Odpowiedzi

2010-02-03T17:21:51+01:00
Był cudowny wymarzony dzień.To właśnie dziś miałem wyjechac na ferie. Podróż mijała szybko. W końcu Alpy oddzielone są jedynie trzy godziny drogi od naszego domu. W tym czasie dokładnie zaplanowałem wszystkie atrakcje, jakie miały nas czekać, przygotowałem wszystko w najdrobniejszym szczególe. Gdy podjeżdżaliśmy pod nasz pensjonat z radia popłynął komunikat: ”Drodzy Narciarze, informujemy o przewidywanym załamaniu pogody na weekend. Proponujemy pozostanie w hotelach i oddanie się innym przyjemnościom niż…”- tata nagle wyłączył radio. Bzdura- powiedział. Nie po to haruje jak wół żeby głupia pogoda zawaliła mój urlop- irytował się. Pomyślałem tak samo. Przecież świeciło słońce, było parę stopni poniżej zera, nic tylko zapiąć narty…
Następnego dnia prawie zapomnielibyśmy o tym komunikacie gdyby nie, niepozorne obłoczki przysłaniające niebo. To nic, przecież drobne chmurki nikomu nie zaszkodziły- pomyślałem niepewnie. Na stoku była wprost wymarzona sytuacja! Dużo bielutkiego puchu i mało ludzi, bo ci chyba wzięli sobie do serca wczorajsze prognozy. Jednak i mnie z każdą chwilą zaczynał ogarniać coraz większy nie pokuj. Pogoda naprawdę stawała się nie wesoła. Niebo całe zasłoniło się nie już bielutkimi obłoczkami, lecz wielkimi szaro-granatowymi chmurami. Zaczął zacinać drobny, ale bardzo gęsty śnieg, a temperatura spadła znacznie poniżej zera. Każde kolejne spojrzenie w górę powodowało coraz zwiększy strach. Nawet tata chciał już wrócić do hotelu. Jednak to nie było takie proste. Droga do najbliższego schronienia była długa i trudna szczególnie w takich warunkach, a sytuacja z każdą chwilą pogarszała się. Było tak mroźno, że nawet mino grubych rękawic prawie nie czułem rąk. Cały trzęsłem się z zimna. Co chwile przeszywała mnie fala dreszczy.
Przed nami rysował się ostatni etap naszej drogi. Jeszcze tylko jeden szczyt i już będziemy w domu. Wystarczyło wsiąść do kolejki linowej. Trochę mnie to uspokoiło, ale już po chwili o mało, co nie zostałem zwalony z nóg. Na dużych szklanych drzwiach dolnej stacji widniała karteczka z lakoniczną informacją: „Z powodu silnego wiatru kolejka nie czynna do odwołania!”. Serce zaczęło bić coraz mocniej. Byłem przerażony. Wiał naprawdę potworny wiatr, padający śnieg był tak gęsty, że nie było widać końca swojej ręki, a temperatura była niższa niż na biegunie. Po plecach przechodziły mi ciarki. Po głowie chodziło tylko jedno pytanie: „I co dalej?”. Tata kazał zebrać się nam w jednym miejscu, co miało zmniejszyć straty ciepła. Narty ułożyliśmy w kształt litery X, aby można było nas łatwiej znaleźć. Teraz już jedynym wyjściem było wezwać pomoc i czekać… Postanowiliśmy zadzwonić pod numer alarmowy. Jednak telefon jak na złość przestał działać. Nasze położenie było beznadziejne… śnieg ani na ułamek sekundy nie przestawał padać. Co chwilę musieliśmy zgarniać z siebie jego pokłady. W innym wypadku szybko zatonęlibyśmy w nim. Jeszcze nigdy nie byłem aż tak przestraszony. Z mrozu nie czułem już nie tylko rąk, ale i stóp, uszu, nosa, zresztą całego ciała. Po głowie krążyły mi już najgorsze myśli, a potęgowały je informacje, jakie docierały przez całą zimę o narciarzach zaginionych w górach. Każda minuta dłużyła się w nieskończoność. To była najdłuższa noc w moim życiu. Nie mogłem pozwolić sobie na zaśnięcie, bo sen w takiej sytuacji oznaczałby tylko jedno… mijały kolejne godziny, a opady śniegu jak by trochę zelżały. Powoli zaczynało świtać, gdy wtem usłyszeliśmy jakby cichy warkot silnika. Był to najmilszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałem. Potem zaczął ukazywać delikatny zarys ratraka. Byliśmy uratowani. Moje szczęście nie miało granic!
Jak się potem okazało, to troskliwa recepcjonistka naszego hotelu wczeła alarm, gdy mimo takiej pogody nie wróciliśmy na noc, a nasze położenie udało się zlokalizować dzięki notatką jakie sporządziłem w czasie podróży, a potem zostawiłem w holu hotelu.
Te ferie pozostawiły nie zatarty ślad w mojej pamięci, były po prostu niezapomniane.






Oczekuję na naj...;):)