Odpowiedzi

2010-03-06T15:59:42+01:00
Kolejny dzien
5 marca 1940 - II wojna światowa: Biuro Polityczne KC WKP(b) podjęło decyzję o wymordowaniu ok. 25 tysięcy polskich jeńców wojennych.5 marca 1977
Sid Vicious zastąpił w grupie S... (więcej)
5 marca 1940 - II wojna światowa: Biuro Polityczne KC WKP(b) podjęło decyzję o wymordowaniu ok. 25 tysięcy polskich jeńców wojennych.5 marca 1977
Sid Vicious zastąpił w grupie Sex Pistols basistę Glena Matlocka Dzisiaj nie mam przemyślen nie myśle dziś sie ucze SESJA (mniej)
Komentarze: 0
3 marca 2010 20:06 3 marzec
Tragiczny pożar w szpitalu psychiatrycznymDo pożaru doszło na pierwszym piętrze trzykondygnacyjnego budynku. W jednym z pomieszczeń z nieustalonych dotychczas przyczyn zapaliły się materace.... (więcej)
Tragiczny pożar w szpitalu psychiatrycznymDo pożaru doszło na pierwszym piętrze trzykondygnacyjnego budynku. W jednym z pomieszczeń z nieustalonych dotychczas przyczyn zapaliły się materace. Zgłoszenie o pożarze straż pożarna otrzymała przed godz. 22.00. Sytuacja jest już opanowana. Wkrótce rozpoczną się czynności śledcze z udziałem policji i prokuratora.Krótko po wybuchu pożaru z budynku ewakuowano około 20 osób. Kiedy strażacy przyjechali na miejsce, w gmachu panowało duże zadymienie.W czasie przeszukania placówki znaleziono zwłoki jednej z ofiar. Później stwierdzono zgon także dwóch ewakuowanych osób. Według strażaków, wszystkie ofiary śmiertelne to pacjenci szpitala.Siedem osób, w tym czterech pacjentów i trzech pracowników personelu, podtruły się dymem – podała straż.Do pożaru nie doszło w sali, w której leżeli pacjenci, lecz w pomieszczeniu magazynowym. Strażacy nie chcą się na razie wypowiadać na temat przyczyn tragedii. Ta wiadomość skłoniła mnie do lekkich dygresji jesli chcecie przeczytacie jesśli nie omińcie ten post:)Gdy zdarza się wielka tragedia , pożar powódz, trzęsienie ziemni wiele osób woli zotać na miejscu aby umierać wraz ze swoim dobytkiem. Nikt nie chce sie ewakuować ,wszycy wolą powoną smierć wynika to chyba ze świdomości że moje miejce jest tam gdzie jest mój dom . Jak ocenić taką postwę, jako heroiczną ? Bo to tak jak z Haiti mimo że sytuacja powtarza się tam co jakiś czas a wyspą rządzą bandy rabusiów to ludzie zostają przy swoich domach ... I kolejne jak ocenić ludzi uciekających z zagrożenia ,jaką miarą ? A tu odpowiedz jest prosta- miarą tego co ratują. kKlka dni temu widziałem na necie zdjęcie dwóch osób jedna podczas powodzi niosła LCD a dróga psa .. miarą człowieczeństwa jest to po co wracasz do domu w dniu tragedi .. Ja sam jestem dość mały wróciłbym po stare winyle To tyle dziękuje za poświęcony czasA teraz piosenka która jest w sam raz na tą okazje wysłuchajcie ocencie i napiszcie komenta pod blogiem:http://www.youtube.com/watch?v=MFhgrxoA6l4 (mniej)
Komentarze: 1
2 marca 2010 17:37 2 marca
Po pierwsze witam po długiej nieobecności i przepraszam wyszstkich.Blog zmienia oblicze z typowohistorycznego na historyczno ,komentatorskie zresztą ocencie sami. 2 MarcaWydarzenia w Polsc... (więcej)
Po pierwsze witam po długiej nieobecności i przepraszam wyszstkich.Blog zmienia oblicze z typowohistorycznego na historyczno ,komentatorskie zresztą ocencie sami. 2 MarcaWydarzenia w Polsce:1831- Trwa powstanie Listopadowe -powstańcy wygrywają w bitwie pod PuławamiW tym czasie na głównym froncie powstania panował zastój. Polacy po bitwie grochowskiej nie mieli pomysłu na prowadzenie operacji wojennych, a Rosjanie nie mieli możliwości szturmu na Warszawę. Generał Dwernicki miał plan dostania się na Wołyń, w celu wzniecenia tam powstania. W tym celu należało jednak przejść Wisłę i rozbić siły wroga. W nocy z 1 na 2 marca część jednostek jego