Odpowiedzi

2010-03-04T20:46:09+01:00

1. KRAJOBRAZ LWOWSKI

W przeciwieństwie do krajów zachodniej i południowej Europy, które są górzyste, silnie rozczłonkowane i podległe wpływom oceanicznym — środkowa i wschodnia Europa przedstawia wielki trzon lądowej równiny. W obrębie tego trzonu wyróżnić można, począwszy od prawego dorzecza Odry a kończąc na lewym brzegu Dniepru i Dźwiny, pewną zwartą całość, spojoną ze sobą nawewnątrz ramionami rzek ku Wiśle skierowanych. Całość ta geograficzna to ziemie Rzeczypospolitej Polskiej, według jej dawnych, przedrozbiorowych granic. I pod względem pionowego układu różni się ten kawał trzonu lądowego od reszty, zwłaszcza od rosyjskiej równiny, bo gdy tam jest na środku wzniesienie, z którego na wszystkie strony wody spływają — u nas przeciwnie środek jest najniższy, a po obu brzegach zaznaczają się jakby wypukłe ramki, czyli wały: na północy garb nadbałtycki, na południu nieopodal Karpat szerokie wyże, małopolski i podolski. Gdy środek nizinowy opada nieraz do kilkudziesięciu tylko metrów nad poziom morza, wznoszą się wały brzegowe do 300 metrów, a czasem i wyżej.

Otóż na takiej południowej wyżynie, która zaczyna się zaraz na wschód od rzeki Wereszycy, a sięga przez Podole prawie do Czarnego morza, jest nasz Lwów położony. Wyżyna ta w tem miejscu porównaną być może do jakiejś olbrzymich rozmiarów ławicy, jest bowiem przy swej nadzwyczajne) długości zaledwie kilkanaście mil szeroką. W naszych stronach na południu sięga do Dniestru, a na północ koło Żółkwi suchem brzegowiskiem ku nizinie nadbużańskiej opada*).

Jakkolwiek Lwów nie leży na najwyższym punkcie tej wyżyny, bo nawet z Wysokiego Zamku widać od wschodu wyższe wzniesienia Woroniaków i Gołogór (470 m), to jednak, wznosząc się do 400 m., ma i tak nasz Wysoki Zamek bardzo wyniosłe położenie, a widok z niego należy do bardzo rozległych. W pogodne dni wrześniowe, kiedy powietrze szczególnie jest przejrzystem, rysują się z Kopca, hen za doliną Dniestru, rąbki Karpat, odległych od nas o mil piętnaście! Kiedy w r. 1886 gorzało miasto Stryj, dostrzec było można z zamkowej góry w nocy lekką jasność od łuny dalekiej; nawet pożar Stanisławowa zabarwił u nas przed laty (1868) brzeg widnokręgu. Najstarsza zaś o Lwowie wzmianka (w kronice wołyńskiej) powiada, że widziano stąd w roku 1259 odblask płonącego Chełma, który jest jeszcze dalej od nas położony niż Stanisławów. Tak szerokim jest widnokrąg Lwowa!

*) Geologja, czyli nauka o ziemi, stwierdza, ze po opadnięciu pierwotnych wód, które w najdawniejszych czasach pokrywały okolice Lwowa, a których śladem są skamieniałe zęby rekinów (ludojadów), muszle i inne szczątki stworzeń morskich, znajdowane w naszych piaskach, nastąpił okres bardzo zimny, czyli t. zw. epoka lodowa. O niej znowu świadczą kości mamuta i innych zwierząt strefy zimnej (wykopywane głównie w pokładach gliny), które oglądać można w Muzeum Dzieduszyckich. Otóż w epoce lodowej, przed tysiącami lat, zesuwały się, zdaniem geologów, z podbiegunowej północy olbrzymie lodniki aż w pobliże naszych okolic — i one to ukształciły owe suche brzegowisko, oznaczające dzisiaj północna granicę podolskiej wyżyny.

