Odpowiedzi

2010-02-22T17:13:54+01:00
Dwudziestego piątego października wybrałam się na Grenlandię w poszukiwaniu wiadomości. Jak każdego podróżnika bardzo fascynują mnie takie podróże. Gdy tylko dojechałam od razu zajęłam się najważniejszymi informacjami. Pierwszego dnia sprawdziłam następujące informację :
*Obszar 2 175,5 tys. km2, w tym 371,7 tys. km2 wolne od lodów. *Podzielona administracyjnie na 3 prowincje.
*Stolica Godthab 12 tys. mieszkańców (1991).
Warunki naturalne:
*najbardziej charakterystycznym elementem krajobrazu Grenlandii jest wielka czasza lodowca pokrywająca 1,8 mln km2. Miąższość lodu dochodzi do 2 tys. m. Powierzchnia lodowca wznosi się, osiągając w centrum Grenlandii wysokość trzech tys. m n.p.m. Spływające masy lodowe docierają do wybrzeży licznymi językami o szerokości dochodzącej do 100 km (Lodowiec Humboldta).
Już drugiego dnia zaczęłam zwiedzać. Było to niesamowite przeżycie. Grenlandia Jest po prostu piękna.
Moim zdaniem jest ona warta podziwu i zwiedzania.



Myślę, ze mogłam pomóc ;)) .. ;** <33
1 1 1
2010-02-22T20:38:26+01:00
W dn.05- 06 sierpnia rozpoczęliśmy wspinaczkę na ok. 800m górę (Marlulissat Peak) wyrastającą tuż nad maleńką wioską Innuitów, (która była naszą bazą). Ponieważ kilka dni wcześniej na potrzeby wspomnianego filmu wspięliśmy się na nią 3 wyciągi, a ściana okazała się interesująca, teraz postanowiliśmy wrócić i wspinać się dalej. Na początku sierpnia pogoda była jeszcze ładna, ale prognozy coraz gorsze. Mieliśmy tylko jeden pewny dzień słońca, więc pośpiesznie ruszyliśmy w kierunku
szczytu.
Droga zaczyna się wielkim zacięciem i płytami o długości ok. 250-300 m.
Płyty oferują techniczne wspinanie z wyjątkiem jednego siłowego wyciągu przez dwa okapy. Ok 22.00 byliśmy jakieś 400-500m nad wioską - 2 wyciągi ponad półką dzielącą ścianę. Znaleźliśmy maleńką półeczkę i zabiwakowaliśmy. Księżyc był w pełni, ale zaczęły się już zbierać ciężkie chmury. O świcie, zaniepokojeni zbliżającym się deszczem, ruszyliśmy dalej. (Zagrożenie deszczem było o tyle problemem, że nie mieliśmy wystarczająco sprzętu do wycofów: płacht biwakowych, ani – co oczywiste - stanowisk pod sobą. Jedyną opcją było zejście z tej ściany przez szczyt do sąsiedniej doliny.)
Po kilku godzinach doszliśmy do wielkiego zacięcia łączącego dwie ściany. W prawo wspinaczka była trudna i tarciowa, plus pionowa ściana z cienkimi ryskami, w lewo teren wydawał się możliwy do przejścia, nawet jeżeli za chwile spadłby deszcz.
Poszliśmy tam gdzie szybciej, w lewo, przez wybitnie niebezpieczny trawers w ekspozycji - przez ruchome kolumny głazów. Na szczycie stanęliśmy ok. 16.00. Do wioski zeszliśmy tak jak planowaliśmy.
(Mieszkańcy Aappillattoq przyjęli nas bardzo radośnie - okazało się, że cały czas obserwowali naszą wspinaczkę.)
Niestety pogoda załamała się na kolejne dni (od 07.08 do 16.08) Padało niemal bez przerwy, a ściany były mokre. W międzyczasie udało nam się tylko zrobić rekonesans łodzią po okolicznych fiordach. Wypatrzyliśmy kolejne ciekawe ściany i czekaliśmy na lepsze prognozy. Pojawiły się dopiero tydzień przed naszym wyjazdem.
17 sierpnia z pomocą Themo (naszego gospodarza) i jego łódki podpłynęliśmy pod jeszcze mokrą ścianę w Torssukkattak fiord. (dziewiczy masyw górski upatrzyliśmy sobie już 2 lata temu podczas wyprawy na kfif Qaqarsusia)
„Przypłyń po nas za 3 dni”- poprosiliśmy i zaczęliśmy się „wspinać” przez pionowe… jagody. Potem zaczęły się pojawiać progi skalne- najpierw komin, potem płyty- w tym jedna znacznie trudniejsza od innych przecięta dwoma cienkimi ryskami na alieny i małe kostki.
Wieczorem poprzejsciu ok. 700m terenu nocleg w kolebie. O świcie obudziliśmy się w wilgotnej chmurze. Przed nami 500 m ściana, widoczność bardzo słaba. Postanowiliśmy wspinać się wypatrzoną z poziomu morza linią rys i kominów. W kolebie zostawiliśmy sprzęt biwakowy i prawie na lekko ruszyliśmy. Ściana była ciągle wilgotna, ale udało się przejść przez ściek i wystartowaliśmy przez małą przewieszkę. Potem pokazało się nieco słońca. Doszliśmy do ogromnego mokrego komina z zaklinowanymi głazami. („Przynajmniej będzie, z czego zjeżdżać”.) Jego prowadzenie wypadło na mnie: wspinałem się przez śliski komin (VII+R) bez asekuracji, a potem przez zaklinowane bouldery. Zaczęło padać. Po drugiej stronie fiordu niebieskie niebo, a dokładnie nad nami zatrzymała się czarna chmura. Rozpadało się bardziej. Mieliśmy jakieś 200 m do szczytu. Wspinaliśmy się jednak dalej, na przemian. Po ok godzinie przestało padać, za to zrobiło się bardzo zimno. O 21.00, po 10 wyciągach zrobionych tego dnia, stanęliśmy na szczycie.
Postawiliśmy kopczyk i zaczęliśmy nocne (500m) zjazdy, podczas których musieliśmy zostawić większą część naszych taśm. Podczas zjazdu zainstalowaliśmy 2 spity. O 3.00 dojechaliśmy do półki, a następnego dnia zjeżdżaliśmy i zewspinywaliśmy się do poziomu morza. Wieczorem 3-go dnia przypłynął po nas Themo.


wstęp i zakończenie musisz dopisać ale myśle że nie jest złe
1 5 1