Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-02-10T21:27:15+01:00
Podróż, jak to z podróżami bywa, była długa i męcząca. Pobudka o piątej rano, dwie godziny przejazdu do Wrocławia, godzina czekania na dworcu, naturalnie ukraszona nachalnymi prośbami żebraków, aż w końcu wyjazd w kierunku celu - Soczewki. Atrakcji nie brakowało. W autobusie był dzieciak, na oko dwuletni, z chorobą lokomocyjną - naturalnie opróżnił zawartość żołądka, wypełniając jednocześnie autobus nieprzyjemnym zapachem, po czym zaczął emitować odgłos porównywalny mocą ze startującym odrzutowcem. Była również nieco starsza dziewczynka, która przez nieostrożność rozbiła sobie głowę o kant podłogi, oraz jej (prawdopodobnie) babcia, która bez oporów krążyła po autobusie z narzędziem ostrym zwanym nożem. Dłuższy przystanek również był interesujący - autobus zatrzymał się w miejscowości Turek na dworcu, wokół którego nie ma absolutnie niczego. Nic! Sklepy? Bary? Może jacyś przechodnie? Zapomnij! Scena niczym z postapokaliptycznych wizji.

Kiedy wreszcie dojechaliśmy do Soczewki, wyszło na jaw, że od Włocławka jechała z nami zjazdowiczka, pseudonim moshi_moshi. Na przystanku już czekał na nas Daerian, który od jakiegoś czasu odbierał przyjezdnych i kierował ich do ośrodka. Zanim jednak udaliśmy się na miejsce zjazdu, odebraliśmy spod kościoła Xenipha. Do ośrodka Almatur dotarliśmy po kilkunastu, może dwudziestu kilku minutach marszu.

Tyle wstępu. Początkowo planowałem napisać właściwą część sprawozdania w formie chronologicznej, jednak dosyć szybko zgubiłem się w kolejności wydarzeń. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłem, że przecież kolejność zdarzeń jest i tak tu całkowicie nieistotna, toteż dalsza część sprawozdania jest zorganizowana według rozmaitych aspektów zjazdu.

OŚRODEK

Ośrodek nasz umiejscowiony był w lesie nad sztucznym jeziorem. Na jego terenie znajduje się kilka piętrowych, blokopodobnych budynków, które noszą już wyraźne oznaki starości, a także kilka drewnianych domków, w pięciu z których pomieścili się zjazdowicze. Warunki, w porównaniu z poprzednimi zlotami, były bardzo polowe: jeden domek zawierał dwa malutkie, dwuosobowe pokoje sypialne, pokój-kuchnię z lodówką, ubikację oraz łazienkę z kabiną prysznicową. Wyposażenie kuchni było nędzne, mieliśmy do dyspozycji kuchenkę elektryczną z jednym "palnikiem", czajnik elektryczny oraz pewną niewielką liczbę garnków i sztućców. Jedna rzecz wypadła jednak bardzo pozytywnie w porównaniu do poprzednich zlotów - przekazana nam dość pokaźnych rozmiarów świetlica, w której zaplanowaliśmy projekcje (mieliśmy projektor cyfrowy), gry i inne atrakcje.

SPACERY

Ponieważ Soczewka jest ładnym, zielonym zadupiem pośrodku nicości, szkoda by było nie skorzystać z tego i nie pozwiedzać okolicy. W związku z tym, o ile pogoda dopisywała, miejsce zjazdu regularnie opuszczały mniejsze lub większe grupy wypadowe.

Na pierwszym spacerze skierowaliśmy się w kierunku drogi, lecz zamiast podążać drogą, którą przyszliśmy, poszliśmy wzdłuż brzegu jeziorka. Poza znacznie lepszą ścieżką do sklepików, z której wielokrotnie korzystaliśmy później, odnaleźliśmy niby-plażę z pomostem, przystań z łódkami, dziwny, nieużywany betonowy szkielet wystający z wody, a także teren wojskowy. Gdzieś w trakcie zwiedzania wydeptanej ścieżki wiodącej wzdłuż ogrodzenia odgradzającego koszary zniknął Bambosh, którego usiłowaliśmy później zlokalizować telefonicznie, jednak każda próba dodzwonienia się do niego kończyła się tym samym - odebraniem, sekundą czy dwoma szumów i zerwaniem połączenia. Bambosh został zadeklarowany MIA - zaginionym w akcji. Odnalazł się w ośrodku.

Kolejny dłuższy spacer miał na celu obejście mającego około dwa kilometry długości jeziorka. Wyruszyliśmy w przeciwnym kierunku niż poprzednio, starając się pozostawać blisko brzegu. Ścieżka wiele razy wiła się, nagle przyjmując charakter ekstremalny, czasem zaś odnosiliśmy wrażenie, że w ogóle żadnej ścieżki nie ma i przebijamy się tam, gdzie nikt nigdy wcześniej nie postawił stopy. Drogę wyznaczał, po raz pierwszy i jednocześnie ostatni, Grisznak z wielkim kosturem. W końcu dotarliśmy do szlaku, po czym przekroczyliśmy zasilającą jeziorko rzeczkę przez niewielki most. Od tego momentu zrobiło się dziwnie spokojnie...

Godny wspomnienia jest jeszcze spacer, podczas którego odbyła się brawurowa przeprawa przez rzekę. Wyprawa ta zaczęła się podobnie, jak poprzednia: dotarliśmy do mostku, tylko tym razem - ponieważ Grisznak już nie prowadził - podążaliśmy bardziej ludzkimi ścieżkami. Po przejściu mostku jednak, zamiast skręcić w lewo i wracać wzdłuż brzegu jeziora, jak ostatnio, odbiliśmy w lewo. Przez długi czas szukaliśmy właściwego miejsca, aby skręcić w kierunku ośrodka, lecz w końcu trafiliśmy na niespodziankę. Dotarliśmy znów do rzeczki, którą prędzej czy później i tak musieliśmy przekroczyć raz jeszcze, jednak po moście, który się tu zostawał, zostało już tylko parę palików. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdowało się kilka przewalonych drzew, po których zdecydowaliśmy się przedostać na drugi brzeg. Grisznak przeszedł na nogach, wspierając się kosturem i jednocześnie badając głębokość dna, IKa brawurowo przebiegła, cała reszta żmudnie przechodziła na udach, uważając na równowagę.
3 3 3