PROSZE O POMOC !
NIEMOGE TEGO ZNALEZC NA NECIE ALE JAKBY KTOS ZNALAZL BD WDZIECZNA !


POTRZEBUJE CAŁY ROZDZIAL "OBIADY CZWARTKOWE " Z "BURSZTYNY" ZOFII KOSSAK !!! kTO BEDZIE PIERWSZY ZARAZ DAJE NAJ !!!! CZEKAM DO 21 . 00 :)


MOZNA POSZUKAC Z NETA , BO SŁYSZAŁAM ZE JEST , I NAWET KILKA OSOB MA , ALE JA JAKOS NIEMOGE ZNALEZC !

2

Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-02-14T18:50:57+01:00
Na krótko przed letnimi Godami, w które ogień dawny, zużyty należy zgasić, by
starce roznieciły nowy; Poświst, bóg gniewny, przeciągnął burzą nad wybrzeżami Bałtyku.
Wzdął wodę do dna, przewalił się wskroś mierzei, wyłamał drzewa nadbrzeżne i tratował ląd,
aż checze rybackie trzeszczały. Pędził fale na wybrzeże, targał siecie, gnał ku puszczy, gdzie
wtłoczył się z hukiem i świstem. Lecz bór stawił tęgi opór, aż bóg zmęczony ustał i
zadrzemał. Zza chmur błysło słońce, promienne oko Dadźboga. Tylko rozkołysane morze nie
mogło uspokoić się od razu, hucząc, przelewając wały granatowosine, zbielone wełnami
piany.
Najsposobniejsza to pora do połowu jantaru, toteż ludzie tkwili od rana w wodzie.
Śmielsi nurkowali szukając cennych brył na dnie. Dziewczęta i młodsze wyrostki brodzili po
ramiona, zakrzywionymi gałęziami ciągnąc ku sobie nawiane wichrem grzędy brunatnych
morszczyn, w których pęcherzykowatym zielsku raz po raz złocił się poszukiwany,
upragniony, przedziwny, bogom poświęcony jantar.
Ruch fal wyniósł go z głębiny, gdzie tkwił ukryty w zaklętych grodach podmorskich,
zazdrośnie strzeżony przez topielice i wiły, by zamkniętym w sobie słońcem rozświetlał
ciemnie podwodne. Niepodobny do żadnego innego kamienia, lekki, całopalny, w spalaniu
cudownie wonny, obdarzony tajemną siłą przyciągania. Największy podziw i cześć budziły te
jego odłamy, w których bożyce (lub wiły?) zamknęły skrzydłe swe służki: owady. Z pobożną
czcią i lękiem patrzono na zawarte wewnątrz, nieznane już dziś wielogłowe mrówki,
krocionóżki, szczypawki i jętki, Wiotkie ich skrzydełka, nóżki i macki zachowane były tak
dokładnie, jak gdyby miały frunąć w przestworze, zbiec na ziemię po źdźble trawy, byle kto
rozbił przezroczystą ścianę więzienia. Te kawałki, osobliwie cenne, palono na ofiarę bogom
w dniach wielkich uroczystości. Mniejsze, pospolitsze chowano w oczekiwaniu nadejścia
starego Mazocha, słynącego na całym wybrzeżu z umiejętności obrabiania jantaru. Mrucząc
odpowiednie, jemu tylko znane zaklęcia, zanurzał bryły w gorącym oleju, a gdy zmiękły,
nadawał im kształt, jaki chciał, ozdobnych naramienników, szpilek i kabłączków.
Wbrew oczekiwaniom połów tego dnia nie był dobry. Nawet młody Golęch, przedni
nurek, nie wyniósł dotąd nic prócz mało znaczących okruchów. Podobnie siostry jego,
Lubosza i Bożana. Z tym większą niechęcią wszyscy troje spoglądali na szczęśliwca, co
wynurzył się właśnie z wody trzymając w ręku bryłę jantaru wielkości głowy dziecka. Woda
ściekała mu strumieniami z długich włosów.
- Kto mu zwolił szukać tutaj? - mruczał gniewnie Golęch. - Niech się wynosi, skąd
przyszedł...
- Iście, kto mu zwolił? Wypędź go, wypędź! - potwierdzały siostry.
Znalazca, młody chłopiec, obcy w siodle, bo zbieg ze spalonej przez północnych
zbójów morskich sąsiedniej osady, przezwiskiem Ino, wyciągnął z wody swój więcierz,
włożył weń zdobycz i zarzucił sobie na plecy zbierając się do odejścia.