korpusu, przeprawiła się przez skutą lodem Wisłę, i wyparła Rosjan z Puław. Taka mala dygresja jak cudnie się jednoczymy gdy są powstania gdy uciska nas komuna gdy niemiec kolbom cisnie plecy lecz gdy mamy demokracje każdy kradnie w swoją strone popatrzmy tylko na pzpn , sejm czy sąsiada co rysuje nam auto pod blokiem alecoż tam "bujać to my panowie szlachta" 1957 - założono Polski Związek Podnoszenia Ciężarów. I dzięki panie ci za to i niech bóg błogosławi Agate Wróbel1993 - została założona fundacja Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.Wydarzenia na świecie 1476 - zwycięstwo wojsk szwajcarskich nad burgundzkimi w bitwie pod Grandson. 1933 - premiera filmu King Kong. Pierwszy z filmów o King Kongu – gigantycznej małpie przewiezionej do Nowego Jorku. Zapoczątwał mode na filmy o gigantycznych potworach .
1965 - wojna wietnamska: Amerykanie rozpoczęli kampanię powietrzną nad Wietnamem Północnym (operacja Rolling Thunder)-czyli kolejny raz amerykanie pchają sie tam gdzie ich nikt nie prosi a ich dzielni chłopcy gina w imie idei politycznych . Hipisi tną wlłosy a matki płaczą This is End my friend The EndUrodzili się1886 - Kazimierz Jan Piątek ps. Herwin, kpt., żołnierz Legionów (poległ 1915). 1900 - Kurt Weill, niemiecki kompozytor (zm. 1950) 1921 - Kazimierz Górski, polski trener piłkarski, selekcjoner reprezentacji Polski, prezes PZPN (zm. 2006) 1978 - Sebastian Riedel, polski muzyk zespołu Cree Muzycznie1942 W nowojorskim Brooklinie, w rodzinie żydowskiej, przyszedł na świat Lewis Allen Reed, znany lepiej jako Lou Reed. 2008
W Toronto zmarł słynny niewidomy gitarzysta rockowo-bluesowy Jeff Healey. Współpracował z m.in. B.B. Kingiem, Stevie Ray Vaughanem, George’em Harrisonem, Markiem Knopflerem i Jimmym Rogersem. Healey miał 41 lat. Przyczyną śmierci był rak płuc.2004Znana z zespołu All Saints Natalie Appleton oraz jej małżonek, Liam Howlett, lider grupy The Prodigy, doczekali się narodzin swego pierwszego wspólnego dziecka. Pociecha płci męskiej przyszła na świat w szpitalu w Londynie.1999
Po długiej walce z rakiem piersi, w swoim domu w Henley-on-Thames, zmarła Dusty Springfield. Największa brytyjska pieśniarka soulowa odeszła w wieku 59 lat.1996
Magazyn "Billboard" poinformował, że wytwórnia MCA (stanowiąca część koncernu Seagram, który przejął Universal), kupiła 50% udziałów w Intersope - bardzo popularnej wytwórni rapowo-metalowej, założonej przez Jimmy'ego Iovine'a.1984
Urodziła się córka Micka Jaggera i Jerry Hall - Elizabeth Scarlett.1977
W angielskim Devon urodził się Chris Martin, wokalista, gitarzysta i pianista brytyjskiej grupy Coldplay.1977
Keith Richards, gitarzysta The Rolling Stones, został aresztowany w Toronto w Kanadzie, za handel narkotykami.1974
Neil Diamond otrzymał nagrodę Grammy za najlepszy utwór pochodzący z filmu. Była to piosenka "Jonathan Livingston Seagull".1969
W Cambridge, w Wielkiej Brytanii, odbył się pierwszy wspólny koncert Johna Lennona i Yoko Ono.1968
Syd Barret został wyrzucony z grupy Pink Floyd, choć oficjalnie fakt ten podano do wiadomości dopiero 6 kwietnia.1968
Cat Stevens trafił do kliniki w Londynie, gdy zdiagnozowano u niego objawy gruźlicy. Kolejne trzy miesiące spędził w szpitalu Św. Edwarda, a przez następne dziewięć przechodził rekonwalescencję w domu.1967
The Mamas & The Papas otrzymali Grammy dla najlepszej grupy - naturalnie za piosenkę "California Dreaming".1962
W miejscowości Perth Amboy w stanie New Jersey urodził się John Bongiovi, wokalista i założyciel Bon Jovi.1958
Urodził się Janusz Niekrasz - polski muzyk, gitarzysta basowy, członek zespołu TSA.1956
W Melbourne w Australii urodził się Mark Evans, w latach 1973-77 basista grupy AC/DC.1944
