Odpowiedzi

2010-02-04T10:52:21+01:00
Pośpiesznie przygotowałam Adamowi śniadanie i coś na popołudnie. Dzień zapowiadał się upalny. Szykowałam się do pracy myśląc o wszystkim na raz. Ze skołowaną głową wypadłam z domu, ledwo zdążając na autobus. Ale to normalka. Co dzień to samo. Pośpiech, praca, domowa krzątanina. Jednak w tym wszystkim łapię chwile, przyglądam się ludziom, zastanawiając się, co mnie jeszcze w życiu spotka, co mnie zaskoczy. Autobus trząsł się cały, jakby to były lata 60-te, a nie 2009 rok. No i pech. Czułam, że to będzie nieudany dzień.
- Proszę się przesiąść do autobusu awaryjnego, który powinien przyjechać za parę minut. Dalej nie pojedziemy - usłyszałam kierowcę.
Chcąc nie chcąc wszyscy pasażerowie niezadowoleni ( i to delikatnie mówiąc ) wylegli na przystanek. Dla palaczy to tylko przerwa na dymek, dla mnie stracony czas. Odeszłam na bok parę kroków dalej, skupiając swój wzrok na kamienistej mozaice.
- Zapali pani? - usłyszałam i leniwie podnosząc wzrok do góry najpierw ujrzałam przed sobą brązowe skórzane buty, potem dżinsowe spodnie z kieszeniami po bokach nogawek, wyciągnietą ku mnie rękę z papierośnicą, a wreszcie na końcu twarz porannego natręta.
- Nie, dziękuję, nie palę - burknęłam do mężczyzny, wyglądającego znajomo. Pomyślałam, że to sąsiad, którego nie miałam przyjemności zauważyć.
- Ja właściwie też tylko sporadycznie, w takich wypadkach jak ten, na zabicie czasu, bo to z pewnością nie będzie tylko parę chwil - odpowiedział, nie zważając na mój brak zainteresowania jego osobą.
- A może miętusa chociaż? - nalegał wyraźnie się narzucając.
- Nie, dziękuję - odpowiedziałam niecierpliwie wyglądając autobusu.
- O, widzi pan, nie miał pan racji, już na szczęście jedzie, a pan stracił papierosa - rzekłam sarkastycznie.
Nie cierpię, jak z samego rana na przystanku palą papierosy i potem wsiadają do autobusu ciągnąc jeszcze dym za sobą. Po wymieszaniu z różnymi zapachami deo powstaje mieszanka wybuchowa niemalże. Trudno ścierpieć te chwile z samego rana. Zniesmaczona spojrzałam na mojego chcąc nie chcąc towarzysza podróży. Na szczęście już nie próbował więcej zagadywać.
W pracy dzień minął jak co dzień, bez sensacji. Ale współpracownicy pewnie odczuli moje poranne rozdrażnienie. Ale co tam, nic to, byle by do przodu, ech...Tylko tak jakoś ciągle czegoś brak, smętnie, nijak. Może dzisiaj znów wrócić na pieszo do domu? Ech...Moje nogi nie pozwolą...- zastanawiałam się nad zmianą czegokolwiek w tej monotonii idąc na przystanek.
Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę z dołu. Mieszka sama, czego nie da się nie zauważyć, bo mówi, i to głośno, sama do siebie. W niedzielę zawodzi nucąc mszalne pieśni, co latem, przy otwartych oknach, sluży za budzik. Nie mam jej wcale tego za złe, bo jest sympatyczną, pełną energii jeszcze, siedemdziesięcioparoletnią kobietką niskiego wzrostu. Za każdym razem, jak ją widzę, to czuję się zażenowana, bo zdarzyło mi się ją dwa razy zalać, to znaczy narobiłam jej śladów na suficie, bo mi wąż od pralki podczas prania wyskoczył. Oczywiście nie pozostawiłam tej sytuacji bez rekompensaty za poniesione przez nią koszty malowania.
- Dzień dobry pani Halinko - przywitałam się.
- Dzień dobry, już po pracy? - zapytała
- Tak, jeszcze muszę pójść do sklepu. Nie wie pani, czy Żabka na przeciwko jeszcze czynna?Wezmę tylko pieniądze, bo rano wyszłam bez głowy, zostawiłam portmonetkę na stole.
- Zdaje się, że jest czynna do godziny 20 - odpowiedziała. - A znalazł się Adasia rower? To nieprawdopodobne, żeby z boksu ukradli. To musiał być ktoś z lokatorów. Chyba, że ktoś zostawił drzwi otwarte. Mogła pani zgłosić kradzież na policji - zagadnęła mnie przy tej okazji szybko, zanim zdążyłam wejść na półpiętro.
- Nie pani Halinko, to nie miałoby sensu. Zresztą, czy na prawdę chciałaby pani, żeby policja niepokoiła wszystkich lokatorów? Na pewno bez tego by się nie obeszło. Ja też nie chciałam wzniecać sensacji. Pewnie narobiłabym sobie tylko wrogów. Ale szkoda roweru, nie wiem, czy w najbliższym czasie będzie mnie stać na kupno nowego, a wakacje tuż tuż. Ech, pech to pech...
- Może pani zajdzie do mnie kiedyś na kawę lub herbatkę, siedzę sama...- zapytała niepewnie.
- Dziękuję, może kiedyś wstąpię. Ale wie pani jak to jest. A serniczek smakował? - i już nie usłyszałam odpowiedzi, śpiesząc się do domu.
Nie nadaję się do pogaduszek na korytarzu. Ale przyznaję, że chętnie bym wysłuchała opowieści sąsiadki o jej życiowym dramacie, jakim było zesłanie jej wraz z rodzicami na Sybir. Dużo ma do powiedzenia, może dlatego tak chce nawiązać znajomość z młodszymi od siebie. Nie wie, że ja wiem o tamtych czasach też dużo, z opowieści mojej rodziny. Zdziwiłaby się, to pewne. Mija się ludzi i się nie wie przecież czym się zajmują, jaką mają przeszłość, co mają na sumieniu lub jakie mają zasługi. Lubię ludzi, a czuję się samotnie. Czy coś ze mną jest nie tak jak trzeba? Co ja wymyślam, zaraz wróci Adaś i wszystkie głupie myśli odgoni, jak zwykle.
- O kurczę, zapomniałam zajrzeć do skrzynki - pomyślałam głośno biorąc portmonetkę ze stołu. No tak, nic nie zjedzone. Nie wiem, czym ten chłopak żyje cały dzień. Niech no tylko wróci, to mu nagadam, że hej. Ech...


C.d.n.

(2) | dodaj komentarz
Za cenę biletu - Część druga rozdział 2
niedziela, 06 lipca 2008 14:48
**

"Za cenę biletu"
Część druga
rozdział 2


„ Motorowe monstrum”



Następnego dnia przespałam budzik. Zerwałam się szybko z łóżka i już cały dzień w pracy miałam taki porozrywany. Byłam po tym poniedziałku bardziej zmęczona niż po całym tygodniu. To chyba przez niedzielne wrażenia. Miałam ochotę wrócić do domu na pieszo. Obiad dla Adama był w lodówce, więc nie miałam powodu się śpieszyć, zresztą, miał wrócić z wycieczki pod wieczór.

