Odpowiedzi

  • Użytkownik Zadane
2010-02-18T17:32:59+01:00
Hen daleko, gdzieś na kresach Rzeczypospolitej stał pośród lasów i ruczaji dworek szlachecki. Zgrabny on był, choć niewielki. Często uczty głośne a szczodre w tym dworze wyprawiano, co wnet mu wśród szlachty zwolenników przysposobiło. Tamże magnat mieszkał, co rzekomo z rodu Ossolińskich się wywodził, lecz plota jeno tylko szła taka. A tak dlatego się działo, że szlachcic ów incognito chcąc pozostać, nikomu swego prawdziwego nazwiska nie wyjawiał. Podobno czyny jego niechlubne mogłyby splamić honor rodu Ossolińskich. Że jednak ów pan do samotników nie należał, tedy uczt wyprawiał wiele, a w jego progach zawsze najeść się można i napić było do syta. Wokoło niego także dworki stały, których mieszkańcy na równie wielkie harce pozwalali sobie.
Pewnego razu pan ów, Jan mu było na imię, postanowił wielką ucztę wyprawić. A to z okazyji udanego polowania. Trzeba jeno wspomnieć, że gęste bory ów dworek otaczały, w których zwierzyny bez liku biegało. Często więc Jan „Sarmata” takowe wypady weń urządzał. I co w tych borach się zjawił ze swą czeredą, która koło setki osób liczyła, to hałasu i gwaru narobił takiego, że wszystkie zwierzęta po norach się kryły i szlachcic często bez zwierza na dworek powracał. Ambitny był jednak i wierzył w tradycje, tedy wyprawy ponawiał i pewnego dzionka skutek upór mu przyniósł. Osaczył bowiem ogromnego łosia na rykowisku, który nogę zwichnąwszy, jeno cicho porykiwał. Rzucił się wnet Jan na niego z całą zgrają. Biedny łoś ni szans drobnych nie miał, by się schronić przed tą kohortą, tak więc jak psa go ubili i zawieźli na dworek. Jan natomiast na cześć zwierzowi fetę wielką wyprawiać kazał i aby co jeść było, sprowadzić polecił najlepsze zwierzęta z okolicznych borów i piwska hektolitry, aby „zacni” Sarmaci do dworku zajechawszy swoje pragnienie czym osuszyć mieli.

Tak więc nasprowadzał prowiantu bez liku i gości z okolicznych dworków począł spraszać, by na wielką ucztę się stawili. Wysłał gońców więc do sąsiadów trzech swych, którzy Karol Bijarski, Stefan Browarny i Bohdan Krawczycki się zwali. Wszyscy trzej zgodnie zaproszenia przyjęli i z całym orszakiem obiecali się stawić za dni kilka. Zatarł Jan ręce na te wiadomości, ciesząc się że będzie miał gości.

Kilka dni później zawitali doń Sarmaci z orszakiem wielkim i bogatym, choć nie wszyscy równie pięknym majątkiem się cieszyli. Jednak co uczta to uczta i z małym towarzystwem się stawić nie wypadło. Były więc z nimi panie piękne i piękni panowie, służby bez liku, pary, kochankowie, gońcy i innych stanów całkiem wiele. Że zaś zrobiło to wrażenie na Janie ogromne, ucztę postanowił wnet rozpocząć. Poczęto więc wystawiać na stół wina dzbany całe, tłustych kąsków półmiski, wołowinę, dziczyznę i pieczyste. W całym dworze zapachy roznosić się zaczęły wonne. Piwskiem czuć było od strychu aż po stajnie. Jednak nie to przyjezdnych zaskoczyło przyjemnie. Wchodząc bowiem do jadalni, co jak nawa kościelna się ciągnęła, zaobserwować można było zyjawisko natury codziennej niezbyt raczej. Przy wejściu do sali owej bowiem, na ogromne pale nadziana, głowa łosia prezentowała się dumnie, a przy niej stał Jan cały w skowronkach, cały w tryumfie. Witał gości, witał panów, którzy wchodząc do jadalni na łosia napatrzeć się nie mogli i kiwając z podziwem głową, do jedzenia się zabrali.
1 1 1