Urodził się Roger Daltrey, wokalista zespołu The Who. Próbował również sił jako aktor, ale głównie w filmach muzycznych. Grał w rock–operze "Tommy", a także w filmach "Lisztomania", "The Mania" i "McVicar".1942
W nowojorskim Brooklinie, w rodzinie żydowskiej, przyszedł na świat Lewis Allen Reed, znany lepiej jako Lou Reed.1900
Urodził się Kurt Weill, kompozytor niemiecki. Zajmował się między innymi radykalnymi formami teatru muzycznego. Tworzył również z Bertoldem Brechtem. Najbardziej znanym owocem tej współpracy jest "Opera za trzy grosze", napisana w 1928 roku. Zmarł 4 kwietnia 1950 roku. Jego utwory nagrywali tacy współcześni wykonawcy jak The Doors, David Bowie, Sting.na koniec link do youtube własnie zespołuThe Who http://www.youtube.com/watch?v=594WLzzb3JI (mniej)
Komentarze: 0
10 października 2008 21:07 Klejnoty Rycerstwa Polskiego
Na wstępie mojej pracy chciałbym wyjaśnić znaczenie słowa klejnoty znajdującego się w tytule dzieła przypisanego autorstwu Jana Długosza.
Klejnot - to najważniejszy po godle element ... (więcej)
Na wstępie mojej pracy chciałbym wyjaśnić znaczenie słowa klejnoty znajdującego się w tytule dzieła przypisanego autorstwu Jana Długosza.
Klejnot - to najważniejszy po godle element herbu pełnego. Nierzadko używany był np. na pieczęciach lub zwornikach zamiast podstawowej wersji herbu. Początkowo dodatkowy znak rozpoznawczy umieszczano na samym hełmie lub na przymocowanej doń metalowej półkolistej płytce. Malowano tam godło z tarczy lub barwne pasy. Później zaczęto na hełmie umieszczać większe figury plastyczne wykonane najczęściej ze skóry, pergaminu, drewna lub blachy. Obecność hełmu w heraldyce to wynik rozpowszechnienia się w XIII wieku turniejów rycerskich. Na hełmie bowiem umieszczano klejnot - główny znak rozpoznawczy w czasie turnieju. Tym samym hełm ma uzasadnienie w heraldyce tylko jeśli występuje na nim klejnot. Hełm herbowy, podobnie jak tarcza, miał stylizowaną formę hełmu rzeczywistego i ulegał ewolucji od garnczkowego aż po hełmy turniejowe-żabi pyskturniejowe - żabi pysk i prętowy
W pierwszych dwóch stuleciach rozwijających się form turniejowych kwalifikacja chętnych do rozgrywek była prosta. Kandydat musiał posiadać konia, oręż i wywodzić się ze stanu rycerskiego. Od XIV stulecia podejmowano stanowcze próby ograniczenia udziału w igrzyskach przedstawicieli niższych stanów na rzecz potomków starych rodów. Już w XV wieku eliminowano na ogół tych, którzy nie mogli potwierdzić szlachectwa po mieczu i kądzieli do czwartego, a w Polsce do trzeciego pokolenia. By to uczynić, musieli przedłożyć heroldowi tablicę genealogiczną z herbami 30 przodków urodzonych prawnie i należących do stanu rycerskiego, a najlepiej do arystokracji. Wozili więc w sakwach pergaminy z wyrysowanymi drzewami genealogicznymi i herbowe zwoje z tarczami przodków, a jeśli stawali się ofiarami napaści i rabunku, bardziej żałowali utraty tych dokumentów niż "wacków" z pieniędzmi - jak pisał polski kronikarz Bartosz Paprocki (1540-1614). Ukrywali je zatem w pasach, zaszywali w odzieży. Przed turniejem herold miał obowiązek sprawdzić herby, uzbrojenie i broń. By nie dopuścić do walki nierycerzy, ponownie poddawał ich badaniom już w trakcie turnieju. Dokonywał szczegółowego przeglądu zdobionych klejnotami rodowymi hełmów (niem. Helmschau) oraz tarcz z herbami. Jeśli hełm z klejnotem, herb i postawa moralna kandydata były bez zarzutu, herold wyrażał zgodę na jego uczestnictwo. Jeśli pojawiły się wątpliwości i zostały potwierdzone lub gdy rycerz dopuścił się czynu nagannego, herold publicznie obwieszczał jego imię. Rycerz musiał odeprzeć zarzuty. Jeśli nie potrafił tego dokonać, okrywał się hańbą.