Pierwszy raz wracałam inną niż zwykle drogą. Przeszłam przez centrum, okolice dawnego Dworca Świebodzkiego i już prosto ulicą w kierunku Nowego Dworu. No i nie był to dobry wybór, bo ruch był bez przerwy. Jednak nie obyło się bez, można tak powiedzieć, przygody. Przechodząc obok zakładów „MERCEDES” natknęłam się na niespotykany okaz, zjawisko, które do tej pory mam przed oczami. Z nie do wytrzymania głośnym warkotem silnika wyjeżdżał z zakładu motor, raczej maszyna, której nie umiem odpowiednio nazwać. To było jakieś czterokołowe monstrum z wąsami z przodu. Kierowcą okazał się mężczyzna w sile wieku, który na moment zatrzymał na mnie swój przenikliwy wzrok, może dlatego, że stanęłam jak wryta na środku przejazdu za szlabanem, który właśnie się podnosił, a ja nie mogłam zrobić kroku dalej. Może to było celowe z mojej strony, a może podświadomie chciałam zyskać na czasie, aby przyjrzeć się temu zjawisku – maszynie i osobnikowi w błyszczącej czarnej skórze, kasku i zajrzeć mu w oczy, bo jeszcze nie zdążył założyć dużych ciemnych motorowych okularów. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyzwał mnie w tamtym momencie od głupich bab lub jeszcze dosadniej, a nawet przejechał. On jednak uciszył silnik, spojrzał na mnie i półgębkiem, ale jakże uroczym i powalającym uśmiechem mnie pożegnał, wolno mijając.
Moja romantyczna dusza w tamtej chwili podeszła pod gardło. Już przez resztę powrotnej drogi do domu jego ogniste spojrzenie wisiało na mnie. Wyobrażałam sobie, że siedzę za nim i jadę w siną dal, przed siebie, z wiatrem lub pod wiatr, nie byłoby ważne gdzie. Jak sięgam pamięcią do tamtej chwili, to się zastanawiam, czy tamte oczy równie ogniste byłyby bez takiej maszyny? Może nawet jest przeciętnym, nieciekawym mężczyzną, ale na takim motorze jego widok zapierał dech w piersiach.
Wracając wolnym krokiem, w domu byłam dopiero około godziny 19. Adama jeszcze nie było. Dopiero po zdjęciu butów poczułam, jak bardzo mnie bolą nogi. Przebrałam się i z zamiarem zbawiennej kąpieli przygotowałam obiad na stole dla Adama, gotowy do podgrzania w mikrofali.

- Otwarte, wejdź - krzyknęłam usłyszawszy dzwonek do drzwi i weszłam do łazienki.

Odkręciłam oba kurki nad wanną na duży strumień, aby szybko wskoczyć do wanny. Pomyślałam jednak, że syn chciałby pewnie skorzystać z łazienki, a ja miałam zamiar poleżeć trochę w ciepłej wodzie z dodatkiem kojących ziół.

Wychodząc z łazienki zamarłam.

- Co pan tu robi? - odezwałam się z przerażeniem, ujrzawszy stojącego w przedpokoju mężczyznę z jakąś torbą na ramieniu, w służbowym stroju. Był średniego wzrostu, lat około 50-ciu.

- Usłyszałem zaproszenie więc wszedłem – odparł obojętnie z nutką znużenia w głosie.

- Spodziewałam się syna o tej porze, proszę natychmiast wyjść, bo narobię takiego krzyku, że się panu odechce żartów – mówiąc to cofnęłam się lekko do łazienki z zamiarem uchwycenia czegoś w celach obronnych lub ewentualnego zamknięcia się w łazience przed złoczyńcą. Złapałam nożyczki leżące na wannie, którymi miałam zamiar przyciąć sobie włosy przed ich umyciem.

- Odzywałem się, że jestem. Niech pani szanowna nie wariuje. Mam już dość wrażeń na dzisiaj. Trzeba czytać ogłoszenia na klatce, a nie rzucać się na przyzwoitych ludzi z nożyczkami. Albo nie zapraszać obcych do domu. Oszalała pani?

- Więc co pan tu robi? - spytałam ponownie.

- Nie czytała pani ogłoszenia? Dzisiaj miał być pomiar liczników na wodę i ogrzewanie. Na dole jest tablica, na której spółdzielnia wywiesza ogłoszenia i różne takie inne sprawy. Na drzwiach głównych też jest ogłoszenie, przed klatką. Ślepy by zobaczył.

- Ach, przepraszam, jeśli to prawda. Mieszkam tu od niedawna. Wynajmuję tylko to mieszkanie. Nie przywykłam jeszcze do tych wszystkich lokatorskich spraw. Proszę bardzo, niech pan wykonuje swoje obowiązki - powiedziałam zażenowana, ale jeszcze z pozostałością furii w głosie, wskazując na łazienkę. Odczytał stan liczników na wodę i na grzejnikach w pokojach.

- Nie chce pani sprawdzić? Chyba nie tak od niedawna pani tu mieszka – wtrącił wzbudzając tym we mnie zakłopotanie i złość. Wychodził nie czekając na odpowiedź. Akurat w tym samym momencie wrócił Adam.

- Dobry wieczór panu - przywitał nieznajomego.

- Cześć Adasiu, już wróciliście? - poszedł - również nie oczekiwał odpowiedzi.

- Skąd znasz tego pana? - zwróciłam się nie bez zdziwienia do syna.

- To jest ojciec mojej koleżanki z klasy. Pracuje w spółdzielni.

- Do podstawówki też chodziła z tobą?

- Nie, teraz dopiero do gimnazjum chodzimy do tej samej klasy. Mieszka niedaleko, na tym samym osiedlu.

- Wiedziałeś, że dzisiaj mają odczytywać liczniki?

- Już dawno wisiało ogłoszenie, nie widziałaś?

- Ach, szkoda gadać. Wiesz, że prawie rzuciłam się na ojca twojej koleżanki z nożyczkami?

- No co ty, mamo? Co się stało? On jest w porządku. Nie znasz go z zebrań w szkole? Wiem, że czasem chodzi.

- Ja się nie rozglądam. Nie obserwuję ludzi, którzy mnie nie interesują, przecież wiesz. Myślałam, że to ty wracasz i wpuściłam go do mieszkania, a sama poszłam do łazienki. Woda głośno leciała i nie usłyszałam obcego głosu. Jak wyszłam, to się tak przeraziłam, że chwyciłam co miałam pod ręką.

- No ładnie. Teraz cała klasa będzie o tym gadać.

- Trudno. I jak było na wycieczce? - spytałam zmieniając temat.

- Wynudziłem się. Wycieczka jak dla małolatów. Jeszcze bardziej teraz nie lubię naszej wychowawczyni, bo robi z nas jakichś przestępców. Nic nie robimy złego, a ciągle jakieś pretensje. Jeszcze najlepsza to jest nauczycielka od informatyki. Ona przynajmniej coś próbuje działać i nie mówi do nas, jakbyśmy nic nie rozumieli.

- Zawsze się nudzisz, ciągle znudzony chodzisz. Nie rozumiem, jak można się nudzić – odpowiedziałam wyświechtaną już swoją śpiewką.

- Ale brałem udział w konkursie informatycznym, poszło mi całkiem dobrze.

- To super, przynajmniej z tego jesteś zadowolony. Zjedz teraz obiad, bo już i tak późno – powiedziałam wyciągając talerz z mikrofalówki.

- Czy wiesz, jak się nazywa taki motor, czteroślad, z kierownicą jak czułki czy rogi u skarabeusza? Widziałam dzisiaj takie dziwactwo, ale wspaniałą maszynę - zapytałam.