Za ten widok rozległy przyszło nam brakiem rzeki zapłacić. Wiadomo, że rzeki są największemi w nizinach; w górach i na wyżynach właśnie dopiero powstają. Góry i wyżyny podobne są w tym względzie do dachów, na których się woda nie zbierze, tylko na prawo i lewo w dół ścieka. A tak wierzchami idzie zawsze granica, która rozdziela od siebie wody na jedną i na drugą stronę płynące, t. j. wierzchy tworzą dział wód. Lwów właśnie leży na takim dziale. Dział wodny rozgraniczać może potoki do tej samej rzeki wpadające, albo też wody płynące do różnych rzek, ba nawet do mórz odmiennych. Wtenczas mamy przed sobą dział wód wielki, i na takim wielkim dziale wód, na dziale europejskiego znaczenia, jest nasze miasto położone. Wszystkie wody, które spływają na tę stronę naszej wyżyny, którą przed sobą (ku północy) ze Zamku widzimy, dążą do Bugu, Bugiem do Wisły, a Wisłą do morza Bałtyckiego. Te zaś, które mają swój spadek w stronę przeciwną, w kierunku południowym i zachodnim, te płyną do Dniestru, a z nim do morza Czarnego.

Zaraz za dworcem kolejowym powstaje potok biłohorski, którego wodę wraz z innymi staw rudnieński (Strychowalec) przez Starą Rzekę i Wereszycę posyła do Dniestru. Na południe od Lwowa, w Basiówce, powstaje Szczerzyca, a w Kozielnikach, tuż za Zieloną rogatką Żubrza; obie pod Mikołajowem także do Dniestru spływają. I oto jest całe nasze nachylenie czarno-morskie. Należą do niego przestrzenie zamiejskie od rogatki Janowskiej przez Gródecką aż do Zielonej, a w mieście tylko sam dworzec kolei.

Zresztą wszystko we Lwowie należy do Wisły. Co prawda niewielki to dopływ, którym zasila królowę rzek naszych okolica lwowska — ta nasza rodzinna Pełtew — ale i jej w opisie krajobrazu lwowskiego pominąć nie można. Jest między Wulecką a Stryjską rogatką, przecięty linją kolei, niewielki lasek dębowy, dawniej piękny, dziś już po większej części wytrzebiony — w tym lasku powstaje Pełtew. Zaledwie jeden kilometr upłynąwszy, stworzyła cały szereg wcale pokaźnych stawów, najprzód Wulecki, potem Sobka, wreszcie Pełczyński i Panieński.

Natrafiała bowiem na kilka jarów po drodze, które wprzód musiała wypełnić, zanim się posunęła dalej. Wychodząc ze stawu Panieńskiego, zakreśla Pełtew łuk aż pod ogród Jabłonowskich i dopiero potem skręca do miasta ku Akademickiej ulicy. U stóp ogrodu Jabłonowskich wpada do Pełtwi Żelazna Woda, a przy zbiegu ulicy Fredry z placem Akademickim Pasieka, która od Pohulanki ulicą Kochanowskiego przybywa *) — poczem wzmożona nieco Pełtew płynie dalej przez ulicę Akademicką, plac Marjacki, Wały Hetmańskie i plac Gołuchowskich. Wszystko to jednak odbywa się pod ziemią, ponieważ te nasze potoki są już w mieście zasklepione. Dopiero za ulicą Rzeźną, na t. zw. dawniej Opałkach, Pełtew znowu na jaw wychodzi, a okrążając w pewnej odległości górę zamkową, przecina żółkiewski gościniec — i wprowadza wreszcie mętne swe wody w podmokłą i bagnistą dolinę, która jej własnym jest wytworem.

*) Przy ujściu Żelaznej Wody stał przed 30 laty t. zw. „murowany most", a przy ujściu Pasieki most św. Jana (Nepomucena), z którego. figurę postawiono później przed kościołem św. Mikołaja. Górny bieg Pełtwi aż po ujście Pasieki nazywano dawniej Soroką.

Kiedy ze szczytów Wysokiego Zamku wzrok nasz pada na rozległą równinę ku północy, wydawać się może, że stoimy na brzegu wyżyny, że tam u stóp góry zamkowej już się rozściela nizina. Tak jednak nie jest; kraniec wyżyny naszej przypada znacznie dalej, aż poza Żółkwią, — a to, co z Zamku widzimy, jest tylko miejscową przerwą. Za tą przerwą następuje znowu wywyższenie, potem znowu przerwa i tak po kilka razy. Kto jechał gościńcem do Żółkwi, ten wie, że ciągle droga to się do góry podnosi, to znowu w dół opada. Owe zagłębienia czyli przerwy w wyżynie utworzyły rzeczki wzdłuż niej płynące, a pierwszą z tych przerw, tę właśnie, którą ze Zamku widzimy, wypłukała Pełtew. Nie jest to zatem nizina, tylko dolina Pełtwi; dolina wznosząca się nad poziom morza 250 metrów, a 150 metrów niżej leżąca od szczytu Kopca.

