Odpowiedzi

2010-02-11T21:13:11+01:00
Zima, jak wiemy, to piękna pora roku, choć czasem dosyć sroga i mroźna. Wielkie połacie oszronionych łąk i lasów o zachodzie lub w blasku promieni słonecznych wprawiają w zachwyt niejednego. Jest to również czas wesołych kuligów i zabaw na śniegu.
Pamiętam, gdy babcia opowiadała mi o swych młodych latach, kiedy to kuligi były najprzedniejszą rozrywką dla młodzieży w zimowe dni. Wyczekiwano ich z niecierpliwością. W dzień zabawy, dziatwa zbierała się pod jedną z chałup we wsi, wesoła, rozwrzeszczana z pochodniami w rękach i ciągnąca za sobą sanki. Wtedy wychodził tata lub dziadek któregoś z dzieci, aby zaprzęgnąć konia do sań, a mama częstowała gości jeszcze gorącymi ciasteczkami, dopiero co wyjętymi z pieca. Najedzona młodzież czym prędzej biegła do sanek i sań. Te wielkie, pierwsze za końmi, były zarezerwowane dla tych troszkę starszych, już często zakochanych młodych par. Szybko zajmowano miejsca, odpalano pochodnie i równocześnie z zachodem słońca dało się słyszeć pierwsze postukiwania kopyt końskich. Wśród wrzasków pełnych radości i śmiechów pędzono przez pola i łąki. Wkoło unosił się biały puch, a z pochodni ulatywały iskry. Podziwiano okoliczne krajobrazy, zachwycające pięknem zimowego wieczoru. Na koniec z powrotem zajeżdżano do wsi. Dziatwa zeskakiwała ze sań zarumieniona mroźnym powietrzem i uśmiechnięta oraz niebywale szczęśliwa. Już oczekiwano kolejnego kuligu. Gdy nie było zbyt późno, to organizator zapraszał do swojej chaty młodych ludzi i snuto tam przy ogniu kominka długie opowieści o dziadach, pradziadach, patriotach, polskiej ziemi, przeszłości, kresowych zwyczajach, baśniowe bajania, które wprowadzały magię i niezwykły nastrój.
Owe wieczory najbardziej utkwiły babci w pamięci. Nawet kiedyś przyznała mi się, że właśnie podczas jednego z takich spotkań poznała mojego obecnego dziadka. Więc coś w tym musi być. Trochę mi szkoda, że w obecnych czasach nie organizuje się takich zabaw.
1 5 1
Najlepsza Odpowiedź!
2010-02-11T21:15:30+01:00
Pewnego zimowego dnia, gdy mijało zimne popołudnie wybrałam się na długo wyczekiwany kulig. Pola i las były pokryte świeżym śniegiem. Mieliśmy nadzieję na wyśmienitą zabawę. Ojciec mojej najlepszej koleżanki podjechał traktorem, do którego były przyczepione nasze sanki. Wyruszyliśmy z sanną, po ośnieżonej, nierównej i wyboistej drodze. Niekiedy na ostrych zakrętach z wybuchami śmiechu i radości spadaliśmy z sanek. Czasem, gdy pan przyspieszał głośno piszczeliśmy i krzyczeliśmy. Wjechaliśmy do pokrytego białym puchem lasu. Nagle, gdy byliśmy już głęboko w lesie na jednym z zakrętów, sanki zawirowały. Wszyscy zaczęli zderzać się ze sobą sankami. Wielu pospadało w wielkie zaspy. Ja też spadłam z sanek. Gdy po pewnym czasie wydostałam się z zaspy i rozejrzałam się wokół, wszyscy wyglądaliśmy tak samo. Byliśmy podobni do śniegowych bałwanów, tylko brakowało nam marchewek. Jednocześnie śmiałam się i chciało mi się płakać. Okazało się, że chyba mam wybity serdeczny palec u prawej ręki. Później palec spuchł i prześwietlenie wykazało, że był złamany.
Pomimo nieszczęśliwego zdarzenia, kulig wspominamy mile i wesoło.