Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-02-08T17:22:17+01:00
Słońce wydawało ostatnie błyski swego blasku na ziemię, uciekało na drugą półkulę. Zaraz za nim kroczyła dostojnie ciemność, wieczór, Noc.
Chodziłam właśnie po parku, jak zwykle robię wieczorami. Uwielbiam takie spacery, jest tak cicho i spokojnie, drzewa szumią, opowiadają o swoich przeżyciach z dnia, chwalą się nimi z innymi roślinami, śpiewy ptaków milkną powoli, a chłodniejsze niż za dnia powietrze umożliwia oddychanie. Tak, było jeszcze lato, gdy przytrafiło mi się coś... niezwykłego.
W mieście, gdzie nic nie jest nadzwyczajne, gdzie wszystko stanowi ordynarną całość, żyje w swojej rutynowej symbiozie, a mimo to jest czymś co mnie przyciąga, powoduje, że chcę tu żyć, mieszkać.
Moje myśli biegały po niebie, liczyły gwiazdy, których i tak żaden człowiek nie mógłby zliczyć. W końcu są ich tysiące, miliony!
Usiadłam na jednej z parkowych ławek, podziwiałam uroki wieczoru, otulającego powoli swym płaszczem półkulę. Był nawet Księżyc! Ten boski Księżyc, który jakże zawładną moim sercem, który wprawiał w zachwyt i podziw, gdy tak błyszczał i prześwitywał między listowiem bujnych drzew.
Coś jednak zakłóciło mi ten spokój.
-Co taka piękna kobieta robi w takim miejscu jak to, sama? - wyrwał mnie z rozmyślań męski głos. Przeniosłam na niego wzrok. Wysoki, smukły mężczyzna, o blond włosach. Niesforne kosmyki przydługiej grzywki opadały mu na oczy, jednak mimo to jego tęczówki świeciły jasnym błękitem. Stwierdziłam, że są piękniejsze od jakichkolwiek innych oczu, że w walce między głębią koloru tęczówek, a wodą czy też włoskim niebem, bez żądnej chmurki i tak by wygrały.
-Siedzę - odparłam po chwili ciszy, gdy już potrafiłam wydobyć z siebie jakiekolwiek słowo.
-Czy mógłbym się przysiąść? - spytał swoim łagodnym głosem i obdarzył mnie uśmiechem. Jak piękny był jego uśmiech! Patrzyłam na niego, na rozjaśnione oblicze i mimowolnie moje usta, również rozciągnął uśmiech.
-Ależ oczywiście. - odpowiedziałam cicho, onieśmielona pięknymi oczami, uważnie się we mnie wpatrującymi. Usiadł obok, oparł się wygodnie o ławkę i spojrzał w niebo. A ja nie mogłam odwrócić od niego wzroku. Był taki piękny, jego ciało nie było muskularne, aczkolwiek pięknie wyrzeźbione, co było bardzo dobrze widoczne przez bluzkę, która opadła na tors i brzuch, gdy usiadł.
-I pomyśleć, że tych gwiazd jest nieskończenie wiele. Uwielbiam je liczyć. - odezwał się z cichym westchnieniem, wyrażającym podziw dla cudu, jakim były małe punkciki na sklepieniu. Zdziwiło mnie to, gdyż kilka chwil temu jeszcze o tym myślałam!
-Tak, ja też. Są chyba najpiękniejszą rzeczą, jaką morze zobaczyć ludzkie oko. - również westchnęłam, wciąż się uśmiechając.
-Ah, wybacz, gdzie moje maniery! Jestem Apollo. - przedstawił się uprzejmie, zwracając do mnie i podając dłoń. Zamarłam. Apollo to przecież grecki bóg! Najpiękniejszy ze wszystkich bogów! Czy to możliwe, żeby sam Apollo zszedł z niebios na ziemię? Żeby chciał ze mną rozmawiać? Po kilkunastu sekundach, a może kilkudziesięciu, spojrzałam na niego i podałam mu dłoń.
