Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-02-25T15:42:37+01:00
Jeśli reżyser pozwala sobie na osobistą wycieczkę w stronę gnębiącej go krytyki, zazwyczaj oznacza to, iż wie, że znowu mocno mu się oberwie. Dlatego, gdy w nerwowym odruchu obronnym pada z ekranu kwestia "Krytycy? A co oni tam wiedzą?", pozostaje tylko czekać. Czekać aż dwuipółgodzinna epopeja runie z hukiem, grzebiąc autora nagromadzoną masą. Taki jest właśnie "2012" - niczym nadmuchany do granic możliwości balon z wodą, długo wisi niespokojnie w powietrzu, by w końcu rozlać się swoim rozczarowaniem na lewo i prawo.
A miało być tak pięknie. Monumentalne zwiastuny już od kilku miesięcy zapowiadają rozróbę na niespotykaną dotąd skalę: trzęsienie ziemi rozrywające na strzępy Los Angeles, wielką wodę przelewającą się przez Himalaje, upadające symbole cywilizacji; a wszystko to okraszone niepokojącą muzyką. Rzeczone sekwencje oczywiście w filmie są. Problem w tym, że 158-minutowy seans oferuje niewiele więcej podobnych atrakcji, z morderczą precyzją przetwarzając doskonale znane schematy kina katastroficznego. Co prawda Emmerich przechodzi tu samego siebie (a trzeba pamiętać, że to facet, który zdemolował Biały Dom, Nowy Jork i zamroził pół globu), ale poza spektakularną demolką miasta nie oferuje nic, czego nie byłoby wcześniej w "Pojutrze", "Dniu zagłady" czy nawet "Transformers 2" (scena z lotniskowcem). Kolejnym kataklizmom brak werwy i niepokoju - bo cóż z tego, że olbrzymia fala przetacza się przez ląd, a kolejne metropolie znikają w ogniu, skoro czynnik ludzki jest w tym wszystkim niedostrzegalny? Miast szarpiącego nerwy armagedonu, dostajemy skalkulowaną do ostatniego szczegółu zabawę grafiką komputerową - nie taką znowu perfekcyjną i oryginalną, jak może się początkowo wydawać.

Paradoksalnie jednak, zakrojone na szeroką skalę efekty specjalne są jedynym czynnikiem, który pozwala tę katorgę przetrwać. Bo już konfrontacja z fabułą powoduje bolesny szczękościsk. Emmerich, z typowym sobie brakiem polotu, ciosa bohaterów i ich perypetie za pomocą tępawej siekiery, niezdarnie łącząc wszechogarniający patos z najbardziej ogranymi banałami o zachowaniu ludzkich odruchów w obliczu napierającego kataklizmu. W "2012" właściwie nie ma dialogów - są za to płomienne i coraz bardziej niestrawne przemowy czarnoskórego prezydenta (o jeden most za daleko, panie Glover!), są mało subtelne pogadanki o ludzkiej przyzwoitości, a w końcu pseudo-filozoficzne dysputy o tym i tamtym. Wszystko to płaskie jak naleśnik, konsekwentnie męczące i pozbawione jakiejkolwiek oryginalności względem oklepanego gatunku. A na dodatek do bólu poprawnie polityczne. Najgorsze są jednak pozornie nieistotne, a piętrzące się z każdą chwilą absurdy i nieścisłości. Frywolna fizyka w scenach demolki, bohaterowie wychodzący bez szwanku z najgorszych opresji, czy ostentacyjny wręcz zanik logiki - wszystko to skutecznie rozkłada film na łopatki.

Sama fabuła zostaje postawiona pod ścianą, spod której nie udaje jej się uciec. Perypetie kilkorga bohaterów są zaskakująco znajome: naukowiec, któremu nikt nie wierzy (Chiwetel Ejiofor), wykastrowany z życia niespełniony pisarz (mętny jak zawsze John Cusack), jego była, wciąż w nim zakochana, żona (Amanda Peet), obezwładniająco miłosierny prezydent USA (Danny Glover), pazerny rosyjski miliarder (Zlatko Buric). I tylko Woody Harrelson jako rozkosznie nawiedzony miłośnik teorii spiskowych znajduje sposób, by wyrwać się z tego nudnego układu. Cała reszta jest przewidywalna do najmniejszego szczegółu - jeśli kogoś zżera chciwość, lub co gorsza, ma nieszczęście być obecną miłością byłej żony głównego bohatera, niechybnie musi zniknąć z ekranu. Co ciekawe, zwłaszcza po tych drugich nikt płakać nie będzie. Wszak Cusackowi i Peet nie po to zapłacono grube miliony, by w finale unikali płomiennych uścisków.

"2012" zawodzi, robiąc to w najbardziej bolesny sposób - uśmiercając kino katastroficzne jako cały gatunek. Niezgrabna i męcząca rozpierducha Emmericha udowadnia, że z dawno już zużytej konwencji nie da się już nic wycisnąć, znajdując tym samym potwierdzenie dla głównego zarzutu pod adresem jego kina - nawet najlepsze efekty nie uratują filmu bez pomysłu i szarpiącej nerwy dramaturgii. A tych niemieckiemu reżyserowi zawsze brakowało. O ile jednak takie "Pojutrze" dało się jeszcze bez zbędnych wyrzeczeń przetrawić, jego najnowszy film powraca do standardów "Godzilli" i "Dnia Niepodległości", skutecznie onieśmielając tandetnym hollywoodyzmem. Dlatego też finał tego rozbuchanego widowiska jest prawdziwym testem wytrzymałości. Ja odpadłem gdzieś pomiędzy chciwym ruskim dzieciakiem przekazującym dziewczynce swojego psa ("On może być także twoim przyjacielem"), a obraniem kursu na Przylądek Dobrej Nadziei (jakże wymowne!).