Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
  • Użytkownik Zadane
2010-02-15T20:33:43+01:00
"Sztuczna Inteligencja" Stevena Spielberga jest zarówno świadectwem przerostu rzemiosła nad sztuką, jak i cyniczną (i nieudaną) próbą przekonania widza o uniwersalnym statusie jego uczuć... Nawet w momentach, kiedy reżyseria Spielberga była genialna, czy kiedy główny bohater "przeżywał" najbardziej "ludzkie" chwile swojego życia, ja nie byłem w stanie oddzielić "sztucznego" od "prawdziwego". Salę kinową opuszczałem nie tylko zawiedziony (nie był to do końca film Stanleya Kubricka), ale co najgorsze, niewzruszony...

Założenie fabuły jest wiarygodne, powiem więcej, bardzo możliwe: w (mam nadzieje) dalekiej przyszłości, w czasach, kiedy efekt cieplarniany roztopił lodowce Antarktyki i największe metropolie świata przemieniły się w puste, do połowy zanurzone w oceanie ruiny-molochy, wiele codziennych czynności człowieka powierzono rozwiniętym robotom. Potomstwo w rodzinie jest ściśle regulowane przez rząd, a w razie choroby, na którą brak lekarstwa, nagminnie praktykuje się hibernacje.

Monika i Henry Svinton (Frances O'Connor i Sam Robards) są właśnie taką rodziną. Ich syn cierpi na nieuleczalną chorobę i oczekuje na medyczny cud w stanie hibernacji. Okazuje się, iż są oni idealnymi kandydatami, aby stać się polem doświadczalnym firmy zwanej Cybetronics. Firma ta jest światowej sławy liderem w produkcji wysokiej klasy robotów codziennego użytku - na zewnątrz do złudzenia przypominających ludzi (jak w "Świecie Dzikiego Zachodu") zwanych "mechas". Pracują oni pod batutą dystyngowanego naukowca o ciekawym nazwisku Hobby (William Hurt). Profesor jest o krok od wypuszczenia z taśmy produkcyjnej swojego najnowszego wynalazku: pierwszego w swoim rodzaju "mecha" - robota o wyglądzie jedenastoletniego dziecka. Do tej pory mechas były "wstrzykiwane" w świat jedynie w postaci dorosłych "osób", a szeroki zasięg ich działania sięgał od codziennych manualnych czynności do usług polegających na zaspakajaniu ludzkich potrzeb seksualnych. Mechas stały się nieodzowne dla ludzkiego gatunku, acz wciąż posiadały jeden wielki mankament: nie potrafiły odwzajemniać ludzkich uczuć... nie potrafiły kochać. W tym momencie na horyzoncie pojawia się najnowszy model profesora Hobby, mecha o imieniu David (Czemu nie Adam? Dowiemy się pod koniec filmu). Jednym słowem, obraz piękna i niewinności, łagodności i posłuszeństwa: perfekcyjny pod każdym względem jedenastoletni chłopczyk. David jest sztandarowym osiągnięciem nie tylko całego życia profesora, ale całej ludzkości: mianowicie, według jego twórcy, David jest wreszcie w stanie odwzajemnić miłość swoich rodziców...

Oczywiście, w filmie sprawa ta jest przedstawiona w nieco bardziej skomplikowany sposób, i nie chciałbym tutaj rozpisywać się o szczegółach, aby nie zdradzić ciekawszych niuansów fabuły. Po krótkiej, wypełnionej wątpliwościami rozmowie, stęsknieni za "nieobecnym" synem państwo Svinton decydują się na podjęcie eksperymentu i przyjęcie Davida w swoje grono. Ale to dopiero punkt wyjściowy pierwszej, jednej z trzech "części" sagi Davida (czemu nie rodziców, którzy podjęli się eksperymentu?). Na początku małżonkowie są zaszokowani, że możliwości nowo nabytego "mecha-synka", wydają się nieograniczone. Im więcej info-emocji "wpisywane" jest w Davida przez jego nowych rodziców, tym bardziej staje się on ludzki. Lecz w tym samym czasie Spielberg na moment nie pozwala nam zapomnieć, że chłopczyk tak naprawdę nie jest człowiekiem: David nigdy nie śpi, ale jeśli rodzice zechcą, to się położy i będzie cicho; David nigdy nie je, ale może siedzieć grzecznie przy stole i udawać, że spożywa posiłek. Oboje zbyt desperacko tęsknią za miłością do swojego dziecka (jak i za miłością ich syna do nich), aby zauważyć, że emocje Davida do nich są rzeczą sztuczną, zaprogramowaną, pełną nie wyważonych wątpliwości i jaskrawie pokoloryzowanych uczuć.