Poszłam od razu do łazienki wreszcie się wykąpać, bo Adam założył słuchawki na uszy i już w ogóle mnie nie słuchał. Ale przynajmniej jadł. I chyba usnęłam w wannie, bo zdążyła mi się pomarszczyć skóra na palcach i woda wystygła. Pogoniłam syna do mycia się, bo siedział już przy komputerze. Mnie się nawet nie chciało do niego zaglądać. Zajrzałam jeszcze przez okno zasłaniając story. Niebo było gwieździste, pewnie jutro będzie słoneczny dzień, choć rano zapowiadali przecież burze. Nigdy nie wiadomo z tą pogodą – pomyślałam głośno po czym ległam w pościeli prawie nieprzytomnie.



***

c.d.n.

(3) | dodaj komentarz
Część II rozdział 1
piątek, 02 maja 2008 21:45
***


" Za cenę biletu "
Część druga
rozdział 1


" Adam "



- Adam, jestem – oznajmiłam nieco za głośno, wchodząc do mieszkania. Nie usłyszałam odpowiedzi. Zdziwiłam się, że jest taki spokój, a spodziewałam się hałaśliwego powitania
- Adam, jesteś? - krzyknęłam zaniepokojona idąc w stronę jego pokoju. No i zastałam go ze słuchawkami na uszach przy komputerze. Podeszłam bliżej i zdjęłam mu słuchawki gwałtownym ruchem.
- Jejku, ale mnie wystraszyłaś! – teraz on krzyknął wystraszony rzeczywiście nie na żarty.
- Wiesz, że krzyczę już od 5-ciu minut? - trochę oczywiście przesadziłam – drzwi otwarte, mógłby ktoś ciebie okraść i byś nawet nie zdążył zareagować. Dlaczego nie zamykasz drzwi?
- A co ty tak długo byłaś? Czekałem na kuzynów i nie przyjechali, a mogłem pójść do kolegi. I w ogóle jestem głodny.
- A no właśnie. Chciałam się zapytać, czy byłeś cały czas w domu, bo widzę, że ich nie ma. I nie dzwonili? - to mówiąc zajrzałam na swoją komórkę.
- O cholercia....wyładowana...no tak. Pewnie próbowali i nie mogli się dodzwonić. Byłam taka zaaferowana cały czas, że nie zwróciłam uwagi – powiedziałam już łagodniejszym tonem z nutką skruchy w głosie.

Spojrzałam uważniej na mojego piętnastolatka, z trudem dostrzegając jego twarz spod kędzierzawej ciemnej czupryny. Miał znudzoną minę i był jeszcze jakby nieobecny duchem. Siedział rozparty szeroko na dopiero co kupionym fotelu. Tak ostatnio urósł, że długie szczupłe nogi ledwo mieszczą się pod biurkiem. Przeważnie trzyma je więc na biurku. Jest już, ach..., wyższy ode mnie. Zawsze, jak na niego patrzę, to mięknę. Jest tak urokliwym młodzieńcem... Ma w sobie coś z bohatera powieści Joanne Rowling, coś tajemniczego i wzbudzającego zaufanie zarazem. Jak tak stoję przy nim, nie mogę się oprzeć, aby nie potargać mu czupryny jeszcze bardziej. Tak było i tym razem. Nie bronił się.

- Ja też do ciebie dzwoniłem, załaduj komórkę – powiedział
- Dobrze już, zaraz zrobię ci coś do jedzenia. Ale mogłeś sobie wziąć sam, a nie czekać na mnie. Wszystko jest w lodówce – powtórzyłam to, co już wielokrotnie mawiałam, ale pewnie i tak mnie nie słyszał, bo już zdążył założyć słuchawki.

Lubię swoją kuchnię. Jest mała, ale ustawna, jasna i przytulna. Szkoda tylko, że gotowanie nie jest moją mocną stroną, ale jak już coś upitraszę, to cieszę się, jak smakuje. Komuś oczywiście, bo ja do smakoszy nie należę. Jem niewybrednie, ale nie lubię tłustych potraw i wieprzowiny. Tak sobie myślę, dlaczego nie jestem chuda przy takim żywieniu się. Choć, nie powiem, talię mam szczupłą, ale te uda, biodra, mogłyby być mniej wydatne. A biust? - o moja udręko! - jak tylko zaczynam mniej jeść, żeby stracić na wadze, to zaraz biust się kurczy. Jak zazdroszczę kobietom bez takich problemów...Ale w końcu i tak nie mam się komu podobać. Jak bym była zakochana, to pewnie od razu bym była piękniejsza. Czy jeszcze kiedykolwiek mnie to spotka? Jak na razie, to rozkoszuję się widokiem par zakochanych na ulicy, w parku jak jadę na rowerze...Lubię patrzeć na zakochanych, cieszy mnie ich widok. Ech...

- Ajajaj, Adam czeka, a ja tu się guzdram – gadałam sama do siebie.

Nałożyłam cały talerz pierogów i zaniosłam do jego pokoju.

- Mógłbyś zjeść w kuchni, a nie prawie na kolanie. Gdzie ci mam postawić? - postawiłam przed nim na biurku nie oczekując odpowiedzi i wróciłam pokrzątać się trochę po kuchni.

- Wiesz, Adasiu, Piotrek był niepocieszony, że nie przyjechałeś. Też siedział prawie cały czas przy komputerze. Poznałbyś rodzinę mojej koleżanki, ze Szwecji, o której nic nie wiedziałam - próbowałam zainteresować syna opowieścią o moich wrażeniach minionego popołudnia, jak przyniósł pusty talerz do kuchni.
- Co mnie obchodzą twoje koleżanki, co ty, mamo...zanudziłbym się na śmierć. A pamiętasz o mojej wycieczce ze szkoły? Do jutra trzeba zapłacić 70zł. Masz? Możesz mi dać? - zapytał

Wyjęłam z szuflady, gdzie trzymałam podręczne pieniądze na nagłe wydatki i dałam Adamowi.

- Pamiętam, pamiętam, masz tu jeszcze parę złotych na słodycze. Rano sobie kup coś na drogę. I nie siedź długo, idź wcześniej spać – powiedziałam łagodnie.

Jeszcze tak niedawno trzymałam go za rękę przed snem, bo lepiej wtedy usypiał. Ma takie ładne dłonie, długie palce, jak u pianisty. Już wyrósł i nie mam tej przyjemności, no cóż. Każdy wiek ma swoje prawa. Już niedługo zacznie się golić – pomyślałam z rozrzewnieniem i dopiero po dłuższej chwili wyszłam z zadumy.

Zadzwoniłam do kuzynki. Okazało się, że coś nawaliło w ich samochodzie, musieli dać do warsztatu i odłożyć wyjazd na kiedy indziej. Nawet się dobrze złożyło, bo byłam trochę zmęczona i szybciej niż zwykle chciałam pójść spać. Nawet nie miałam siły ani chęci przygotować sobie ubioru na jutro do pracy. Będę musiała wcześniej wstać. Nastawiłam budzik na godzinę 4:30. Zajrzałam jeszcze przez okno. Zapowiadała się spokojna gwieździsta noc. Nie było wiatru, a w oknach bloku naprzeciwko pomału gasły światła.



***

C.d.n.


(0) | dodaj komentarz
Część I. rozdział 6
niedziela, 16 września 2007 17:03
*****
"Za cenę biletu" -
Część pierwsza
rozdział 6
" Udo - dalej "


-Wybaczcie, że tak długo...Udo, dostaw taboret – powiedziała Jola kładąc tacę z filiżankami na stoliku – i zawołaj do nas Piotrusia, niech się oderwie na chwilę od tego komputera.