Ale nie na tę tylko jedną dolinę u stoków Zamku ograniczyła się działalność Pełtwi i jej dopływów. Ktokolwiek zna tylko trochę z wycieczek okolicę Lwowa, przypomni sobie zapewne te liczne malownicze wąwozy i jary, które wzdłuż i wszerz przecinają nasze gaiki. Na dnie każdego z nich prawie sączy się jakiś leśny strumyczek. Te strumyczki to właśnie wytworzyły te jary. Na wypłukanie ich składały się setki i znowu setki lat, nieprzeliczone burze i ulewy. Ma swój jar Pełtew, ma Pasieka, mają Żelazna Woda i inne mniejsze dopływy; a gdy się ze sobą połączą te jary, wtedy powstaje jedno większe zagłębienie, które kotliną lwowską się zowie. Lwów cały leży w kotlinie; widać to, idąc z którejkolwiek rogatki, że się zstępuje do dołu. Na jednej tylko rogatce Żółkiewskiej jest przestrzeń równa; lecz to jest właśnie owa przerwa, przez którą Pełtew między zamkową a katowską *) i Kortumową górą z kotła lwowskiego do swojej własnej doliny przechodzi.

*) Na niej od najdawniejszych czasów tracono skazanych na śmierć, stąd nazwa; góra katowska, albo hyclowska, góra stracenia lub góra sprawiedliwości. Dzisiaj pospolicie nazywają ją górą im. Teofila Wiśniowskiego.

Okazuje się tedy, że bliższe poznanie choćby najmniejszych strumyków bardzo się znacznie do zrozumienia rodzinnego zakątka przyczynia. Całe urozmaicenie, całą piękność swoją ma okolica lwowska właśnie tym lichym rzeczułkom do zawdzięczenia. Nietylko piękność — owszem pewne nawet widoczne korzyści wypłynęły z tego utworzenia kotliny, którego u nas dokonała Pełtew. Jest w tej kotlinie lwowskiej powietrze zawsze łagodniejsze, niżeli na otwartem miejscu wyżyny — a spostrzeżenia na uniwersytecie wykazują zawsze mniej zimna, mniej gorąca i mniej wiatru, niżeli spostrzeżenia na politechnice. Bardzo dobrze uwydatnia tę różnicę porównanie z Warszawą, z którego wynika, że klimat wyżyny lwowskiej jest ostrzejszym, ale klimat miasta Lwowa jest łagodniejszym od warszawskiego klimatu*).

Przed kilku wiekami był u nas według wszelkiego prawdopodobieństwa klimat jeszcze łagodniejszy. Nie inna mogła tego być przyczyna jak tylko większe zalesienie. Las bowiem jak gdyby przerzucone ubranie okrywał boki pagórków, chroniąc od wiatrów, łagodząc w zimie mróz a w lecie upały.

*) Klimat Lwowa należy wogóle do tej samej strefy środkowoeuropejskiej, do której z miast naszych prócz Warszawy także Kraków i Poznań są zaliczone. Jednakże Lwów leży na samych kresach tej strefy, bo już od Tarnopola, a na północy od Wilna, zaczyna się dziedzina wschodnio-europejskiego klimatu, który się większym chłodem a mniejszą ilością opadów odznacza. Jest więc u nas chłodniej a suszej nieco niźli w Krakowie albo w Poznaniu, a mamy więcej ciepła i więcej opadu niż na Podolu i Litwie. Roślinność rozwija się u nas na wiosnę o jakie dwa tygodnie później niż w Krakowie, ale słonecznych dni w roku jest nieco więcej.

Największe gorąco, jakie we Lwowie w nowszych czasach zauważono, doszło do + 34,5° C (w lipcu 1867), największe zimno do — 30,5°C (w lutym 1870). Jednakże w ostatnich latach maximum ciepła było przewyższone: 2 sierpnia 1917 + 35,8° C, a 12 sierpnia 1921 + 37° C. Mrozu wiekszego niż w r. 1870 później nie było. Gdyby gorąco i zimno rozdzielić jednostajnie na wszystkie dni roku, to wypadłaby temperatura przeciętna +7,5° C na każdy dzień. Wiatr jest u nas najczęściej zachodni lub południowo-zachodni, rzadko północny lub wschodni.

