Odpowiedzi

2010-03-03T16:35:08+01:00
Gospodę rozświetlały płomyki olejnych lamp. Ściany, które wybudowano z grubych, ociosanych wiele lat temu sosnowych bali, utrzymywały wewnątrz przyjemne ciepło, bijące od kamiennego pieca. Pośródku sali, nad długim paleniskiem, obracano na rożnach mięso charakterystycznych dla księstwa Normodt futrzastych jeleni, o wielce okazałych porożach. Oczy jednego z nich smutno spoglądały na salę ze łba zawieszonego na drewnianej tarczy ponad szynkiem.
Za kontuarem stał tęgi, posiwiały mężczyzna. Z nieumiejętnie ukrywanym żalem wpatrywał się w powierzchnię wycieranego przez siebie blatu. Bladoniebieskie oczy beznamiętnie śledziły okrężne ruchy ścierki. Ostre rysy, w połączeniu z dwoma śnieżnobiałymi tatuażami, biegnącymi wzdłuż kości policzkowych, dawały obraz typowego mieszkańca tych stron. Jednak dla niej ten był kimś wyjątkowym.. Jedynym znanym pośród zdających się jednakowymi tubylców, którzy wypełniali całą salę. Caelior Byk był ojcem Aenaiora, jej zmarłego kochanka. Lata temu przedstawił ich sobie, mówiąc, że oto do Księstwa Północnych Wiatrów przybyła jego narzeczona.
Starzec był zdruzgotany wieścią o śmierci syna, przepełniała go jednak duma, że zginął w bohaterskiej walce. I nie zabity przez byle kmiota z widłami, ale przez potężnego i złowieszczego minotaura.
Siedząc tak przy wąskim stole i sącząc piwo, podniosła wzrok na swego towarzysza. Nie wydawał się być w żadnym stopniu strapiony. Raczej podekscytowany, że udało im się dotrzeć aż tutaj. Od Cytadeli nie dzielił ich teraz więcej jak tydzień drogi -przynajmniej, jeśli pogoda się jeszcze bardziej nie pogorszy. I właśnie na pogodzie skupiać zdawała się jego uwaga, gdyż bezustannie wpatrywał się w szybę, oddzielająca ich ciepłą enklawę od mroźnej, miotanej wiatrem śnieżycy.
Między stołami krzątała się Aerwi, najmłodsza córka gospodarza. Gorączkowo zbierała opróżnione kufle i kubki w obawie, że któryś z pijanych gości mógłby je przypadkiem strącić ze stołu. Stojące szkło, to stłuczone szkło – upominał ją raz za razem ojciec, nie dając jej nawet chwili na odpoczynek.
W prowadzenie karczmy angażowała się cała rodzina. Ojciec za szynkiem, matka w kuchni, córki na sali, synowie zaś pilnowali porządku. Jak nieraz się przekonano, karczemne burdy Normodianie mieli we krwi.
Nagle chłodny powiew wdarł się do wnętrza, gdy jacyś dwaj przybysze wkroczyli do środka. Poganiani przez miejscowych, prędko zamknęli za sobą drzwi. Nie zdejmując płaszczy ze swych wątłych sylwetek, ani nawet kapturów z głów, rozejrzeli się po sali. Niemalże jednocześnie zatrzymali swe spojrzenia na jednym ze stołów i nieporadnie zaczęli się do niego przedzierać między ławami.
- Zaraz będziemy mieć towarzystwo – powiedziała, niesciszając głosu, do swego zamyślonego kompana. Ten, nagle oderwał wzrok od okna. Nie odwrócił się jednak do wejścia. Sięgnął tylko pod grubą, futrzaną kurtę, swobodnie wiszącą teraz na jego ramionach.
- Ilu? – zapytał ściszonym głosem, odciągając kurek schwyconego, choć wciąż ukrytego, pistoletu.
- Dwóch – odparła. – Nie widzę, żeby nieśli broń. Co nie znaczy, że jej nie mają – dodała, dostrzegając ruch Vicvane’a.
Nieznajomi stanęli nad ich stołem i bez pytania się dosiedli, dostawiając pochwycone po drodze drewniane stołki. Jeden z nich sięgnął do twarzy, opuszczając na szyję gruby szal, który chwilę wcześniej skrywał jego usta.
- Ciężka podróż? – zapytał czystym jak kryształ głosem. – Niewątpię, że tak. Nie mamy jednak czasu na czcze rozmowy, drodzy przyjaciele.
- Miałam nadzieję, że ostatni raz widzimy się w Ostekeer – odezwała się Alaina, by skupić na sobie uwagę przybyszy.
- Obawiam się, że dopiero tutaj rozstaniemy się na zawsze. Ale w jaki sposób – to zależy wyłącznie od was.
- Wiesz, że go nie dostaniesz. We wszystkich ludzkich królestwach nie ma takich pieniędzy, za które bym go oddał – odpowiedział ze spokojem bard. Miał nadzieję, że pistolet wypali, gdy zajdzie potrzeba. Ani później, ani wcześniej. – To rodzinna pamiątka. – Dodał, unosząc lewą ręką kufel do ust.
- Widzę zatem, że tej sprawy nie załatwimy polubownie. Do takiego człowieka jak ty przemawia, jak mniemam, tylko ostra klinga noża? Sam tego chcia... – nagle został szarpnięty do tyłu przez stojącego za jego plecami rosłego człowieka.
- Żadnego grożenia, ani burd w tej gospodzie – warknął syn karczmarza, sięgając już drugą ręką, by pochwycić wątłego klienta.