- Mówię Ci Ewuś, czasem mam ochotę zrezygnować z internetu, ciągle przy nim siedzi, wyłącza się zupełnie z rodzinnego życia, a na gadu-gadu ma chyba ze trzydzieści osób.

- Adaś też siedzi przy komputerze, ma jakieś ulubione gry, zupełnie się w nich nie orientuję, a on grając czuje się jak ryba w wodzie. Konkuruje z jakimiś graczami, chyba starszymi od niego, sądząc po ich konwersacji. Adam ma takie bogate słownictwo....Ciągle mnie utwierdza w przekonaniu, że jego gry są bezpieczne, bo widzi mój niepokój. Ja jednak ciągle się martwię.

- Mario, wspomniałaś coś o oczach Uda – napomknęłam, korzystając z jego nieobecności – czy to ma związek z wypadkiem, co się właściwie stało?

- Tak, z wypadkiem. Było upalne lato. Mama z ojcem wybierali się nad jezioro i chcieli, żeby Udo z nimi pojechał. Miał wtedy 24 lata. Akurat zakończył 4 rok studiów. Studiował filozofię. Miał jeszcze przed sobą tylko pracę magisterską. Ma prawo jazdy, ale mój ojciec, jak zwykle zresztą, upierał się, że sam będzie prowadził. Zawsze ze sobą rywalizowali. Niby na wesoło, ojciec nie godził się z przemijającym szybko czasem. Chciał być wiecznie młody i często sprawiał wrażenie silnego jeszcze mężczyzny. Lubił stwarzać takie pozory. Byli nad wodą cały dzień. Wracali pod wieczór, w porze największego ruchu, bo ludzie wracali z wypadów poza miasto w letni, słoneczny dzień. W pewnym momencie, stary opel zajechał mu drogę i to w miejscu, w którym nikt by się tego nie spodziewał. Ojciec szybko musiał podjąć decyzję, stuknąć w niego, albo skręcić na pobocze. W oplu byli pasażerowie, mogły to być dzieci, więc skręcił gwałtownie nie namyślając się, nie było nawet na to czasu, to były sekundy...Skręcił gwałtownie przy 80 – siątce. No i dachował dwa razy...Pobocze było spadziste i na ich szczęście bez drzew, bo pewnie byłoby po nich. Ojciec pamięta z tamtej chwili straszne uderzenie w głowę. I do tej pory...- tu Maria zamilkła widząc stojącego u progu werandy Uda.

- Tak, ciężko o tym mówić, przede mną obraz jest cały czas tak świeży, jakby to się działo niedawno – zaczął Udo widząc zdenerwowanie i ból na twarzy swojej mamy.

- Mamo, pozwól, że ja dokończę. Jola zrobiła tobie melisę, wypij, proszę, póki ciepła – i nie zwlekając podał Marii filiżankę z parującą herbatą. Twarz jej złagodniała momentalnie, odprężona pod wpływem łagodnego, troskliwego głosu syna. Wszyscy sięgnęli po swoje filiżanki, jakby tym samym chcieli zrobić sobie pauzę przed dalszą opowieścią

- Piotr za chwilę przyjdzie, tylko coś tam sobie dokończy – powiedział Udo.

Podnosząc filiżankę do ust, spojrzał przed siebie w dal, lecz nie wiedziałam, czy coś przed sobą widzi, czy tylko zawiesił swój wzrok na drzewach, przez których gałęzie przebijał się blask zachodzącego słońca.

- Tak...- powiedział przeciągle – cieszę się każdym promieniem słońca i każdą kroplą deszczu, bo mogłem już nigdy ich nie zobaczyć. Strzelały w nas jakieś odpadające odłamki. Trzaskały szyby. Widziałem przerażone oczy mamy...potem skrępowane poduszkami ciała... i nagle ostry ból lewego oka, całej głowy...trudno teraz powiedzieć, co było najpierw. W ułamkach sekund przebiegła najgorsza z myśli, że to koniec. Jednak nadal byłem wszystkiego świadom, choć ta świadomość wydawała mi się być nie z tego świata. Nic nie widziałem, a ból całego mnie przyćmił wszystkie dźwięki... tylko szum w uszach i jakieś dalekie, bardzo dalekie odgłosy...i to wszystko trwało bardzo, bardzo długo... – zamilkł, znowu wpatrzony w tylko jemu znaną dal.

- Zostaliśmy powiadomieni kilka godzin, chyba dwie do trzech, po wypadku. Okazało się, że rodzina z opla powiadomiła pogotowie – drżącym głosem mówiła dalej Maria. Pojechaliśmy z Iwem, moim mężem do wskazanego szpitala. Dowiedzieliśmy się, to już było po udzieleniu wszystkim najpotrzebniejszych zabiegów dla ratowania życia, że życiu syna nic nie zagraża, natomiast mama i ojciec byli wtedy jeszcze nieprzytomni, ze wstrząsem mózgu. Ojciec był długo nieprzytomny, miał ciężki uraz kręgosłupa, złamaną rękę i obie nogi. Po kilku tygodniach okazało się, że jest i będzie od połowy sparaliżowany. Mama miała silny uraz głowy i klatki piersiowej, przeszła w szpitalu zawał serca. Była bardzo drobna, delikatna, wrażliwa...ze szpitala wyszła po około 3 miesiącach. Ojciec po szpitalu był długo w zakładzie rehabilitacyjnym. Nic już nie było jak dawniej. Strach o życie mamy sparaliżował moje życie. Cały czas obawialiśmy się, że jej serce nie wytrzyma takiego obciążenia, takiej rozpaczy. Ciągle powtarzała, że gdyby nie namówili Uda na ten wypad, to miałby normalne oko, cierpiała widząc ojca w takim stanie, to wszystko było ponad jej siły. Przeszła drugi zawał, rok temu, którego nie wytrzymała... – tu Maria przerwała, bo żal ścisnął jej serce tak mocno, że już nie mogła więcej słowa powiedzieć i tylko mocniej zacisnęła szal wokół siebie.

- Bardzo cieszymy się, że jesteście. Jedyna radość, jedyne szczęście, jakie nas ostatnio spotkało. Może będziemy potrafili się jakoś z tym wszystkim pozbierać. Miałem na oko operację – i to mówiąc, Udo zdjął okulary.

Ukazała się twarz mężczyzny w całej okazałości. Blizna była widoczna, ale ogólny wyraz twarzy wskazywał na stanowczego, ale o dużej wrażliwości mężczyznę. Takie wrażenie miałam od początku, a blizna dodała twarzy więcej powagi i tajemniczości. Był przystojny w specyficzny, naturalny i nietypowy sposób. Zauważyłam, że poczuł się nieswojo.

- Wiesz Udo, że od początku intrygowały mnie twoje okulary – zwróciłam się do niego, przyglądając się z bliska jego oczom – i powiem ci, że jest w tobie tyle uroku osobistego, że wcale nie musisz zasłaniać oczu ciemnymi okularami, chyba, że przed słońcem. Mówię to zupełnie szczerze. Przeżycia dały ci się we znaki, zmieniły na pewno twoją osobowość, ale nie musisz tego ukrywać. Znajdziesz kobietę swojego życia prędko, bo jesteś bardzo interesującym mężczyzną.

W tym momencie Udo cofnął się w kierunku balustrady, jakby chciał uciec od dalszej rozmowy, a ja zwątpiłam, czy powinnam wtrącać swoje trzy grosze w tym temacie. Zawsze coś palnę, a potem żałuję. Czułam się jak członek tej rodziny, szczerość zawsze była moją domeną, z tego mnie znają, ale przez nią tak szybko uraziłam Uda.