Tak więc jak podaje nam historia klejnoty oraz herb w XIV zaczęły nabierać wartości. Jan Długosz jest uznawany przez pisarzy historyków ubiegłego stulecia za ojca polskiej heraldyki, Michał Wiszniewski w swojej „ historii literatury polskiej” stwierdził że ; Jan Długosz u nas rozpoczął szereg dziejopisów szlacheckich .pomimo tego nie wszyscy zgadzają się z tezą iż autorem „Klejnotów” jest Jan długosz .
Wydawca „Klejnotów” M . Friedberg wykazał że powstało ono u schyłku życia Długosza w latach 1464/65 do 1480 . do XX w. Zachowało się ono w siedmiu wczesnych i późnych rękopisach , z których żaden , nawet podejrzany o to najstarszy Kórnicki ,nie jest autografem Długosza .
Stefan Krzysztof Kuczyński w swojej książce „polskie Herby ziemskie pisze : porównanie opisu herbów ziemskich w Rocznikach Długosza i Klejnotach wykazuje różnice „ Na piętnaście herbów tylko trzy są identyczne co do godła i barw trzy dalsze wykazują niewielkie różnice godeł (nierówna liczba gwiazd w herbie ziemi sandomierskiej , występowanie i brak koron w herbach przemyskim i lubelskim ) . Te rozbieżności wysuwa się nawet jako argumenty przeciw autorstwu klejnotów Długosza Daje się to wyjaśnić nie zakończonym procesem ustalania się tych nowszych herbów , których barwy mogły ulec zmianie w ciągu paru dziesiątków lat dzielących czasy chorągwi grunwaldzkich i spisania czy zredagowania Klejnotów. Opisy herbów ziemskich przez Długosza, mimo wskazanych rozbieżności miedzy Rocznikami i Klejnotami, odznaczają się duża precyzja i i zalecaną przez klasyczną heraldykę zwięzłością w blazowaniu znaków herbowych. Odnosi się to również do herbów szlacheckich , których znajomość jak i w ogóle duże wyczulenie na heraldykę cechuje Długosza .
Z opisów herbów ziemskich w Klejnotach wyłania się heraldyczny obraz Korony Królestwa Polskiego drugiej Przyjrzyjmy się więc treści „Klejnotów” .Autor zwyczajem wszystkich herbarzy średniowiecznych, zaczyna od opisu herbu państwowego a zarazem godła króla polskiego i z poczuciem dumy narodowej zaznacza ,że żaden inny monarcha nie może poszczyć się takim znakiem; tylko cesarz rzymski ma godło podobne.
Dalej wymienia herb Litwy jako drugi znak monarchy państwa polsko-litewskiego ,a następnie 17 herbów ziemskich , 4 kapitulne i 71 rycerskich ; liczby te wskutek późniejszych uzupełnień są odpowiednio wyższe. Najcenniejszym przekazem są heraldyczne opisy herbów, gdyż Długosz podaje nie tylko kształt godła herbowego, ale i barwy, zarówno godła, jak i tarczy, nieraz tak dokładnie , że nie znający tego herbu potrafi go sobie wyobrazić.