Paradoks leży w tym, że w filmie Spielberga David staje się "nieludzko" (czyli mechanicznie) ludzki..., co w końcu czyni go jedynie, niczym innym jak tylko wielce skomplikowaną zabawką! Co innego, kiedy w grę wchodzi Pinokio; ta kukiełka jest tak "ludzko" miła, że pragniemy, aby stała się jednym z nas, choć dobrze wiemy, że nigdy się kimś takim nie stanie. O dziwo, wydaje się, że Spielberg zapomniał o lekcji marketingu numer jeden: jest ogromna różnica pomiędzy zachcianką a potrzebą! Innymi słowy, Spielberg odpowiada pozytywnie na pytanie, które i tak wiemy, że ma negatywną odpowiedź: "Czy człowiek jest w stanie obdarować miłością nawet najbardziej po ludzku funkcjonującego robota?"

Oczywiście, reżyser przyzwyczaił już nas do tego, że "Sztuczna Inteligencja" to genialnie wykonana robota. Najbardziej wyróżnia się oscarowego kalibru scenografia Ricka Cartera oraz zdjęcia Janusza Kamińskiego. Carter ("Cast Away") olśniewa nas cudownie realistycznymi plenerami częściowo zatopionego Manhattanu. Podwodne wizje zniszczonego Nowego Jorku są również najwyższej klasy. Zdjęcia Kamińskiego przywołują nastrojem na myśl tak mistrzowsko fotografowane filmy, jak: "Obywatel Kane" Wellesa (rozproszone, anielskie światło) oraz (co jest niechybnie hołdem oddanym przez pana Janusza Stanleyowi Kubrickowi) "2001 Odyseja kosmiczna" (chłodne, blado oświetlone, jakby ze snu wzięte wnętrza). Rzadko mamy okazję, aby zobaczyć film z tak trafnie dobraną obsadą aktorską. Role Haleya Joela Osmenta oraz Jude Law'a (Gigolo Joe - czyli mecha wypełniająca najbardziej ukryte żądania płci pięknej), jak i w nie mniejszym stopniu mistrza dramatu psychologicznego, Williama Hurta, zagrane są bezbłędnie. Osment powinien bez problemu znaleźć się w gronie artystów nominowanych do wszystkich najważniejszych nagród za tegoroczne kreacje aktorskie. Jego wcielenie się w "dualistyczną" postać maszyny-dziecka jest wielce przekonujące, i tylko chybiony koncepcyjnie scenariusz nie pozwolił mi obdarzyć tego bezwzględnie jednego z najzdolniejszych aktorów (naj)młodszego pokolenia szczerymi uczuciami.

W celu zilustrowania tematycznie odmiennych warstw fabuły, muzyka Johna Williamsa jest nietypowo dla kompozytora stylistycznie i gatunkowo zróżnicowana. Williams skomponował dla Spielberga jedną z najbardziej ambitnych ścieżek dźwiękowych w swojej długiej karierze. Choć trudny do "zarejestrowania" po jednokrotnym obejrzeniu filmu, główny motyw jest melodią, w której wyraźnie odczuwa się ponurą (choć momentami piękną) melancholię (może za nieodwzajemnioną miłością?). Najbardziej, nie tyle zaskakujące, co zastanawiające, są referencje do minimalistycznych kompozycji Philipa Glassa. O ile się orientuję, jest to pierwsze wkroczenie Williamsa w sferę tego gatunku muzycznego.

Z wielce interesującą, acz do końca nie przekonującą fabułą, "A.I." pozostaje jedynie produktem wyrachowanego intelektu Spielberga, któremu niestety brak artystycznego (tzn. emocjonalnego i pesymistycznie nastawionego) polotu Kubricka, czego wynikiem będzie prawdopodobnie Oscar... dla Janusza Kamińskiego.



1 5 1