- Pójdę zobaczyć, co robi Piotr, przecież obiecał przyjść, przepraszam – wymijająco i jakby od niechcenia powiedział Udo i wyszedł.

- Nie przejmuj się, Ewa – po dłuższej chwili i uspakajającym tonem odezwała się Maria, widząc moje zakłopotanie zaistniałą sytuacją – Udo miał narzeczoną, razem studiowali. Po wypadku długo nie mógł dojść do równowagi psychicznej. Muszę wam zdradzić, że Udo ma wstawione sztuczne oko. Przy bliższym spojrzeniu i w świetle dziennym jest to bardziej widoczne. Teraz jest zmierzch, więc chyba dlatego odważył się zdjąć okulary, a może ciekaw był waszej reakcji. Dobrze, że powiedziałaś, co myślisz Ewo. Trzeba o tym mówić, żeby się oswoił i zaakceptował siebie takim, jakim jest teraz. To jest bardzo dla niego ważne, dla jego przyszłości. Ma teraz właściwie tylko mnie, no i teraz również was, co mnie bardzo cieszy. Jego ojciec, Iwo, odszedł. Był za słaby, nie wytrzymał tej sytuacji, wybrał dla siebie łatwiejszą drogę. Nie zgadzał się też ciągle z moim ojcem. Z czasem to wszystko razem stawało się dla niego nie do zniesienia. My jednak musimy być silni, dla siebie nawzajem – zadziwiająco twardym w tym momencie głosem powiedziała Maria, zawieszając wzrok na szarzejącym już cieniu drzew.

- Zrobiło się już chłodno, może wejdźmy już do mieszkania – powiedziała Maria wstając.

Westchnęła jeszcze głęboko, jakby chciała zostawić troski wiatrowi na rozwianie. Pomogłam Joli zebrać filiżanki i razem wyszłyśmy z werandy. Po drodze oznajmiłam, że zrobiło się już dla mnie późno, bo powinnam wrócić trochę wcześniej do kuzynostwa, ale tak dawno się nie widzieliśmy i jeszcze tyle spraw pozostało do omówienia.

- Myślę, że może razem pójdziemy do Marysi, kiedy jej stan zdrowia na to pozwoli. Jak tylko będę mogła w czymś pomóc, to dzwoń natychmiast, proszę – zwróciłam się do Joli.

Pożegnawszy się ze wszystkimi, wyszłam przepełniona niespodziewanymi emocjami. Wyszłam z nadzieją, że rodzina Joli tak bardzo mi bliska, znajdzie jeszcze swoje szczęści i zazna spokoju, którego tak bardzo teraz im brak. Swoją drogą, dobrze by było, gdyby mogli na dłużej pozostać w Polsce. Zapomniałam się o to spytać. Ale, myślę, że wkrótce znowu się zobaczymy.

C. D. N.



(2) | dodaj komentarz
Część I, rozdział 5 -
sobota, 18 sierpnia 2007 7:45
***
Część I
rozdział 5
" Udo "


- Dobrze, że jesteś. Zrobiło mi się chłodno, czy mógłbyś przynieść mi szal, leży w małym pokoju - powiedziała Maria, zwracając się do syna.
Udo wyszedł bez słowa. Rzeczywiście zrobiło się już szarawo, mi jednak było gorąco i duszno.
- Przyjemnie tak posiedzieć na powietrzu, a nie w murach, taki przyjemny wieczór... - powiedziałam i nie czekając na odpowiedź, stanęłam przy balustradzie patrząc przed siebie, w dal.
- Tak... Jestem przyzwyczajona do chłodu, u nas klimat jest ostrzejszy, ale chyba jestem trochę przemęczona, albo zmiana klimatu, troski... - przymknęła oczy nie kończąc dalej.
Znowu twarz Marii przybrała smutny wyraz. Pomyślałam, że moment na zadawanie jej pytań nie jest odpowiedni, ale po chwili odezwała się już tonem bardziej ożywionym.
- Udo jest dla mnie wszystkim. Teraz Bóg obdarzył mnie jeszcze siostrą. Nie wiem, czy to nagroda, czy raczej kara, że tak długo zwlekał...Jakie to okrutne, że przeżyłam całe swoje życie, nie wiedząc o jej istnieniu...tyle straciłam...myśl ta nie daje mi spokoju... - znowu przymknęła oczy milcząc przez chwilę, a jej brwi tak się ściągnęły, że złączyły się w jeden łuk.
Poczułam się bezradna, nie znajdując w tej chwili żadnych dla niej słów pocieszenia... chyba nawet na nie nie czekała. Podeszłam tylko i przykucnęłam przy niej, jakby była dla mnie kimś bardzo bliskim...Wobec jej szczerych słów, wyrazu twarzy, nie mogłam pozostać obojętną.
W tym momencie Udo przyniósł szal, troskliwie przykrył nim nogi Marii i widać było, że nie robił tego pierwszy raz, po czym stanął obok niej przy balustradzie. A moją uwagę zwrócił gest, jaki uczyniła Maria w tamtej chwili. Otóż, wzięła frędzlowaty jeden róg szala i owinęła nim swoją lewą dłoń, a zrobiła to niezwykle dokładnie, nie pozostawiając ani jednego frędzla bez swojej opieki, układając je równolegle wokół dłoni.
Spojrzałam na Uda niepewnie, ale krótko, aby ukryć swoje zaskoczenie. Podniosłam się i usiadłam na taborecie.
- Pomogę Joli przynieść herbatę - powiedział Udo i wyszedł z werandy.
- Udo, jak pewnie zauważyłaś, pięknie mówi po polsku, ale był tu tylko dwa razy. Pierwszy raz po wypadku, a drugi raz, jak zmarła moja mama. Miała na imię Anna - i tu Maria mocniej zacisnęła szal wokół swojej dłoni.
- Więc jego wszystkie przyjazdy do Polski związane były z tragediami w naszej rodzinie. Teraz jest inaczej, bo poznam swoją siostrę. Już się nie mogę doczekać...Musi jednak nabrać sił i dobrze by było, żeby Jola ją na to spotkanie przygotowała - mówiąc to spojrzała w okno na werandzie, przez które widać było część salonu.
- Jola też jeszcze nie zna całej naszej historii, jeszcze nie zdążyłam jej wszystkiego opowiedzieć, ale już wie, że Marysia i ja mamy tego samego ojca. Nasz ojciec długo nie mógł dojść do siebie po wypadku, do którego doszło osiem lat temu, potem zmarła moja mama i dopiero po jej śmierci oznajmił mi, że mam w Polsce siostrę, o takim samym imieniu. Gdyby mama o tym wiedziała, na pewno by mi powiedziała. Nie mogłaby mi zrobić czegoś takiego... zataić przede mną takie coś... nie mieści mi się w głowie, jak taka tajemnica mogła się tak długo zachować. Pewnie ojciec chciał przez to, z jakichś chyba tylko sobie znanych powodów, chronić moją mamę...teraz ma sparaliżowane obie nogi, długo po wypadku był nieprzytomny. Załamał się zupełnie, jak zmarła moja mama... Udo także, jak zauważyłaś, ma ślad po wypadku. Najgorzej jest z jednym okiem... - tu Maria zamilkła, widząc przez okno nadchodzących z herbatą.
***


C.d.n.