Golęch podszedł ku niemu, twardo rozpryskując wodę piętami.
- To nasz brzeg - rzekł groźnie.
- Woda jest niczyja - odparł tamten i stanął w postawie obronnej, gotowy do walki.
- Ostaw jantar i ruszaj precz!
- Jantar jest mój. Nie ostawię.
Golęch zacisnął pięści. Obie dziewczyny patrzyły na niego ciekawie i zachęcająco.
Ale do walki nie doszło, bo właśnie od lądu bieżał najmłodszy z Golęchów machając rękami i
krzycząc:
- Obce jakieś jadą! Obce!
Skąd? - zapytał starszy z przerażeniem.
- Z boru!
- Siła ich?
- Nie wiem, bom zaraz uciekał...
- Z boru, toć nie Duńczyki... - zauważył uspokajająco brat. Skulił się i pomknął ku
najbliższym krzakom, by pod ich osłoną zbliżyć się niepostrzeżenie do domu. Za nim siostry,
za nimi, w pewnej odległości, pociągnięty ciekawością Ino.
Osada, czyli jak wówczas mawiano - siodło, leżała na piasku nadmorskim, oparta
grzbietem o puszczę. Nie miała nazwy, podobnie jak roztocz morza ciągnąca się przed nią
była dla mieszkańców po prostu tylko wodą. Żyli w siodle przy wodzie. Inne określenia były
zbędne, jako że nigdzie się nie oddalali, innych stron nie widzieli. Nie zaszli tu jeszcze nigdy
obcy, co by tę dziedzinę mianem jakim nazwali.
Siodło składało się z kilkunastu checz, czyli chałup plecionych z chrustu obrzuconego
gliną. Wszystkie były jednoizbowe, z ogniem zatlonym wieczyście pośrodku, na pokrytych
ziemią kamieniach. Dym uchodził przez drzwi i strzechę, słał się pod dachem, niską, ciemną
chmurą. Wokół ścian obiegały ławy, pod którymi było siedlisko skrzatów domowych, a w
kącie przed ławą stał stół, święty, bo na nim chleb składano. Górą, na wbitych w ścianę
żerdziach wisiały skóry zwierzęce i sieci.
W takiej dymnej i mrocznej chałupie, do starego Golęcha należącej, stali teraz
przybyli cudzoziemcy. Konie i dwa krótkie, pełnokołe wozy zostawili przed domem. Mieli
ciemne lica, bogaty ubiór o kroju i barwie nigdy na tym wybrzeżu nie widzianych, sandały
czerwonym rzemieniem wysoko wokół łydek oplecione, krótkie miecze przy boku. Przed
nimi kulił się niepewnie człek w lnianym gieźle i takichże portkach. Nietutejszy, ale swojak,
można się z nim było domówić. Z Chrobacji pono. Ciągnęły go ze sobą te obce jako
przewodnika, bo z ich mowy cokolwiek rozumiał.
- Jantaru chcą - powtarzał teraz struchlałemu gospodarzowi.
- Jantaru?
- Nie bój ta się... Gwałtem nie wezmą... Mieniać chcą... Za jantar dadzą wam różnego
dobra.
- A skąd one są? - pytał Golęch, nieufnie patrząc na przybyłych.
- Roma - rzekł krótko jeden z nich, jak gdyby zrozumiawszy pytanie.
Lecz słowo potężne, przed którym drżał i korzył się cały świat, nie mówiło nic
słowiańskiemu rybakowi.
- Dajcie jantar - powtarzał Chrobata.
Przybysze niecierpliwili się również. Pragnęli wiedzieć, czy niepróżno odbywali
paromiesięczną uciążliwą podróż poprzez puszcze i bezdroża, brody i moczary, którędy nie
wiódł niżaden gościniec. Czy w tych dzikich pustaciach, z dala od rzymskich szlaków
położonych, znajdą upragnioną ambrę; “elektron” Greków, któremu Tales z Miletu
przypisywał duszę, kamień, powstały z łez sióstr Faetona, syna Heliosowego?
- Obaczycie, co dostaniecie za jantar - zachęcał uparcie Chrobat.