-Jestem (imię). - odpowiedziałam niepewnie, lekko drżącym ze zdziwienia głosem. Apollo, jak się przedstawił, ujął moją dłoń i delikatnie musnął wargami, patrząc w oczy.
-Miło mi poznać. - rzekł po chwili, uśmiechając się do mnie. I znów ten piękny uśmiech, który wywołał taką samą reakcję na moich ustach.
-Pozwól, że spytam tak z ciekawości, dlaczego nosisz imię, które nosił ból grecki?
-Bo nim właśnie jestem. Apollo, bóg słońca, wyroczni i wróżb, muzyki i poezji. patron wieszczów, śpiewaków i poetów,\. - wyjaśnił spokojnie, jakby to było całkowicie normalne. Jednak mylił się, to było zupełnie nienormalne!
-Nie żartuj. To przecież niemożliwe. Bogowie Greccy, to tylko mit, piękna bajeczka dla dzieci na dobranoc.
-Czy wy, ludzie, naprawdę tak myślicie? Czy naprawdę sądzicie, że my nie istniejemy? Dlaczego tak sądzicie?
-Bo... - i tu nie wiedziałam co odpowiedzieć. Nie wiedziałam dlaczego uznano bogów greckich za mit, za bajki.
-... uznał tak ogół ludzi? - spytał niepewnie, z delikatnym uśmiechem. Wyraz jego twarzy wyrażał rozbawienie.
-Tak... chyba tak. - potwierdziłam, kiwając głową.
-Cóż za niedorzeczność. Tylko dlatego, że jesteśmy tak idealni, zostaliśmy uznani za coś, co nie istnieje? To naprawdę, śmieszne. - tu zaśmiał się. Jego śmiech był przepiękny, dźwięczny, jak muzyka.
-Ty... naprawdę jesteś bogiem? Apollem? - nadal nie mogłam uwierzyć w to, co mówił. To było takie nienaturalne, takie odległe od rutyny, od wiary w jednego Boga. Nawet można powiedzieć, że zaprzeczało jego istnieniu!
-Owszem. I wcale nie zaprzeczamy istnieniu jednego Boga. Wy, chrześcijanie, twierdzicie, że jest jeden Bóg, podczas gdy jest ich wielu. Wy połączyliście ich wszystkich, co dało w efekcie jednego Boga. Kto wie, możliwe, że gdzieś tam jednak istnieje? - jego uśmiech poszerzył się.
-Teraz nie wiem jak mam się do ciebie zwracać... po co w ogóle bogowie urządzili sobie wyprawę na ziemię?
-Żeby poczuć smak ziemskiego życia. Zresztą, nie pierwszy i nie ostatni raz tak robimy. Tam, na Olimpie naprawdę jest nudno. Masz wszystko czego zechcesz, a Ares uwielbia kłócić się z Ateną, co chociaż przez kilka chwil jest dobrą rozrywką. Gorzej, gdy przyjdzie czas wojny. Wtedy posyłają ludzi do ataku na inne państwo, by przekonać się który sposób byłby lepszy. Wtedy też schodzą na ziemię i doradzają przywódcom wojsk. Tylko niestety, nic nie jest wiecznie śmieszne i zabawne. Dlatego udajemy sie na ziemię, by doznać uciech waszego życia, zobaczyć jak wam się powodzi, dopilnować, by na przykład, wena przyszła znowu i żebyście mogli pisać, tworzyć, grać, cieszyć się. - wyjaśnił spokojnie. Uśmiech nie schodził mu z ust.
-Na... jak długo tu przyszedłeś?
-Na czas nocy.
-Przecież... mówiłeś, że jesteś panem słońca. Dlaczego więc nie jesteś tam, gdzie ono? Nie panujesz już nad nim?
