Odpowiedzi

2010-02-05T21:35:33+01:00
Fragment pamiętnika Papkina [A. Fredro ''Zemsta'']
Dziś rano mój patron, cześnik Raptusiewicz [złote serce, ale gorąca głowa] zlecił mi niezwykle ważną misję. Miałem udać się do naszego sąsiada Rejenta z wyzwaniem na pojedynek. Zamilczę o przyczynie zwady i moich wspaniałych triumfach w walce ze zgrają Rejenta. Powiem tylko, że nikt inny lepiej nie nadawał się do roli posła, niż ja, Papkin - mistrz wymowy i wzór męstwa. Jednak przyznać muszę, że przed samym wejściem do jaskini zbójcy nawet mnie, nieustraszonego kawalera przeszedł dreszcz.
Kiedy wszedłem, stary szlachciura mamrotał coś do siebie i właśnie opróżniał butelkę wina. Zażądałem też zaraz jednej dla siebie, ale sknera dał mi jakiś cienkusz. Z grzeczności, aby nie obrazić gospodarza, wypiłem więc do dna, ale potem paliło mnie okrutnie w żołądku, tak żem nawet myślał, iż padłem ofiarą zbrodni. Własny los i myśl o przedwczesnej śmierci tak mnie rozrzewiły, iż prawie nie słuchałem, co mówił Rejent. Wiem tylko, że przechwalał się co niemiara, gadał przez cały czas i nikogo do słowa nie przypuścił. Szeptał też pod nosem jakieś zaklęcia i tak mi w głowie zamącił, że nie mogłem z siebie ani słowa wykrztusić, chociaż w języku i machaniu szablą nikt mi nie dorówna.
Zrobił się też pokorny i tylko ukradkiem na mnie spoglądał, chcąc wybadać, czy się ode mnie czegoś nie dowie na temat zamiarów patrona. Ja jednak milczałem jak zaklęty, nie mówiąc ani jednego słowa niepotrzebnie. A ten jak nie zaczął się przymilać i umizgiwać przede mną, aby wybadać: dobrze czy źle się rzeczy mają. Ja zaś tylko mierzyłem go z góry wzrokiem pełnym pogardy i od czasu w powietrzu wymachiwałem dla zabawy moją Artemizą.
Wtedy już się skarg i narzekań nasłuchałem i opróżniłem butelczynę, przystąpiłem do dzieła. Jąłem przedstawiać swe poselstwo i wyzwanie Cześnika rzuciłem mu w twarz jak rękawicę. Szlachetka aż płonął z niecierpliwości i trwogi, z jakim mnie Cześnik rozkazem przysyła. Mówiłem śmiało i gładko, ale ów tak na mnie ślepiami błyskał jako wilk i przemowę mi mieszał. Potem w milczeniu oddalił się od swej komnaty, aby odpowiedzi na piśmie udzielić. Miałem już wychodzić z listem, kiedy w drzwiach niespodziewanie zjawiła się Podstolina, zdradziecka bestyjka, która przeszła na stronę Rejenta z niewiadomych mi względów.
Co dalej się działo, nie wiem, gdyż otworzyły się drzwi i porwały mnie jakieś ręce czarta, tak że znalazłem się na samym dole w mgnieniu oka. Potem całą drogę szedłem chwiejnym krokiem, chociaż klnę się, że wino nie uderzyło mi do głowy. Nie wiem jak i kiedy znalazłem się na zamku Cześnika, a przecież to tak blisko, jak na rzut kamieniem...

NIE WIEM CZY DOBRZE. ALE MAM NADZIEJĘ, ŻE MOGŁAM POMÓC, W ZASADZIE TO WYDAJE MI SIĘ ŻE TU JEST NIESTETY WIĘCeJ NIŻ 1000 SŁÓW...ALE NIE WIEM... NIE LICZYŁA..ALE OGÓLNIE RZECZ BIORĄC TO JEST BEZ DIALOGÓW... I MOŻNA SOBIE SKRÓCIĆ... =D
Dawno, dawno temu za górmi, za lasami zyła sobie wróżak, którą nazywano Pippi.

Bya ona średniego wazrostu elfikiem, o ślicznych brązowych oczach, jasnych włosach i mlecznobiełej cerze. Codzień rano wychodziła na spacer do swojego ogrodu, w którym chodowała śliczne, czerwone trusawki. Używała magicznego pyłklu, aby były słodkie i soczyste. Miała też pieska. Nazywał sie Raphly i był cały czarny. Kiedy piesek był niegrzeczny Pippi biła go packą na muchy, a kiedy pomagał jej, lub leżał cichutko pr