Nie zdążył. Ten gwałtownie się odwrócił, oswobodzając się i mimowolnie strącając swój płaszcz na ziemię. Z gniewem wymalowanym na swej wytatuowanej, elfiej twarzy, wyrżnął olbrzyma w mostek otwartą dłonią. Ten, po krótkim, acz niewiarygodnie imponującym locie, runął na jedną z ław, stojącą dwa stoły dalej.. Podniosła się wrzawa.
Soczystozielone włosy zawirowały, gdy elf odwrócił się znowu do stołu widząc jeszcze przez chwilę otwór wymierzonej weń lufy. Jego kompan wycelował własną dłoń w kierunku Vicvane’a. Broń z przerażającym hukiem wypaliła, wyrywając postrzępioną dziurę w piersi elfa. Prawie w tym samym momencie nieznana siła, od której aż zafalowało powietrze, wyrwała pistolet z ręki barda. Broń z siłą bełtu wystrzelonego z kuszy poleciała w kąt pokoju. Przestrzelone ciało elfa osunęło się na podłogę, brocząc krwią. Pokrytą pionowymi tatuażami twarz przeciął wyraz niesamowitego bólu. Niewiele myśląc i wciąż nie wypuszczając kufla z dłoni, bard wskoczył na stół i sięgnął do rękojeści zdobionego rapieru.
W ślad za pistoletem Vicvane’a po chwili pofrunął ciśnięty przez sfrustrowanego klienta kufel, roztrzaskując się nad czyjąś głową z brzękiem. Rośli mężczyźni jeden za drugim podrywali się z ław, węsząc okazję do burdy. Największe zamieszanie rosło przy stole, na który runął nieprzytomny syn gospodarza.
Alaina dostrzegła próbujących się wepchnąć do wnętrza karczmy jeszcze dwóch, podobnie wyglądających mężczyzn. Z dobytą szablą ruszyła w ich kierunku, pozostawiając swego towarzysza z jednym przeciwnikiem.
Początkowo nie chciała się obnosić z bronią, ale widząc, że miejscowi już dobyli swych buław i noży, skierowała się do drzwi wejściowych. Pierwszy raz od lat miała nadzieje, że zostanie potraktowana jak słaba kobieta, a nie wytrawna wojowniczka, unikając w ten sposób zaczepek Normodian. Kolejni elfowie napierali przez tłum. Zdaje się, że nadciągała ich jeszcze piątka. Alaina zwolniła, zmieniając zdanie i zaczęła się cofać, rzucająć zaniepokojone spojrzenie w kierunku Vic’a. Uchyliła tylko głowę, gdy obok świsnęła czyjaś nieumiejętnie wymierzona buława.
Bard wyprowadził serię prostych pchnięć, nie sięgając jednak przeciwnika, który z lekkością i gracją unikał ciosów. Elf nagle potknął się o przewrócony stołek, a Vic z pełnym wyższości spojrzeniem zamachnął się, by przeciąć jego kark. Zbyt wolno.
Niebieskowłosy elf wymierzył cios pięścią w kierunku jednej z nóg stołu. Pękła z trzaskiem, a bard tracąc równowagę runął na drewnianą podłogę, przetaczając się kilka razy dla wytracenia impetu.
Podnosząc się na nogi, Vic z żalem dostrzegł, jak jego kufel Haervańskiego Płomienia roztrzaskuje się u stóp elfa.
- Teraz to mnie, bratku, zeźliłeś – zawył i ruszył naprzód z zamiarem przeszycia przeciwnika. Nagle czyiś łokieć wyrżnął go między łopatki. Tracąc powietrze, bard zatoczył się do przodu, bez siły jednak by wymierzyć pewne pchnięcie. Celny kopniak elfa trafił go prosto w brzuch, sprawiając, że aż upadł na jedno kolano i wypuścił rapier z ręki. Zrobiło mu się niedobrze.
Alaina rzuciła się naprzód, orając swą szablą głęboką bruzdę w plecach elfa. Struga krwi pociekła po jego plecach, a krzyk wydarł się z piersi, gdy zwrócił się w jej stronę.
Miejscowi zaczęli się w coraz większej jedności zwracać przeciwko intruzom, próbujących się jak fala wedrzeć do wnętrza. Młodzian o włosach splecionych w dwa warkocze wyrżnął plecami o ścianę, pod wpływem ciosu jednego z drobnych elfów.
Ostrze jednego, a zaraz potem drugiego sztyletu zagębiło się w łopatkach elfa. Bard szarpnięciem za rękojeści noży podciągnął się na nogi, rozrywając delikatne ciało. Alaina schwyciła wolną ręką rozechwiany, lecz o dziwo wciąż stojący, stołek i cisnęła nim w znajdujące się tuż obok okno. Odgłos tłuczonego szkła nie zdołał jednak przedrzeć się przez wrzawę.
Vic zatknął jeden z noży za pas i nogą podbił rapier do góry, zahaczając o kosz czubkiem buta. Kątem oka dostrzegł wychodzącą na zewnątrz Alainę, sam też ruszył w stronę okna, posyłając jeszcze sztylet w kierunku elfa, który właśnie zdołał się przedrzeć przez tłum. Uniknął go jednak, a ostrze zagłębiło się w barku jednego z bywalców gospody.
Dzierżąc już w dłoni rapier, Vic wyskoczył przez okno i pobiegł w stronę miasta, zostawiając za sobą nieprzyjaciół. Miał tylko nadzieję, że Normodianie zatrzymają ich na dość długo, by on i Alaina mogli znaleźć bezpieczną kryjówkę