-Ależ, panuję! Tylko zrobiłem sobie przerwę. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak nudno jest pisać różne plany gdzie słońce ma być o tej i o tej godzinie, sekundzie. Śledzić jego ruchy. Dobrze, że jest Helios. On przynajmniej czasami pomyśli i mnie zastąpi. Z drugiej strony, jeśli chcesz, mogę przywołać tu słońce z powrotem. Cały czas mam nad nim kontrolę. - odpowiedział, odwracając ode mnie wzrok i patrząc na nocne niebo. Było coś w nim, co wyraźnie go przyciągało.
-Oh, rozumiem. - pokiwałam głową. Nie potrafiłam się przekonać, że to prawda, że to rzeczywistość, bo co bóg miałby robić w rzeczywistości? Czy to w ogóle działo się naprawdę?
-Niedługo chyba będę musiał iść.
-Dlaczego?
-Gdy spadają gwiazdy, jak wy to mówicie, jest to informacja dla nieobecnych bogów, by powrócili do swoich siedzib i zaczęli się zajmować swoimi obowiązkami. To tak jak w szkole, dzwonek informuje cię, że musisz już iść na lekcje, tak samo tu, tylko, że tym dzwonkiem jest spadająca gwiazda.
-Dlaczego zechciałeś porozmawiać właśnie ze mną? - to pytanie wymsknęło mi się zupełnie przypadkowo. Skarciłam się za nie w duchu.
-To nie było zamierzone. Po prostu, spacerowałem po parku, szukając kogoś do rozmowy. Natrafiłem na ciebie, więc podszedłem. Ah, mam do ciebie jeszcze pytanie, czy będziesz tu także jutro? - zaskoczył mnie. Czyżby chciał jeszcze ze mną porozmawiać? Ze mną? Ze zwykłym człowiekiem, który nie dorównuje nawet do pięt bogom? Który nie ma żadnych mocy, jest, po prostu... zwyczajnym śmiertelnikiem? Którego obowiązuje śmierć? Który powinien cieszyć się z życia póki może, bo zawsze musi pamiętać o śmierci? Który nie wie co za chwile się stanie?
-Tak... raczej tak. Codziennie tędy chodzę, codziennie chodzę tu na spacery. Dlaczego pytasz?
-Mógłbym jutro również przyjść. Bardzo cierpię na samotność, wiesz? Gdy gram na moim cytrze, zazwyczaj gram w samotności, bo nie ma wielu bogów wtedy na Olimpie. A tak bardzo chciałbym, żeby ktoś tego chociaż posłuchał... mógłbym?
-Ależ, oczywiście. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym mogła usłyszeć jak grasz. - posłałam mu uśmiech. Mężczyzna podniósł się, ukłonił nisko.
-W takim razie do jutra (imię). Bardzo przyjemnie się rozmawiało. - odwrócił się i odszedł, stawiając kroki z gracją. W pewnym momencie jego ciało oplotło dziwne światło, żółte, złociste, jak promienie słoneczne. Ale on szedł dalej, nie zwracając na to uwagi. W końcu i cała jego sylwetka zmieniła się w jasne promienie słońca, które uleciały do nieba. Patrzyłam za nim mimo, że zniknął mi z oczu. Tak właśnie, dowiódł swojej boskości.
Czy to była jawa, czy sen? Cały czas nie mogłam sobie odpowiedzieć. A może po prostu mam zbyt bujną wyobraźnię? Bądź co bądź, jutro również się tędy przejdę, tak dla sprawdzenia, czy Apollo rzeczywiście tu jest.
Uśmiechnęłam się szeroko na samą myśl o kolejnym spotkaniu, podniosłam się i ruszyłam do domu.
Moje myśli już nie biegały po niebie, licząc gwiazdy. Kręciły się wokół boga, którego dane mi było spotkać. Wokół pięknego, boskiego Apolla.

(Mam nadzieję, że może być i spełnia wymogi :) Pozdrawiam)
4 4 4