Więc stary Golęch, acz opornie, przecie wywlókł z kąta za stołem miech szeleszczący
płytkami i odłamkami bursztynu. Wraz dwa cudzoziemskie pachołki, stojące przy koniach na
dworze, wniosły do izby trzy wory płaskie, rzemieniami wybornie zaplecione. Starszy z
przybyłych rozwiązał rzemień i chwyciwszy wór wysypał jego zawartość na polepę.
Z brzękiem potoczyły się srebrne naramienniki, zwane bugi, naszyjniki szklane i
brązowe, miecze, noże i siekiery, pasy, spinki, zausznice i ostrza do włóczni. Skarby! Skarby!
W ciszy, co zaległa izbę, słychać było tylko szmer przyśpieszonych oddechów, bo zeszli się
już do izby bez mała wszyscy mieszkańcy siodła. Między nimi ukryte i obie dziewczyny,
córki starego Golęcha. By je ojciec uwidział, batem by sprał i przegnał, bo nie dziewczyńska
to rzecz do męskich narad zazierać, liczyły jednak, że nie zauważy. A ciekawość je brała
okrutna. Za nimi stał ktoś jeszcze, równie nieproszony, równie ciekawy: Ino ze swoim
więcierzem na plecach.
Drżącymi z przejęcia rękami stary Golęch wysypywał z kolei zawartość swojego
miecha. Toczyły się bryły, odłamy, okruchy przezroczyście słoneczne lub koloru miodu, białe
jak woda, to znów barwy hiacyntowej, mieniące się w świetle połyskiem zielonym lub
mleczne, wewnątrz zmącone. Obcym przybyszom zaśmiały się oczy.
I rozpoczęły się targi; długie, uparte, mozolne. Brał kupiec rzymski kawał bursztynu, a
stary Golęch chciwie sięgał po pas z mieczem. Lecz obcy chwytał go za przegub dłoni,
ukazując wymownie na migi, że za tak cenną broń trzeba przynajmniej trzech, czterech brył
jantaru, za jedną, zaś może być najwyżej ta oto brązowa zaponka z najcieńszych. Więc
zżymał się stary i garnął z powrotem jantar ku sobie, aż kupiec, niby zrezygnowany, dorzucał
do zaponki obręcz naramienną. Wadzili się tak o każdą rzecz, lecz stos nabytych przedmiotów
rósł z wolna po jednej i po drugiej stronie. Tylko Bożanie i Luboszy oczy zachodzą łzami
niemego żalu, pierś podnosi się żałosnym westchnieniem. Bo ojciec odrzuca precz podawane
mu przez kupca niewieście przystroje, sięgając jeno po to, co męskim oczom a dłoniom
przyjemne: noże, mieczyki i pasy. Oj, dolo!
Radość przeleci przez ciemną twarz cudzoziemca, radość przezornie i szybko
zgaszona, gdy spod ułamków jantaru wyjrzy czysta bryła, tak wielka, że oburącz brać ją
trzeba. W przezroczystym jej wnętrzu smuga ciemniejsza kłębi się, ni to dym, ni to tchnienie
boga. Lecz stary Golęch odsuwa ją z gniewem, precz każe odnieść synowi. Nie na wymianę
ona. Na ofiarę z dawna przeznaczona, na jutrzejsze święto.
Kupiec nie daje za wygraną. Wyciąga napierśnik ze srebrnej blachy, dziw, jak
misternej roboty, pod oczy gospodarzowi podsuwa. Daremnie.
Wyciąga miecz i pas, piękniejsze niż wszystkie ukazywane dotychczas. Próżno. Stary
ani spogląda w tę stronę.
Wyciąga kubek złocisty, pierścienie, łuk doskonały i kołczan. Piersiami nagina łuk,
ukazując jego tęgość. Cięciwa gra, tknięta palcem. Lecz stary Golęch pozostaje głuchy na jej
pogłos.
Każe obcy przynieść jeszcze jeden wór, sam go roztwiera, ostrożnie wyciąga, rozkłada
barwisty płat mieniącej się cudnie pawłoki, tkaniny jedwabnej, nieznanej w tych stronach. Aż
wszystkim dech zaprze w piersiach.
- Nie przedam - powiada stary.
Kupiec z wolna unosi materię, układa w miękkie fałdy: niech widzą, jak gra w niej
światło. Morze pod zorze zachodnie nie łyska się cudniej!
Obojętnie i twardo wstrząsa stary Golęch głową. I w patrzących na to zza pleców brata
dziewkach zbiera taka żałość, że Lubosza nie może już wstrzymać...
