznawszy się, staczali zacięty bój o tura. Nim wieczór wyszedł z borów, zwycięscy Lechici zawładnęli łupem i wydmą na polanie, a w dali milkły głosy pokonanych. Na wzgórze wszedł pachoł zbrojny z krzemieniem nabijaną palicę i na ogromnym rogu zagrał zwycięski hejnał.
Wódz Lechitów upodobał sobie wielce to obronne miejsce wśród błot. Utrudzony, rozbił na wzgórzu obóz, a nim ruszył dalej, posadził dąb święty i zbudował dworzyszcze. Tak powstało miasto, które od bojowych okrzyków w czasie bitwy, a może od okolicznych mokradeł i bagnisk kaliskiem zwanych od słowa "kał", które "błoto" oznaczało - nazwano Kaliszem. Jego herbem stał się wizerunek pachoła dmącego w róg, zaś herbem całej Kaliskiej Ziemi - głowa tura.




Z góry dzięki :**** prosze o ssazybką odpowiedz

1

Odpowiedzi

2010-01-31T22:20:35+01:00
Było to ze dwa tysiące lat temu, a może i więcej, gdy w miejscu dzisiejszego Kalisza szumiał bór odwieczny - puszcza dzika i ogromna. Przedzielony rzeką ciemny las ukazywał tu i ówdzie płaskie, zdradliwe polany ogromnych bagien.
Pewnego dnia, gdy słońce miało się ku zachodowi, niezwykły trzask i dudnienie przerwały przedwieczorną ciszę. Na wzgórze wbiegł potężny król tej krainy - ogromny, płowy tur. Stanąwszy na szczycie, zgoniony i utrudzony, dyszał ciężko i chylił ku ziemi rogaty łeb. W zgiętym, skrwawionym karku tkwiły dwie strzałki i złamane drzewce oszczepu. Władca puszczy, raniony śmiertelnie, lecz jeszcze gotowy do walki, stał chwile w ostatnich blaskach słońca, nim wreszcie runął olbrzymim cielskiem na garb piaszczystej wydmy. Wtedy to puszczą targnęła ogromna wrzawa - zwycięski, pierwszy tu krzyk ludzkich głosów. Z trzech stron ciemnego boru, wśród wściekłego ujadania psów, wbiegły na polanę trzy różne gromady wojów.
Na czele stanęli mocno wsparci w strzemionach trzej wodzowie, zdziwieni podobnie jak ich ludzie tym niespodziewanym spotkaniem. Ręce ich, wsparte na toporzyskach i na głowniach brązowych mieczów, gotowe były do ciosu. I nagle stało się to, co się wśród ludzi, gdy zawiść omroczy głowy. W walce o prawo do ubitego zwierza zwarły się trzy zbrojne hufce i rozległ się srogi krzyk: "Kali! Kali!" To potomkowie Lecha, Czecha i Rusa, wędrujący w poszukiwaniu ziemi do osiedlenia, nie poznawszy się, staczali zacięty bój o tura. Nim wieczór wyszedł z borów, zwycięscy Lechici zawładnęli łupem i wydmą na polanie, a w dali milkły głosy pokonanych. Na wzgórze wszedł pachoł zbrojny z krzemieniem nabijaną palicę i na ogromnym rogu zagrał zwycięski hejnał.
Wódz Lechitów upodobał sobie wielce to obronne miejsce wśród błot. Utrudzony, rozbił na wzgórzu obóz, a nim ruszył dalej, posadził dąb święty i zbudował dworzyszcze. Tak powstało miasto, które od bojowych okrzyków w czasie bitwy, a może od okolicznych mokradeł i bagnisk kaliskiem zwanych od słowa "kał", które "błoto" oznaczało - nazwano Kaliszem. Jego herbem stał się wizerunek pachoła dmącego w róg, zaś herbem całej Kaliskiej Ziemi - głowa tura.


