Odpowiedzi

2010-02-28T14:04:42+01:00
Zimna, kamienna cela. Zimna i ciemna, rozświetlana przez pojedynczą, gasnącą już pochodnię. Ma może szerokość piętnastu kroków w te i w tę. Rankiem przez zakratowane okno wpadają promyki światła rozjaśniające całą salę nową nadzieją, ale nie ma ranka. Przynajmniej nie teraz. Przerywane pohukiwanie pochodni nieco irytuje, a i tak światło jest nikłe, bo do jedynego siennika leżącego w kącie drogę trzeba sobie wymacać, często potykając się o kamienną ławę, która jest jakby przymocowana do ściany.
Nie wiem ile tu już tkwię. Może miesiąc, może dwa, może pół roku. Wiem tylko tyle, że każdy dzień bez Danuśki w tym zimnej, kamiennej sali dłuży się niemiłosiernie. Kto by pomyślał, że tak skończę? Przyrzekłem Danuśce, że zedrę z tych parszywych Krzyżackich łbów pawie pióra i rzucę je pod jej nogi. A teraz nie dosyć, że jestem skazany na egzekucję to jeszcze nie mogę dopełnić danego słowa. Tkwię tutaj niczym kołek. Nie chcę tu dłużej siedzieć!
Zimno…
Ciemno…
Głucho…
Nagle ktoś zbiega po schodach, strażnik coś mamrocze i otwiera moją cele. Jakby wyrwany ze snu podnoszę wzrok z podłogi i zerkam w kierunku drewnianych, obijanych żelazem drzwi.
-Zbyszku! – krzyczy postać. Przyjrzałem się jej dokładniej. To stryj! Maćko! Dawno się tak nie cieszyłem, jak to dobrze, że wreszcie jakaś żywa istota tu zawitała! I w dodatku stryj. Już nie mogę się doczekać, jakie wiadomości przyniósł z Malborka!

O dziwo nie były to dobre wiadomości. Maćko w drodze do Malborka po ułaskawienie Zbyszka został napadnięty przez Krzyżaków i uznany za Saracena. Mimo iż został bohatersko uratowany przez oddziały „prywatnej armii” Juranda ze Spychowa to nie obyło się bez pamiątki – odprysku bełtu w klatce piersiowej, który może poważnie zagrozić życiu stryja młodego rycerzyka. Jedyna pozytywna wiadomość, jaką przytaszczył na wpół rany Maćko to to, że Danuśka ma się dobrze i to, że egzekucja będzie iście szlachecko wyszykowana – czerwone dywany, mistrzowski kat, szykowne ubranie. Iście pocieszające. Jednak mimo usilnych błagań Maćka, Zbyszko nie dał się namówić na ucieczkę, nawet słysząc z ust stryja: „Ród musi przetrwać!”, „Nie tobie ginąć za młodu”. Mam swój honor, nie skalam herbu Bogdańca – mówił, a chwilę po tym uświadamiając sobie swój los wypłakał się niczym dziecko na ramieniu Maćka. Co za ironia.

-Zaczęło się – pomyślał głośno Zbyszko wyglądając wzrokiem przez zakratowane okno.
Zaiste zaczęło się. Pachołki zaczęli rozstawiać rusztowanie, tuż przed ratuszem – tak, żeby wszyscy, czy możnowładcy, czy pospólstwo dokładnie mogło zobaczyć kata ścinającego głowę młodego rycerzyka.
1 5 1
2010-02-28T16:48:42+01:00
Zimna, kamienna cela. Zimna i ciemna, rozświetlana przez pojedynczą, gasnącą już pochodnię. Ma może szerokość piętnastu kroków w te i w tę. Rankiem przez zakratowane okno wpadają promyki światła rozjaśniające całą salę nową nadzieją, ale nie ma ranka. Przynajmniej nie teraz. Przerywane pohukiwanie pochodni nieco irytuje, a i tak światło jest nikłe, bo do jedynego siennika leżącego w kącie drogę trzeba sobie wymacać, często potykając się o kamienną ławę, która jest jakby przymocowana do ściany.
Nie wiem ile tu już tkwię. Może miesiąc, może dwa, może pół roku. Wiem tylko tyle, że każdy dzień bez Danuśki w tym zimnej, kamiennej sali dłuży się niemiłosiernie. Kto by pomyślał, że tak skończę? Przyrzekłem Danuśce, że zedrę z tych parszywych Krzyżackich łbów pawie pióra i rzucę je pod jej nogi. A teraz nie dosyć, że jestem skazany na egzekucję to jeszcze nie mogę dopełnić danego słowa. Tkwię tutaj niczym kołek. Nie chcę tu dłużej siedzieć!
Zimno…
Ciemno…
Głucho…
Nagle ktoś zbiega po schodach, strażnik coś mamrocze i otwiera moją cele. Jakby wyrwany ze snu podnoszę wzrok z podłogi i zerkam w kierunku drewnianych, obijanych żelazem drzwi.
-Zbyszku! – krzyczy postać. Przyjrzałem się jej dokładniej. To stryj! Maćko! Dawno się tak nie cieszyłem, jak to dobrze, że wreszcie jakaś żywa istota tu zawitała! I w dodatku stryj. Już nie mogę się doczekać, jakie wiadomości przyniósł z Malborka!

O dziwo nie były to dobre wiadomości. Maćko w drodze do Malborka po ułaskawienie Zbyszka został napadnięty przez Krzyżaków i uznany za Saracena. Mimo iż został bohatersko uratowany przez oddziały „prywatnej armii” Juranda ze Spychowa to nie obyło się bez pamiątki – odprysku bełtu w klatce piersiowej, który może poważnie zagrozić życiu stryja młodego rycerzyka. Jedyna pozytywna wiadomość, jaką przytaszczył na wpół rany Maćko to to, że Danuśka ma się dobrze i to, że egzekucja będzie iście szlachecko wyszykowana – czerwone dywany, mistrzowski kat, szykowne ubranie. Iście pocieszające. Jednak mimo usilnych błagań Maćka, Zbyszko nie dał się namówić na ucieczkę, nawet słysząc z ust stryja: „Ród musi przetrwać!”, „Nie tobie ginąć za młodu”. Mam swój honor, nie skalam herbu Bogdańca – mówił, a chwilę po tym uświadamiając sobie swój los wypłakał się niczym dziecko na ramieniu Maćka. Co za ironia.

-Zaczęło się – pomyślał głośno Zbyszko wyglądając wzrokiem przez zakratowane okno.
Zaiste zaczęło się. Pachołki zaczęli rozstawiać rusztowanie, tuż przed ratuszem – tak, żeby wszyscy, czy możnowładcy, czy pospólstwo dokładnie mogło zobaczyć kata ścinającego głowę młodego rycerzyka.
ps.. Patrycjanowak nie papuguj po mnie
1 5 1