Koniec części I, rozdział 5

>>>

(4) | dodaj komentarz
Za cenę biletu: Część I, rozdział 4
sobota, 11 sierpnia 2007 18:02
***
Część I
Rozdział 4
" Pani Maria "

Idąc z Jolą w kierunku werandy, zerknęłam za siebie, czy Udo idzie za nami. Ale on zajął moje miejsce na sofie, z wyraźnym zadowoleniem.
Jola rozsunęła śnieżnobiałą firankę i...ku mojemu zdziwieniu...stanęłam jak wryta przed nieoczekiwanym widokiem. W jednej chwili zapomniałam o celu mojego tu wtargnięcia. Przede mną rozpościerał się krajobraz minionego już dużo wcześniej wieku. Widok zielonego wzgórza, okolonego błyszczącą w zachodzącym słońcu fosą, na którego szczycie wynurzała się pośród wysokich, rozłożystych i rozmaitych drzew strzelista wieża kościoła, poraził mnie swoją niezwykłością.
- Nie spodziewałam się, że za tą komnatą, że za sklepieniem starej werandy ujrzę taki obraz! - rzekłam niepoprawnie, zamiast przywitać się najpierw z panią Marią.
- Tak, o tej porze, przy zachodzie słońca, nie chce się wracać do wnętrza - powiedziała Jola. Stała ze mną przy kamiennej balustradzie jeszcze przez chwilę - Nasz budynek zachował się jako jeden z niewielu z dawnej świetności. Z drugiej strony stoją już równymi rzędami wielopiętrowe bloki, takie same, jak setki tysięcy innych, z tą samą ilością balkonów i okien. A my tu mamy taką dużą werandę...
Po czym, natychmiast sprowadziła mnie na ziemię.
- To jest Ewa, moja przyjaciółka - objęła mnie ramieniem obracając do tyłu .
- Poznaj mamę Uda i siostrę mojej mamy, Marię - powiedziała Jola zwracając wzrok ku siedzącej w wiklinowym, bujanym fotelu kobiecie.
W tym miejscu, po raz któryś już z kolei tamtego dnia, zaniemówiłam. Stałam przed uderzająco podobną do Marii, którą znałam przed kilkunastoma laty, jej siostrą. Nie miałam pojęcia, że ma siostrę. Nigdy o niej nie słyszałam. Pojęłam, skąd to podobieństwo w głosie. Patrzyłam na nią i jakby się zatrzymał czas. Owszem, lekko posiwiałe włosy dały znać o nieuchronnym upływie lat, ale cerę miała niezwyczajną, nietutejszą.
- Witam serdecznie panią. Jestem Ewa. Proszę wybaczyć moje zaskoczenie. Tyle naraz niespodzianek...
- Nie dziwię się. Ja sama jestem jeszcze w szoku. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że mam przyrodnią siostrę, która mieszka w Polsce. Czuję się odpowiedzialna za to, że Marysia znalazła się w szpitalu. Odebrała na poczcie list polecony ode mnie, informujący o moim przyjeździe, no i ... chyba przeze mnie zasłabła. Mogłam najpierw odczekać jakiś czas...nie mogłam dłużej usiedzieć na miejscu...Czekam cały czas przy telefonie na informację ze Szwecji, bo tam z kolei wszyscy zaskoczeni byli moim nagłym wyjazdem. Nie zdążyłam załatwić wielu spraw do końca... Mogłam trochę odczekać...teraz...Mam nadzieję, że Marysia szybko dojdzie do zdrowia...Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby się coś stało...
Po tym potoku słów niepewności, obaw, zawiesiła zamglone, jakby niewidzące spojrzenie na oddalonych drzewach...
- Ale z drugiej strony, bardzo się cieszę, że podjęłam szybką decyzję, że tu jestem, że wkrótce zobaczę swoją jedyną siostrę.
- Zrobię teraz herbatę, a wy sobie porozmawiajcie chwilę beze mnie - to mówiąc Jola dostawiła do okrągłego, trójnożnego stolika dwa, również wiklinowe jak fotel, taborety.
- A Udo nie usiądzie z nami? - zapytałam wychodzącą przyjaciółkę, ale chyba nie usłyszała. Chwilę dyskretnie przyglądałam się pani Marii.
Po ubiorze było od razu widać, że jest cudzoziemką, że lubi raczej ubierać się na sportowo, ma dzięki temu, może dzięki właśnie takiemu stylowi, młodzieńczy wygląd.
- Długo już pani z synem jest w Polsce? - zapytałam, jakbym nie mogła się domyśleć, że nie dłużej, jak tydzień.
- Od dwóch dni. Ale proszę, mówmy sobie po imieniu. Będzie mi bardzo miło - zaproponowała, a jej zafrasowana do tej pory twarz, rozjaśniła się przyjaznym uśmiechem.
- Cieszę się, bo mam tyle pytań, tyle jest niewiadomych dla mnie w tej całej sprawie... Będę wdzięczna, jak trochę mi o sobie opowiesz, może będę mogła też w czymś pomóc... Tak wiele spraw wydarzyło się naraz dla wszystkich. Jestem tak poekscytowana...
W tej chwili zajrzał do nas Udo, dalej w swoich przyciemnionych okularach. Teraz, w świetle dziennym, wydało mi się, że jest młodszy, niż mi się wcześniej wydawało. Dałabym mu jakieś 32 lata, nie więcej. Szeroka, jeszcze wygladająca na świeżą, blizna wzdłuż prawego policzka, wchodząca swym końcem na podbródek, dodawała mu powagi i tajemniczości. Jednak w moim odczuciu, ten znak szczególny, jeszcze tak wyrazisty, wcale nie pozbawiał tego młodego mężczyzny uroku. Miał w sobie coś szczególnego, coś co budziło ciekawość, a nawet w jakimś sensie podziw dla jego postaci, dla jego gestów...Może sprawiały to przyciemnione okulary, z którymi się nie rozstawał, co wzbudzało moje zniecierpliwienie?

***
Koniec rozdziału 4, części I

C.d.n.
W następnym odcinku: niektóre opowieści zza morza.
...



(2) | dodaj komentarz
Część I, rozdział 3
środa, 08 sierpnia 2007 0:00


Rozdział 3

" Rodzina Joli "