Nie należy sobie jednak wyobrażać, że różnica temperatury była znaczna, sądząc po tej okoliczności, że od stoków góry Piaskowej aż ku Krzywczycom ciągnęły się lwowskie winnice, z których sto beczek lekkiego wina do swoich piwnic staczali mieszczanie. Przy ówczesnych bowiem trudnościach dowozu wszędzie u nas takie wino hodowano, choćby dla celów kościelnych.

Jeszcze dzisiaj mieszkaniec Lwowa szczęśliwym nazwać się może, że ma te liczne za miastem laski, gdzie w czasie letnich skwarów swobodnego używa wytchnienia. Jeden z tych lasków nawet tuż do rogatki łyczakowskiej przytyka i aż do samych Winnik bez przerwy się ciągnie, a powstaje w nim zamiejski dopływ Pełtwi: Maruńka. Ale czem jest to wszystko wobec tych borów, które dawnemi laty tu rosły! Za czasów Kazimierza Wielkiego las aż do murów miejskich dochodził, aż do miejsca gdzie dzisiaj Szkarpy i gdzie bernardyńskie budynki. A także i lewy czyli zachodni brzeg Pełtwi, choć już mniej silnym z powodu licznych moczarów, ale równie rozległym, porastał lasem. Tylko na bagnistą dolinę pod Zamkiem, tylko na północ, widok szeroki w dal się otwierał.

I było co spojrzeć wówczas na owe lasy. Dzisiaj wysmukły grab przeważa u nas pod Lwowem, a czasem zadowolnić się trzeba tylko brzozą, osiką lub olchą. Dawniej trafiały się znacznie częściej obszerne kępy potężnych dębów, a głównie barwę krajobrazowi nadawał dorodny buk ze swym wesołym jasnozielonym liściem. Za króla Jana III cała góra brzuchowicka szumiała lasem bukowym. Jeszcze zaś dawniej, za ruskich kniaziów, musiało podobnie wyglądać świętojurskie wzgórze, gdyż pierwsza cerkiew tego miejsca z bukowych wybudowaną była kloców.

Las jednak nietylko ciepła, lecz także i wilgoci przysparza: jest on jakby naturalnym zbiornikiem wilgoci. W lesistych okolicach więcej jest wód płynących i stojących i częstsze bywają opady. Dziś z małych naszych rzeczułek słońce na otwartych przestrzeniach ostatki wody wysusza. Nie tak im było dawniej, kiedy wśród leśnych cieniów płynęły. Inna wtedy była tych wód natura, inna obfitość. I Pełtew miała swe młode lata, kiedy czystym płynęła strumieniem, a po wezbraniu w bystrym pędzie zrywała mosty i domy, szerokie pokrywając przestrzenie. Kiedy przed 400 przeszło laty nastąpił wylew wód po deszczach, to zdarzyło się i we Lwowie, że od krakowskiej bramy do ulicy św. Stanisława na czółnach trzeba się było dostawać. Wtenczas jeszcze brudna dzisiaj Pasieka na miano „Srebrnego Potoka" zasługiwała. Było też w obrębie dzisiejszego miasta wiele strumyków, z których obecnie i ślad nie pozostał; były stawy później wyschłe lub zasypane, były moczary na miejscu dzisiejszych placów i gmachów. Gdzie plac Marjacki, gdzie teatr nowy i stary, gdzie pojezuicki ogród, tam niegdyś kaczki na bagnach strzelali nasi pradziadowie. Plac Dąbrowskiego był stawem; mnóstwo ich było na Janowskiem i Żółkiewskiem, przy ulicy Kochanowskiego i przy Piekarskiej ulicy a już owa północna dolina u stoków Zamku tak była podmokłą, ze żadne wojsko tam się rozłożyć nie mogło.

W tych dawnych lasach lwowskich, osłaniających od zimnych powiewów, zraszanych obficie wilgocią, o ileż roślinność musiała być bardziej powabną i bujną! Zrobiono już w naszych czasach to spostrzeżenie, że roślinna szata zamkowej góry zmieniła się nie do poznania, odkąd to niegdyś, nagie zbiorowisko piasku przekształcone zostało w park wspaniały. Zamiast piaskowych burzanów i ostów, rozpleniły się wszędzie leśne rośliny. Tem większa jest różnica między nowemi a dawnemi czasy; tem bardziej przeważała wówczas leśna roślinność — a także i moczarowa — ponad stepową. Dziś jest to dla nas prawie niespodzianką, kiedy znajdziemy na Czartowskiej Skale białe, strzępiaste gwoździki lub szafirowe goryczki, albo koralowe bzu karpackiego jagody — a znowu wodne lilje na stawach; dawniej tego wszystkiego bywało pod Lwowem dostatkiem.