Dorotka

Ukochaną i piękną miał córkę Dorotkę dumny a porywczy starosta zamku kaliskiego. Prwie co roku zjeżdżał król do miłego swemu sercu miasta, a wraz z królewskim dworem liczni młodzi panowie i rycerze. Wielu z nich, oczarowanych urodą starościanki, prosiło o jej rękę. Niestety Dorotka wszystkim ręki swej odmawiała.
Chciał starosta wydać córkę za mąż bogato i godnie, lecz ona, skromna i dla każdego miła, nie obdarzyła jeszcze nikogo miłością. Martwił się pan możny, lecz czekał na szczęśliwą okazje, na kogoś, kto potrafi wzbudzić miłość w sercu dziewczyny i pojmie wtedy za żonę jego jedynaczkę, a król zważy wierność rodzica, jego zasługi dla kraju i uczyni znowu młodego zięcia panem na kaliskim zamku.
Mijał rok za rokiem, siwiała głowa starosty i chmurzyło się jego lico. Dorotka nie życzyła sobie widzieć zalotników. Siedziała w swojej panieńskiej izbie i jak piękny kwiat zdobiła okno, którym wyglądała na ulice miasta.
Do izby Dorotki oprócz ojca nie wolno było wejść nikomu z mężczyzn, a jedyny wyjątek czyniła dla smukłego, krętowłosego Marcinka - kaliskiego szewca. Bo miała córka dumnego starosty jeden dziwny zwyczaj, jedną słabostkę - musiała mieć co miesiąc nowe buty, i to buty robione przez pięknego Marcinka. Śmiał się tylko z tego kaprysu pan ojciec i zezwalał - stać go przecież było na tę niewinną dziewczęcą zabawę. A szczęśliwa Dorotka siadywała w nowych bucikach przy oknie, złotą nicią, drobnymi perłami dziergała kościelne szaty i wyglądała na ludną ulicę Grodzką, kędy często przechodził Marcinek.
Pewnego razu król, w dowód wielkiego zaufania, wysłał kaliskiego starostę z poselstwem do dalekiego kraju. Mijały tygodnie i miesiące, a poselstwo nie wracało. Na domiar złego miasto nawiedziła zaraza. Straszliwy mór uśmiercał silnych i słabych, dorodnych mężczyzn i zgrzybiałych starców, urodą kwitnące kobiety i dzieci w kołyskach. Chwytał bez wyboru biednych i bogatych, zdrowych i kalekich, szedł przez wsie i miasta z powiewem wiatru - dopadał ludzi przy pracy i w kościołach, w łożnicach małżeńskich, w ciszy nocy i gwarze dnia. A każdego, kogo chwycił, nie wypuszczał ze swej srogiej garści. Dotknięci zarazą umierali w straszliwych męczarniach już trzeciego lub czwartego dnia.
Początkowo od owczarzy i znachorów okolicznych zwożono całe wozy ziół uzdrawiających i palono po domach, szepcząc pomocne modlitwy i zaklęcia, lejąc wodę święconą na płonące zioła. Gdy to nie pomagało, wycięto we wszystkich prawie lasach wokół Kalisza krzewy jałowcowe i palono je w stosach na ulicach miasta, chciwie wchłaniając w płuca gryzący dym. Lecz i dym jałowcowy nie oczyścił zatrutego powietrza - ludzie padali już na ulicach i placach pokotem.
Gdy przerażenie doszło do zenitu, zerwały się wszelkie więzy, jakie człowiek nałożył swej naturze. Mąż opuszczał żonę, żona męża, brat brata, rodzice dzieci, dzieci rodziców. Ludzie wychodzili z domów, porzucili pracę i wszelkie obowiązki, oddając się pijaństwu i zabawie. Pewnego dnia jakiś szaleniec puścił w mieście pogłoskę, że sprawcami moru są innowiercy i zatrute przez nich powietrze wyszło wprost z otwartej bramy kirkutu. Teraz, prócz choroby, jeszcze rzeź niewinnych ofiar nawiedziła ubogie zaułki miasta.
Jako piękny kwiat wyrasta nieraz na bagnie, tak wśród owych strasznych dni rozkwitła w pełni miłość starościanki i młodego szewczyka. Szewczyk dbając, by przykry widok nie raził pięknych oczu ukochanej i by mijała ją zaraza, stale przebywał w okolicy zamku i usuwał zmarłych z bruków ulic Grodzkiej, Toruńskiej, Mariańskiej i Farnej.
Gdy zauważono, że Marcinek codziennie bywa w zamku i coraz dłużej przesiaduje w komnacie pięknej Dorotki, zabroniono mu pod jakimkolwiek pozorem zachodzić do niej. Od Dorotki zaś odsunięto starą piastunkę, ułatwiającą jakoby spotkania młodym, a dano jej złą, zasuszoną dwórkę, noszącą pod wierzchnią szatą ostrą włosiennicę.
Odtąd często widywano młodego szewczyka, gdy z ulicy patrzył tęsknie w obramowane okno nad wjazdową bramą zamku, gdzie już nikt nie dostrzegał pięknej twarzy starościanki, za to często wyglądała stamtąd chuda, sroga twarz jędzy.