W przedpokoju wisiało duże lustro i dające się od razu zauważyć, oryginały obrazków, namalowanych - może... - przez kogoś z domowników.
- Proszę Ewuniu, poznajcie się - to jest Udo.
Stanął przy mnie wysoki, o blond włosach, przystojny mężczyzna, w koszuli w drobną, czerwoną kratkę. Nie mogłam zobaczyć koloru oczu, ani spojrzenia, którego w tej chwili bylo mi brak do ogólnej jego oceny, bo zasłaniały je przyciemnione okulary. Mógłby je zdjąć, przynajmniej przy przywitaniu się - pomyślałam. Podaliśmy sobie dłonie, bez serdecznego uścisku, jakby trochę powściągliwie, ale przynajmniej się uśmiechnął, wymawiając swoje imię z obcym akcentem. Poznałam głos z domofonu.
Weszliśmy do salonu.
- A to na pewno Piotruś - przywitałam się z chłopcem, sięgającym mi do pasa. Jego wesoła, uśmiechnięta buzia rozjaśniła moje pierwsze wrażenie. Objęłam go ramieniem i przytuliłam, choć wiem, że chłopcy tego nie lubią, ale nie stawiał oporu.
- A Adaś nie mógł przyjść? - zapytał.
- Piotr zna was z moich opowieści. Jak się dowiedziałam, że przyjeżdżasz, to mu co nieco opowiedziałam. Czekał na twoją i Adasia wizytę z niecierpliwością - oznajmiła Jola z nutką zawodu w głosie.
- Może następnym razem przyjdzie - powiedziałam wręczając chłopcu czekoladki - Wybacz mu dzisiaj, bardzo chciał ciebie poznać, ale do jego dziadków przyjechał jego kuzyn, rówieśnik, nie chciałam zostawiać go bez towarzystwa Adasia, na którego on też czekał.
- A, gdzie jest twoja mama? - zwróciłam się do Joli, rozglądając się po pokoju.
- Niestety, Ewuniu, mamę odwieźliśmy w zeszłym tygodniu do szpitala.
- Jak to, przecież rozmawiałam z nią przed moim przyjściem do was?
- No właśnie, to była mama Uda. Zaskoczona była, z jaką serdecznością mówiłaś do niej, jeszcze jej nie znając. Ona też ma na imię Maria. Ale opowiem ci o niej innym razem - to mówiąc kierowała mnie w kierunku werandy, znajdującej się w głębi dużego salonu, podtrzymując lekko moje przedramię.
- Miała przez telefon bardzo podobny głos do twojej mamy.
- Tak, są też do siebie uderzająco podobne.
- Poczekaj - zatrzymałam się, widząc przy tym, że Udo szedł śladem za nami, niestety dalej w tych nieszczęsnych okularach - Powiedz mi najpierw, co z mamą? Dlaczego jest w szpitalu?
- Nie martw się, nic poważnego - przytuliła mnie, widząc moją zafrasowaną minę - W miarę nic poważnego, bo w tym wieku nigdy nie wiadomo, co i jak się może potoczyć dalej. Więc ...
- Ale, co właściwie mamie jest? - spytałam uparcie, już nieco uspokojona.
- Mama spadła ze schodów. Całe szczęście, że na naszym półpiętrze, już przy naszych drzwiach, bo mogliśmy usłyszeć jej wołanie o pomoc. Z sąsiadami różnie bywa. Tutaj raczej nikt się nikim nie interesuje. To nie to, co kiedyś... W tamtym domu było zupełnie inaczej. Teraz można tylko wspominać...- i tu Jola, spuszczając głowę, na chwilę zaniemówiła.
- Ale, wracając do mamusi. Jak wybiegłam przerażona z mieszkania, a za mną Piotruś, to w tym samym momencie mama straciła przytomność. Jak mnie zobaczyła , głowa jej opadła uderzając o stopień schodów. Mówię ci, to był szok. Nie wiedziałam, czy wracać z powrotem do mieszkania i dzwonić na pogotowie, czy zbiec do leżącej bezwładnie mamy. Ułamki sekund mogły zaważyć przecież na jej życiu! Krzyknęłam do Piotra - Dzwoń na pogotowie! Na szczęście wiedział, jak się dzwoni i co trzeba powiedzieć.
Tu Jola spojrzała czule na Piotra, przysłuchującego się naszej rozmowie.
- U niego w pokoju powiesiłam kartkę z najważniejszymi numerami telefonów, bo zostaje sam w domu, jak wychodzę do pracy. Kiedyś mi powiedział, że w szkole też mieli przeszkolenie w tym kierunku. Uczyli ich też, jak się udziela pierwszej pomocy. Więc zadzwonił. Ja przycupnęłam przy mamie i bałam się cokolwiek ruszyć. Podparłam tylko głowę ręcznikiem, bo akurat wybiegłam z łazienki, myłam ręce, jak mama krzyczała. Zobaczyłam, że jest tętno. Coś mówilam do mamy... Za chwilę, prawie że natychmiast, przyjechało pogotowie - tu znowu spojrzała na syna z dumą.
- Szpital jest niedaleko. Też na szczęście...- westchnęła - Wiesz, poczekajmy chwilę, zanim przywitamy się z mamą Uda. Muszę dojść do siebie. Nie chcę być przy tej chwili taka zdenerwowana. To wspomnienie budzi we mnie tyle jeszcze świeżych emocji...
Po prawej stronie od drzwi stała, obita skórą w kolorze ciemnej wiśni, sofa. Usiadłyśmy na niej w milczeniu, dając wszystkim czas na rozluźnienie atmosfery. Spojrzałam na obraz wiszący na ścianie na przeciwko nas. Znowu pomyślałam, jak w przypadku tych miniaturek, które wisiały w przedpokoju, że nie był on zakupiony w sklepie. Obraz przedstawiał młodego mężczyznę, stojącego przy rowerze, trzymającego jakiś przedmiot..., coś w rodzaju pompki? Tak, to jest pompka do reweru - pomyślałam i już chciałam wypytać Jolę o postać z obrazu, ale w tym momencie doszły do nas odgłosy z werandy. Jola wstała z sofy.
- Chodź, Ewuniu, przywitamy się z Marią, już na nas czeka niecierpliwie.

***
Koniec części I rozdział 3

C.d.n.


(0) | dodaj komentarz
"Za cenę biletu " - cz.I , rozdział 2
niedziela, 05 sierpnia 2007 8:13

Rozdział 2

" Spotkanie po latach "

Dzisiaj jest trochę chłodniej, niż wczoraj, na szczęście. Wczoraj była taka duchota, że trudno było wytrzymać. Lato tego roku nie zawodzi, jak na razie. Ale Wrocław się zmienił..., nie do poznania...odmłodniał. To tak jak ja - myślę sobie. Wszyscy mówią mi, że odmłodniałam. Ciekawe, co powie moja, od dawna nie widziana, przyjaciółka.
Zaraz, czy ja dobrze idę? - myślę sobie, idąc w stronę widocznej z daleka reklamy telefonu komórkowego IDEA. Z opisu Joli wynikało, że w tym miejscu powinna być restauracja "Cichy kącik"...idę dalej, mijam aptekę...o, jest, całkiem, całkiem..., rzeczywiście "cichy". Przystanęłam chwilę, bo pomyślałam, że może kupić jakieś kwiatki dla pani Marii, tak dawno już jej nie widzialam...Zawsze się cieszyła, jak jej coś przyniosłam, że też o tym wcześniej nie pomyślałam... Gdzie tu teraz kwiatki kupić?
- Przepraszam bardzo, nie wie pani, gdzie tu może być jakaś kwiaciarnia? - zagadnęłam przechodzącą obok kobietę w zielonym, śmiesznym jak dla mnie, słomianym kapelusiku.
- Zaraz, gdzieś tu widziałam... - przystanęła chwilę się rozglądając.
- Acha, musi pani się wrócić przejściem podziemnym, po drugiej stronie skrzyżowania jest kwiaciarnia, tylko trochę dalej, koło szpitala, tam zawsze jest otwarta, w niedzielę też, bo do szpitala ludzie kupują. Proszę przejść i tam dalej się pytać o szpital, to będzie łatwiej - odpowiedziała uśmiechając się koncikiem ust.
- Dziękuję pani bardzo, a w tą stronę raczej nie ma co iść za kwiatami? - zapytałam nie zmieniając swojego pierwotnego kierunku.
- Raczej nie, dziś niedziela, tu, w pobliżu, tylko delikatesy są otwarte, za rogiem ulicy - rzekła wskazujęc ręką.
- Jeszcze raz dziękuję, do widzenia - przyspieszyłam kroku przypomniawszy sobie o moim już spóźnieniu.
Nie mam wyboru, gapa ze mnie - pomyślałam - kupię kawę, albo jakąś bombonierkę...Za rogiem ulicy rzeczywiście był otwarty sklep spożywczy, delikatesy. Kupiłam pospiesznie i wróciłam do miejsca, gdzie był "Cichy kącik". Teraz, za kawiarenką miałam skręcić w uliczkę na prawo..., cały czas mijałam jakoś tak dziwnie ospale wyglądających ludzi...to te upały... jest Wiśniowa. No, nareszcie. Nawet ładne miejsce, jak na środek miasta...zielono, no, ale to przecież Wrocław, mój kochany Wrocław - pomyślałam z rozrzewnieniem... Gdzie ta Wiśniowa 4 ? No, jest.
Stanęłam przed klatką dobrze, solidnie wyglądającego, choć już nie nowego, bydynku. Po powodzi w 1997r., która dotknęła to miasto w większej jego części, szczególnie dotkliwie sam środek miasta, wiele budynków zostało już odnowionych, bądź z konieczności, wobec zagrożenia zawaleniem, wyburzonych. Często całe ciągi poszczególnych budynków lub ich segmenty były przeznaczane do natychmiastowego, gruntownego remontu. Budynek, w którym mieszkała moja przyjaciólka, też był po remoncie, to było widać. Nacisnęłam guzik domofonu.
- Dzień dobry, to ja - odpowiedziałam swojsko głosowi myśląc, że domownicy już na mnie czekają. Głos był mi nieznany. Zwątpiłam, czy nacisnęłam właściwy guzik, licząc je kolejno od góry, ale w tym momencie głos, męski głos, odpowiedział:
- Dzień dobry, pani Ewo, proszę, prosimy bardzo - usłyszałam, po czym zabrzmiał metaliczny dźwięk domofonu.
Drzwi się otworzyły. Weszłam na jasną, czystą klatkę schodową i schodami zaczęłam wspinać się do góry, myśląc o swoim roztargnieniu, bo zapomniałam - gapa już poraz któryś z kolei! - o okularach do czytania. Teraz na drzwiach nigdzie nie ma już wizytówek, nawet nie zawsze są numery. Co, mam je kolejno liczyć?.
Moją rozterkę rozwiał dźwięk otwierających się na górze drzwi. Pomyślałam, że to na moje powitanie, a po chwili usłyszałam, tym razem kobiecy i dobrze mi znajomy głos.
- Proszę Ewuniu, tutaj, proszę. Jak się cieszę...
- Cześć Jolu, wreszcie się spotkałyśmy. Tyle mam Ci do powiedzenia...
Po serdecznych uściskach, po wzruszeniu, które do tej pory pamiętam...
- Proszę, wejdź, poznaj moją rodzinę, tych, których jeszcze nie znasz, proszę - powiedziała Jola obejmując mnie serdecznie ramieniem i wprowadziła w progi swojego mieszkania.

