Odpowiedzi

2010-02-15T20:28:58+01:00


Dziś wstałem wyjątkowo wcześnie. Umyłem się, ubrałem i
zasiadłem do stołu. Rodzicie byli jeszcze zaspani. Nastała cisza. Słychać było tylko stukające sztućce. Dobrze, że dziś sobota - wymruczał tata. Czemu? - zapytałem. No... Dla tego, że... Nie cieszysz się? Cieszę, ponieważ jest dzień wolny od szkoły, a dlaczego dla Ciebie tato sobota to Twój ulubiony dzień? Jak to dlaczego synku, bo.. Jest dzień wolny od pracy. Aha - odparłem, choć czułem, że tata coś ukrywa. Zapytałem więc, tato co dziś robisz? Nie wiem, a czemu pytasz? Pytam, bo chciałbym o siedemnastej iść do kolegi i chciałbym zapytać czy mnie zawieziesz. Nie.. To znaczy tak, ale poczekaj. Choć nie. Czemu?
Nie mam dziś czasu. Jedz, nie rozmawiaj! Byłem zły. Po śniadaniu wyszedłem na dwór, ale tylko siedziałem na ławce i myślałem, dlaczego tata dziś jest taki niemrawy. Po godzinie namysłu, nie olśniło mnie. Wróciłem do domu. Ta sobota jest straszna! - pomyślałem. Położyłem się na łóżku i w końcu zasnąłem. Spałem dwie godziny, bo obudził mnie tata i zapytał. Odwieźć Cię do kolegi? Przecież powiedziałeś, że nie masz dziś czasu. Mam, wstawaj! Dziękuję bardzo, już nie chcę. Tata poszedł. Rozciągnąłem się i usiadłem przy komputerze. Rozmawiałem przez komunikator z kolegą. Powiedziałem, że nie mogę dziś do niego przyjść. Pytał się dlaczego? Kłamałem. Obraził się, nie wiem dlaczego, ale domyślałem się. Pewnie dlatego, że nie chcę do niego przyjść, ale jak nie chcę to nie, ale on zawsze musi się obrażać. Wcale nie poprawił mi się humor. Raczej pogorszył i to jak! Byłem zdenerwowany. Nic już nie chciałem. Poszedłem gdzieś na spacer i mówiłem sobie, że gdzieś pójdę i nie wrócę już nigdy w życiu, albo najlepiej się zabiję, bo po co tu żyć jak mnie nikt nie interesuje? Spotkałem sąsiadkę Julię, a ona ani słowem się do mnie nie odezwała. Nawet zwykłego "dzień dobry" mi nie odpowiedziała. Co ja złego, komu zrobiłem?! Dostaję dobre oceny. Jestem dobrym chłopakiem. Ze smutkiem podążałem dalej. Wprost przed siebie. Usiadłem w gęstych krzakach, gdzie nikt mnie nie widział. Na zegarku zobaczyłem godzinę piętnastą. Pewnie już jedzą obiad - pomyślałem. Pewnie tak, gdy usłyszałem burczenie w brzuchu. Wróciłem do domu. Już wszyscy jedli. Włożyłem sobie zupę, bez pytania. Wszyscy patrzyli się na mnie jak na ducha. Widziałem w ich oczach zdziwienie i przygnębienie. Nie wytrzymałem. Co się dzieje?! - krzyknąłem, waląc nożem o talerz. Jak mogłeś przynieść nam taki wstyd? Ale ja nic nie rozumiem. Co się stało? Dostałeś pięć jedynek z matematyki! Ja? Jak to ja? Pokazałem dzienniczek ucznia rodzicom. Powiedziałem, że to ja. Mam numer w dzienniku numer czternaście. O co chodzi? Czternaście? Jak to czternaście? - pytali rodzice. No.. czternaście! Aha. My spojrzeliśmy w numer dwanaście, przepraszamy... Numer dwanaście ma Wojtek Kalinowski, który ma najgorsze oceny w naszej klasie, jak mogliście się tak pomylić? Przepraszamy, pomyliliśmy się, już więcej się tak nie zdarzy, obiecujemy! Ulżyło mi. Szybko minęła ta straszna sobota. W niedzielę praktycznie nic się nie działo. W poniedziałek wróciłem do szkoły. Zapomniałem worka na buty. Zmartwiłem się. Patrzyłem się ze smutkiem na swoje zimowe i ciasne buty. Przechodził jakiś chłopak, miej więcej w moim wieku. Zapytał się mnie:
- Ej, co Ci jest?
- Nic.
- wiem, że coś Ci jest.
- No dobrze. Mam długą drogę do domu, a zapomniałem worka z butami, a w tych nie będę chodzić, bo są zimowe, ciasne i brudne, a w ogóle nie można w takich butach chodzić po szkole.
- Nie martw się, jeszcze dużo czasu zostało do dzwonka na lekcje. Mam rower, powiedz tylko mi gdzie mieszkasz, a przywiozę Ci.
- Naprawdę mógłbyś?
- Jasne, że tak!
- Dziękuję!
- Nie ma za co.
Uśmiechnąłem się do niego i odjechał. Po kilku minutach, zobaczyłem go w drzwiach. W ręku trzymał mój niebieski worek na buty. Wziąłem go i założyłem buty szkolne. Po chwili zaczęliśmy rozmawiać. Zostaliśmy przyjaciółmi. Okazało się, że jest w tym samym wieku i chodzi do przeciwnej klasy. Rozmawialiśmy na każdej przerwie. Zapraszaliśmy się do siebie nawzajem. To mój najlepszy kolega. Teraz już wiem, że przysłowia się sprawdzają. Morał wynika taki: "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" faktycznie tak jest.