Ta precyzja opisów pozwala nawet-jak już wspomniałem widzieć w Długoszu pierwszego teoretyka polskiej heraldyki. Długosz nie ogranicza się do opisu herbów. Podaje także informacje o pochodzeniu rodów , niekiedy relacje o czynach ich członków , przekazuje też-w 18 przypadkach-zwięzłe charakterystyki rodów , wydobywając zalety i wady oraz przymioty obyczajowe ich członków. Wiele tych informacji pokrywa się z informacjami podanymi przez niego w „Żywotach” co jest kolejnym argumentem na to że to właśnie Jan Dług osz napisał „Klejnoty polski” herbarz różni się od tych zachodnich na pewno brakiem rysunków herbów , takowe posiadają tylko szesnastowieczne redakcje dzieła Długosza opierające się na szczątkowych przypuszczeniach że oryginał je jednak posiadał. Jednak byłoby to wg mnie bez sensu ponieważ najważniejszą częścią dzieła są dokładne opisy herbów które –jak w banderiach( rękopisie przedstawiającym 56 chorągwi krzyżackich zdobytych min. pod Grunwaldem Koronowem i Nakłem )-byłyby zbędne , gdyby dzieło miało zwierać barwne ich podobizny. Dowodem ich popularności jest wyżej wspominana duża liczba kopii Klejnotów. Przynoszą one niemało zmian i uzupełnień , co świadczy, że były dziełem żywym, stale uaktualnianym a więc potrzebnym jeszcze w XVI wieku.
Niestety oryginalne dzieło Długosza nie zachowało się do dnia dzisiejszego, więc wszystkie teorie dowodząceautorstwa dzieła bazują na kopiach .natomiast treść Klejnotów wskazuje iż była to praca robocza będąca zaczynem większego dzieła .
(mniej)
Komentarze: 4
9 października 2008 14:04 Cz III Rycerze
się w opinii ludzi sobie współczesnych jedną z najbardziej niebezpiecznych i nieobliczalnych postaci pogranicza śląsko-małopolskiego.
Dobre koneksje Siestrzeńca z rodziną Szaf... (więcej)
się w opinii ludzi sobie współczesnych jedną z najbardziej niebezpiecznych i nieobliczalnych postaci pogranicza śląsko-małopolskiego.
Dobre koneksje Siestrzeńca z rodziną Szafrańców zapewniały mu przez długi okres bezkarność i stanie ponad prawem. Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy popadł w niełaskę księcia Witolda, który zaczął prowadzić politykę proluksemburską. Ostatecznym powodem utraty zaufania i przychylności ze strony Jagiełły stały się groźby Siestrzeńca, który ośmielił się stwierdzić w Łucku, iż zawarcie pokoju z Zygmuntem Luksemburczykiem będzie jednoznaczne z najazdem husytów na Polskę. Kiedy król wraz z otoczeniem przestał popierać jego postępowanie, zyskał nowych popleczników w osobach książąt śląskich.
Burgrabia będziński nie tylko pośredniczył w kontaktach między husytami polskimi a czeskimi. Jako pan zamku znajdującego się w pobliżu granicy umożliwiał zwolennikom tegoż ruchu religijnego swobodne przekraczanie granicy. Dopuszczał się również gwałtów i rozbojów. Awantura z kupcami nyskimi, których pozbawił dobytku, ostatecznie zakończyła się dla niego pobytem w więzieniu. Spośród jego niechlubnych czynów można by wymienić: uwięzienie dziecka Tomka z Nawojowej, zakucie w dyby Świętosława, mieszczanina z biskupiego Sławkowa, czy w końcu najazd, ograbienie i zajęcie Siedlca, majątku należącego do Małgorzaty, wdowy po Bodzęcie.
Jego czyny opisywane są tak: „Kiedy zaś w całym królestwie po śmierci króla Władysława panowała spokojność i cichość, Mikołaj Siestrzeniec Kornicz, dawniej burgrabia będziński, pierwszy począł swoje swawole i rozboje. Zjednawszy sobie pomoc zbrojną niektórych przyjaciół ze Śląska, tudzież księstw cieszyńskiego i oświęcimskiego, najechał naprzód powiat sławkowski i wiele wsi i dworów ogniem i grabieżą spustoszył. Aby zaś tych, którzy mu pomagali, zasłonić od kary, wyniósł się z całą zdobyczą do Moraw”.