c.d.n.
***






(2) | dodaj komentarz
"Za cenę biletu " - cz.I , rozdział 1
piątek, 03 sierpnia 2007 20:36
*****

WITAM CIEBIE DROGI CZYTELNIKU !
Niektóre wydarzenia i postacie opisane w tej opowiastce są prawdziwe, a niektóre są wytworem mojej wyobraźni. Ich ocenę pozostawiam Tobie.



Tytuł: " Za cenę biletu "
Część pierwsza
Rozdział 1
" Nieznajomy z autobusu "


- Jak to, nie ma pan biletu? Dzisiaj niedziela, kiosk był zamknięty! - mówię do kierowcy autobusu, choć mam wrażenie, że do słupa.
- Mogła pani kupić sobie w sobotę - odpowiedział usłyszawszy moje ciężkie westchnienie.
- Jaki pani potrzebuje? - usłyszałam obok.
- Za dwa złote - odpowiedziałam, podchodząc do siedzącego za stanowiskiem kierowcy, mężczyzny.
Nieznajomy podał mi bilet, a ja wyciągnęłam rękę w jego kierunku z wcześniej już przygotowaną monetą.
Spojrzałam na pasażera i w tej samej chwili autobus szarpnął niespodzianie. Zachwiałam się mocno i nie trzymając się niczego, chciałam się choć powietrza złapać i jak nie trzasnę łokciem w głowę siedzącego obok mężczyzny.
- Bardzo przepraszam! Ten kierowca chyba specjalnie przyhamował! Co za piernik stary! - burknęłam oburzona.
- Niech pani już siada lepiej - powiedział mężczyzna, próbując ustąpić mi miejsca.
Wtedy kątem oka zauważyłam, że poprawia sobie okulary, jedną ręką, bo drugą starał się utrzymać jakąś paczkę, chyba ciężką, bo podniósł ugiętą w kolanie nogę, jakby chciał podepszeć pakunek. Już chciałam usiąść na jego miejscu, ale widząc jego niezbyt dobrze skrywany grymas na twarzy i jego niezgrabną pozycję, cofnęłam się do tyłu.
- Proszę pana, proszę usiąść, bo panu ciężko, zresztą i tak niedługo wysiadam.
- Ależ...- odparł z dającą się odczuć ulgą i usiadł.
Był mężczyzną w średnim wieku, około 50-tki, szatyn z lekko posrebrzoną czupryną w okolicy czola i skroni.
- Szkoda, że nie ma w autobusach automatów z biletami. Że też jeszcze nikt takiego sprytnego urządzenia nie wymyślił od czasu, jak zlikwidowano etaty konduktorów - zagadnęłam nazbyt sarkastycznie. Spojrzałam jednocześnie w lusterko kierowcy i spotkałam się z jego spojrzeniem. Zorientowałam się, że mówię za głośno.
- Tak, przydałoby się coś takiego, z pewnością - odpowiedział mężczyzna jakby łagodniejszym tonem.
- Kiedyś, jadąc też w niedzielę, byłam w podobnej sytuacji, ale nie chciałam niepokoić kierowcy i zapytałam o bilet pasażerów. Nikt jednak nie miał zapasowego biletu, więc jechałam na gapę i pech chciał, że wsiadł "łapiduch"...no i najadłam się wstydu.
- Ja mam kartę na autobusy i tramwaje i mam z tym spokój - odparł mężczyzna.
- No, jak ktoś często korzysta z komunikacji miejskiej, czy dojeżdża codziennie do pracy, to mu się opłaca. Ja najczęściej jeżdżę swoim Gackiem, ale jakiś baran na parkingu przy TESCO zahaczył o zderzak i zbił tylny reflektor.
- Co za pech za pechem... - nie dokończył...
-To już mój przystanek, przepraszam, do widzenia panu - powiedziałam i uśmiechnęłam się do nieznajomego kończąc autobusową konwersację,
Wysiadłam z autobusu i zdałam sobie sprawę z tego, że przez kierowcę, chyba właśnie przez niego, nie zapłaciłam w końcu za bilet. Niestety, autobus już ruszył ...
- Może kiedyś go rozpoznam, to oddam - pomyślałam prawie głośno i z pewną obawą. Wyciągnęłam z małej torebki, wiszącej po przekątnej wzdłuż tułowia, komórkę i spojrzałam na godzinę.
- Kurczę pieczone, już 16:20, cholera, jestem spóźniona...- pomyślałam głośno i pospieszyłam w kierunku podziemnego przejścia. Lubię miasto w niedzielę, nie ma aż takiego tłoku, jak w dzień pracy. Mogłam zadzwonić jeszcze z domu, że trochę się spóźnię.
- Dzień dobry pani Mario, pozdrawiam panią serdecznie, jak zdrówko?...dobrze?...no to się cieszę. Byłam umówiona z Jolą na godz.16:00, czy jeszcze na mnie czeka?...Tak?...no to świetnie...nie, proszę jej nie wołać, tylko, jakby pani mogła jej przekazać, że już idę...właśnie wysiadłam z autobusu...zaraz będę. Do zobaczenia.