Pewnego jednak razu, gdy w zamkowej komnacie zwinęło się na ławie ascetyczne ciało w twardym śnie z nadmiaru czuwania, przemyślnym sposobem zjawił się tu szewczyk Marcinek i przypadł gorącymi ustami do gołych stóp siedzącej bezsennie na swym łożu stęsknionej Dorotki.
Słodka noc była krótka i minęła im jak jedna czarowna chwila, a wczesny ranek wygonił znów młodzieńca za próg dębowych drzwi.
Marcinek byłby może uszedł spokojnie za bramę zamkową, gdyby nie halabardnicy, którzy zagrodzili mu drogę. Goniony po dziedzińcu, wbiegł na krużganek i uczepiwszy się miedzianego rzygacza, dostał się na dach. Nim biedny szewczyk rozejrzał się, kędy by najdogodniej ujść z niegościnnego zamczyska, już nogi straży dudniły po dachu, a ostre końce halabard kierowały się ku jego piersiom.
Nie namyślając się długo, skoczył Marcinek na bruk ulicy Grodzkiej, tuż pod okno starościńskiej córki. Głuchy stuk ciała i straszny krzyk dziewczyny rozległy się niemal równocześnie.
Osłupiałym wzrokiem patrzyła Dorotka, gdy z zakrwawionego bruku unoszono smukłe a zwiotczałe bezwładem śmierci ciało ukochanego chłopca, nim padła zemdlona w kościste ręce pilnującej je dwórki.
Niedługo po śmierci Marcinka minęła morowa zaraza, a niewielka garstka ludzi, pozostałych pozostałych mieście, ledwo co odetchnęła z ulgą, kiedy do zamku kaliskiego nadeszły wieści, że poselstwo wróciło do kraju i starosta wkrótce już przybędzie do domu. Na wszystkich padł teraz blady strach, bo z Dorotką nie działo się dobrze. Jakby rozum postradała. Nie przyjmowała pokarmu, wiecznie siedziała przy oknie wpatrzona w bruk, gdzie deszcz i ludzkie stopy starły już krwawe plamy.
Jednego wieczoru jak oszalałe poczęły bić dzwony kościoła Św. Mikołaja, po czym z ciemni ulicy Grodzkiej wynurzyła się dziwna procesja. Niosąc przodem chorągwie i płonące żagwie, szła gromada ludzi obnażonych do połowy ciała i śpiewała nabożne pieśni. Krwawe światło pochodni wyłaniało z mroku pocięte w sine pręgi ramiona mężczyzn i kobiet. Procesja bez księży szła szybko w kierunku wąskiej ulicy Farnej, biegnącej wzdłuż murów miejskich, i wsiąkała w noc, pozostawiając po sobie w sercach mieszczan niepokój niepokój i podniecenie. Z kolei poczynały bić dzwony kolegiaty. To krążyła po Kaliszu gromada pokutników, zwanych fratricelli lub bractwem flagelantów albo biczowników, gdyż wstępując do kościołów przy biciu w dzwony, chłostali się biczami. Kto chciał przystąpić do takiej gromady, winien był zaopatrzyć się w żywność lub pieniądze na 33 dni i 12 godzin, co miało przypomnieć lata Chrystusowe, i tyleż czasu spędzać na praktykach bractwa.
Biczownicy, którzy w Kaliszu odbyli swój synod, zniknęli wkrótce z miasta, a wraz z nimi wydostawszy się po kryjomu kryjomu zamku, poszła piękna Dorotka. Widywano ją w różnych miejscowościach Ziemi Wielkopolskiej, idącą na czele procesji biczowników.
Tymczasem wrócił z dalekiego kraju stęskniony za ukochana córką starosta kaliski i tu wieść straszna boleścią i gniewem zalała mu serce. Do lochów zamkowych zostali wtrąceni zakuci w żelaza halabardnicy halabardnicy dowódca zbrojnej załogi za brak pieczy nad zamkiem i staroscianką. Lecz zemsty było mało. Zniesiono wkrótce procesje flagelantów flagelantów zabroniono do nich przystępować. Nie wypleniono to wszakże biczowników, którzy ukrywając się przed okiem władzy, gromadami włóczyli się nadal po polach i lasach, zmieniając się z wolna w bandy rozbójnicze.
Podobno wśród pierwszych schwytanych flagelantów, przywiezionych w zakrytych, jucznych wozach, znajdowała się i Dorotka z chorym ponoć umysłem.
Srogi i zapamiętały w swym gniewie był pan ojciec. Zbyt boleśnie odczuł swą hańbę i wstyd. Nieszczęsną córkę kazał żywcem zamurować w jednej z piętnastu baszt obronnych miasta, znajdującej się na tyłach kolegiaty. Tu dokonała żywota.
W baszcie tej zamykano później dziewczyny wstępne i nazywano je Dorotkami, a i sama baszta do dziś Dorotką się zowie. Do dziś także w bezchmurne noce księżycowej pełni można niekiedy usłyszeć niesione z wiatrem od baszty ciężkie westchnienia i cichy płacz starościanki.
3 5 3