W końcu utracił burgrabstwo w Będzinie i został skazany wyrokiem sądu królewskiego w Nowym Mieście Korczynie. Wśród zarzutów, jakie mu postawiono, znalazły się obok rozlicznych rozbojów i najazdów także fałszerstwa nadań królewskich, zdrada tajemnic państwowych i podejrzenie o knucie przeciwko Polsce wraz z Zygmuntem Korybutem. Te zarzuty pokazują, jak szerokie było spektrum ,,awanturniczej” działalności Siestrzeńca.
Jednakże był to dopiero swoisty wstęp do następnych wydarzeń, w których niemałą rolę odegrał Mikołaj. Po śmierci Władysława Jagiełły najechał dobra sławkowskie Zbigniewa Oleśnickiego, biskupa krakowskiego i swego zagorzałego przeciwnika politycznego. Rzekomym skutkiem tego najazdu był łup o wartości czterech tysięcy grzywien. Również w tym czasie śląscy wspólnicy Mikołaja splądrowali posiadłości kasztelana sądeckiego, Krystyna z Kozichgłów w księstwie siewierskim. Rozgniewany kasztelan w akcji odwetowej najechał na Gliwice będące w posiadaniu książęcych przyjaciół Siestrzeńca.
Wyrok na Korczyńskim i zjazd książąt górnośląskich z panami polskimi, który był następstwem najazdu Krystyna z Kozichgłów na Gliwice, doprowadziły do ustatkowania się tego awanturniczego rycerza. Po wynagrodzeniu wyrządzonych szkód i zaprzestaniu działalności niezgodnej z prawem i wrogiej wobec polskiej polityki został burgrabią rabsztyńskim. Najprawdopodobniej umożliwił mu to Spytko Melsztyński, będący wówczas właścicielem Rabsztyna.
Awanturnicza działalność Mikołaja herbu Kornicz nie przyniosła mu ani awansu politycznego, ani wielkich korzyści majątkowych. Jego biografia pokazuje, jak wielkie znaczenie w królestwie Jagiellonów miało poparcie ze strony najważniejszych dostojników państwowych. Przecież tak naprawdę początkiem końca jego działalności stała się utrata pozycji przez rodzinę Szafrańców.
Dzieje Mikołaja Siestrzeńca, rycerza śląskiego, posła królewskiego, wielkiego awanturnika i sprawcy licznych rozbojów świadczą o tym, że również w dziejach Polski znajdują się postaci nieprzeciętne, wykraczające poza ogólnie przyjęte normy zachowania i praworządności. Pojawia się w tym miejscu pytanie: Czy rzeczywiście był on zdrajcą korony i spiskowcem? A może stawiane mu zarzuty były próbą zdyskredytowania go przez przeciwników politycznych? Chyba nigdy nie zdołamy obiektywnie ocenić tej postaci z piętnastowiecznej Rzeczypospolitej.
Jednym z pomniejszych zdarzeń, ale jednak odnotowanych przez naszego kronikarza Jana Długosza było to zabójstwo:
„Grot z Słupcy herbu Rawicz, (którego syn Jan byt kanonikiem) za niecne zabójstwo popełnione we wsi Dwiekozy na Janie z Ossolina kasztelanie Wiślickim herbu Topor, w sporze słusznym o granice rzeczonej wsi Dwiekozy do kościoła Sandomierskiego należącej, tudzież Jan Rogala kasztelan Włocławski, Rogalita, za swoje bunty i knowania, wygnani z królestwa Polskiego, stawszy się nieprzyjaciołmi ojczyzny, z zamku Morawskiego Szowsten, kędy mieli swoje schronienie, wpadali do królestwa Polskiego, porywali w niewolą szlachtę, kupców i poddanych królestwa, i do rzeczonego zamku uprowadzali. Czem zniecierpliwiony Władysław król Polski, gdy zażalenia jego wynoszone w tej mierze do Jodoka margrabi Morawskiego nie otrzymały skutku, wysiawszy do Moraw sama tylko drużynę dworską, zamek rzeczony Szowsten szturmem zdobyty spalił, a Jana Rogale kasztelana Włocławskiego, wygnańca i nieprzyjaciela ojczyzny, wraz z całą łotrów jego zgraja, poimał i do Polski przyprowadził. Ten przez lat wiele wysiadywał więzienie, i dopiero za wstawieniem się rycerza Zawiszy Czarnego z Garbowa, który kilku takie Polaków z niewoli Węgierskiej prośby swemi wyswobodził, puszczony został na wolność. Na ukaranie zaś za zbrodnią Grota z Słupcy, który był uszedł z więzienia, wszystek majątek jego ruchomy i nieruchomy król Władysław zabrać kazał, samego zaś przestępcę na wieczne skazał wygnanie” .