- O reta! Ojciec! - piska żałośnie.
Obracają się wszyscy ze zdziwieniem, stary z gniewem. Ochronny mur ramion
rozstąpił się i widać obie dziewki. Lecz Lubosza, mniejsza, zręczniejsza, już śmignęła jak
łasica i wyprysnęła na pole. Bożana została. Jest większa od siostry, strzelista, płowa.
Wylęknione źrenice mienią się zielono.
Mokre od połowu giezło lśni na niej.
- Aphrodithe...* - szepcze kupiec cudzoziemski. (*Aphrodithe - Afrodyta, grecka
bogini miłości i piękna.)
Pewnym ruchem rzuca trzymaną w ręku materię na stos przedmiotów stanowiących
już własność Golęcha, bierze twardo dziewczynę za ramię i stawia przy nabytym przez siebie
bursztynie. Sroga to cena za niewolnicę, ale podoba mu się zawieźć tę dziką jasnowłosą
dziewkę do Italii.
Stary drapie gęste kudły węźlistymi palcami. Waha się. Córkę można sprzedać, czemu
nie? Wszyscy tak robią... Jest w domu druga. A przecie czegoś mu żal... Odwraca wzrok od
Bożany, nie wie, co począć. Spode łba spoziera na pawłokę. Jak błyszczy! Jakże się mieni i
tęczy! Już postanowił. Dziewczynę niech kupiec bierze, a pawłoka niech zostanie! Kiwa
głową przyzwalająco.
Rozszerzonymi oczami spogląda Bożana wokoło. Nie śmie nic rzec, lecz w gardle
trzepie się szloch. Jakże to? Już sprzedana, w niewolniki obrócona? Zabiorą ją te obce,
dziwne ludzie i powiozą gdzieś w zatracony, nieznajomy świat?! Opowiadały starce, jak
Duńczyki spaliły kajś dawne siodło i pobrały dziewczęta... Na postronkach ciągnęły pojmane
do swoich łodzi i nigdy, przenigdy już żadna do ojców nie wróciła... I z nią tak będzie? Oj,
dolo... Po co weszła, po co? Dolo, dolo...
Boi się krzyczeć, więc tylko łzy nieme biegną jej sznurkiem po twarzy. Aleć,
rozpychając stojących wysuwa się naprzód przybłęda, którego wołają Ino. Zdejmuje
więciorek z pleców, wyjmuje zeń jasny złom. Piękniejszy niźli wszystkie, co tu leżą,
piękniejszy o wiele niż tamta bryła, której nie chciał sprzedać stary. Długonogi komar, co
przed setkami tysięcy lat padł rozpostartymi skrzydłami na lepką żywicę i tak pozostał, tkwi
uwięziony w przezroczu.
Bez słowa chłopiec podaje swój bursztyn staremu, jednocześnie biorąc dziewczynę za
rękę. Niech Golęchowie zatrzymają kuszącą pawłokę, jemu oddając Bożanę za żonę. Nie
będzie niewolnicą u obcych, będzie gospodynią w jego chacie. Sprawa jest jasna, że nawet
słów nie trzeba. Zadowolony z tego rozwiązania, stary Golęch kiwa powtórnie przyzwalająco
głową.
Rzymski kupiec międli w palcach brodę, niepewny, co począć. Rad by zatrzymać i
jantar, i dziewkę. Podsuwa nowemu właścicielowi Bożany co najprzedniejsze towary. Ale Ino
potrząsa głową. Nie potrzebuje niczego.
We drzwi, obarczony miechem skórzanym, wtłacza się stary Mazoch, obrabiasz
jantaru, któren już o nowinie posłyszał i niesie swoje zapasy. Targi rozpoczynają się na nowo
i toczą wytrwale. Bożana patrzy pokornie i wdzięcznie w twarz Ina.
Jest dumna, że dał za nią tak wysoką cenę; i okrutnie szczęśliwa, że zostaje, i zarazem
w głębi duszy jak gdyby zawiedziona, że w świat daleki od chaty nadbrzeżnej nie pójdzie...
2010-02-14T18:51:11+01:00
"bursztyny zofia kossak obiad czwartkowy" w google
http://www.google.pl/search?q=bursztyny+zofia+kossak+obiad+czwartkowy&ie=utf-8&oe=utf-8&aq=t&rls=org.mozilla:pl:official&client=firefox-a
i to pierwsze to chyba to