I jeszcze większy dostatek był rozlicznego zwierza. Nietylko lisów, zajęcy i rogaczy mnóstwo, nietylko wilki, niedźwiedzie i dziki, ale prócz tego rzadkie już teraz bobry, i rzadsze jeszcze — dziś nawet w białowieskiej puszczy prawie wytępione — żubry. Ich stada w naszej się Żubrzy poiły, która od tego, jak Bóbrka od bobrów, ma swoje nazwanie. Bywały pod Lwowem jeszcze przed 400 laty łowy na żubra. Władcy Czerwonej Rusi trzymali tu nawet dla pilnowania zwierzyny służbę osobną, tych kozielników i sokolników, od których wsi po dziś dzień noszą nazwiska. Był także w stawach tutejszych ryb rozmaitych dostatek — zwłaszcza szczupaków i karpi — a ze spróchniałych dębów miód się na ziemię przelewał. I prędzej człowiek mógł się w słodyczy utopić, niżby się do dna takiej miodowej krynicy domacał. A ponad barwnym kwiatów kobiercem i pod zielonym z liści namiotem ruchliwe śpiewaków leśnych gromadki; czyżyków, szczygłów, pokrzewek i tych słowików, których się nie mógł dosyć Jagiełło na Rusi nasłuchać. Kiedy to było, to wszystko? Za królów polskich, za ruskich kniaziów i jeszcze przed nimi — im głębiej w przeszłość tem bardziej pierwotna puszcza, bo słusznie proste przysłowie powiada; „był las nie było nas" i pięknie się pewien starodawny poeta wyraził, że „...dawniej lasy niż miasta nastały, Prędzej Bóg stworzył drzewo niż człowieka"*).

*) Klonowicz: Roxolania czyli poemat o Rusi w tłumaczeniu Syrokomli. Wilno 1851. Str. 27.

2. POWSTANIE LWOWA

„W roku 981 po narodzeniu Chrystusa Pana wyprawił się Włodzimierz na Lachów i zajął grody ich: Przemyśl, Czerwień i inne grody, które są aż do tego dnia pod Rusią". Tak napisał w 130 lat po tym wypadku najstarszy kronikarz ruski Kijowjanin Nestor, i dał nam przez to pierwszą historyczną o naszych stronach wiadomość. Dowiadujemy się z niej, że Przemyśl a nawet Czerwień, który aż w chełmskiej ziemi był położony, i inne tutejszych okolic grody należały pierwotnie do Polaków. Wyraźnie to i z innych miejsc Nestora wynika, że granicę między polskim a ruskim szczepem stanowił naówczas Bug. Wszystka ziemia po lewej czyli zachodniej stronie Bugu, a więc także dorzecze Pełtwi, była dziedziną polskiego plemienia w tym czasie, kiedy nad Rusią Włodzimierz a nad Polską Mieszko (Mieczysław), pierwsi chrześcijańscy tych ziem książęta, panowali. Jednakże Nestor w drugiej części swej wiadomości powiada, że grody przez Włodzimierza zajęte zostały już odtąd przy Rusi. I rzeczywiście, jakkolwiek tak dzielni monarchowie polscy jak Bolesław Chrobry i Śmiały, a później Kazimierz Sprawiedliwy i Leszek Biały, odzyskiwali nie tylko te grody lecz zdobywali jeszcze Kijów lub Halicz, to jednak zawsze tylko na krótki czas, a ostatecznie utrzymali się w ich posiadaniu Rusini. Odtąd kresy od strony polskiej posunęły się od Bugu aż po San i po Wisłok, a nasza rodzinna okolica skutkiem zaboru Włodzimierza z polskiej ziemi granicznej stała się ruską graniczną ziemią. Ziemia graniczna dwóch walczących ze sobą szczepów — to znaczy w owych czasach pole ciągłych najazdów, spustoszeń i mordów. Rzecz zrozumiała, że w tych historycznych warunkach nie powstało tu żadne wybitniejsze ognisko osadnictwa.
8 1 8