Zdarzało się też tak, że proceder rozbójniczy nie musiał być oprawiony przemocą, ale kradzieżą na własnej rodzinie można było się zapisać na kartach historii:
„Pod tenże sam czas, Dzierżsław z Rytwian, syn Marcina z Łubnic, wojewody Łęczyckiego, bratanka Wojciecha Jastrzębca arcybiskupa Gnieźnieńskiego, wykradł skarb znakomity w pieniądzach złotych Węgierskich, tudzież naczyniach i klejnotach z złota i srebra, do czterdziestu tysięcy grzywien wynoszący, który był z dawna wprzódy tenże Wojciech arcybiskup w pewnej kaplicy, dla ukryciu tego przechowku umyślnie zbudowanej, w miejscu zwanem Orzelec, niedaleko Bęszowy i Łubnic, dla przyszłego zasiłku w potrzebie Dzierżkowi synowi bratanka, i jego braci, w piasku zakopał, o czem sam tylko rzeczony Dzierżek i Jan z Koziebród sekretarz jego i kanclerz Gnieźnieński wiedzieli: a przybrawszy sobie w pomoc kilku towarzyszów, którzy młodzieńca słabego i niedojrzałego rozumu do togo podmówili, skarb ów z ukrycia zabrał i wyniósł; poczem ci towarzysze, jak-to zwykło bywa, między siebie go rozerwali. Utrzymywano, że Dzierżsław zrobił to nie tylko z swej młodzieńczej lekkomyślności, ale i z namowy matki, Doroty z Tarnowa, i że dawno już miał ten zamiar, lecz obawiał się króla. Dziad jego Wojciech Jastrzębiec dowiedziawszy się o wykradzeniu skarbu, który był przeznaczył i zachował dla Dzierżka i jego braci, Jana, Wojciecha i Mikołaja, wielce się zmartwił. Rozżalony na Dzierżsława, ze nad wszelkie spodziewanie okazał taka, zdrożność i lekkomyślność, gdy się wybrał do Rytwian, aby złemu zaradzić, poczęto strzelali do niego z murów zamku, który sam był zbudował; przestraszony zatem i odpędzony, ze wstydem wrócić musiał do domu. Dzierżek zaś, otoczony czeredy chłystków i bankietników, prowadząc życie marnotrawne, i wysiadując w Warszawie, skąd słał kosztowne podarki księżniczce Ofce, córce Bolesława książęcia Mazowieckiego, w której był zakochany, w krótkim czasie stracił wszystek majątek: a kiedy potem za staraniem przyjacioł pojednał się z arcybiskupom, nie oddał mu nic więcej prócz siodeł, strzemion i wędzideł srebrem zdobionych; skarb zaś cały, z dóbr kościelnych i majątku Chrystusowego zebrany, który powinien był raczej na wsparcie biednych i na pobożne przeznaczonym być uczynki, marnie roztrwonił, i trzech braci rodzonych, dla których równie jak i dla niego był zachowany, pokrzywdził. Wyzuł ich nadto z wielu wsi i posiadłości, które był dla nich rzeczony Wojciech Jastrzębiec arcybiskup z majątku kościelnego poskupował”.
Nieraz także się zdarzało, że i sam książę wyczyniał rzeczy nie gorsze od raubrittera.
Młode lata Bolka V przypadły na czas wielkiej burzy dziejowej, która w postaci husytyzmu nawiedziła wówczas Czechy i kraje sąsiednie, a zwłaszcza Śląsk, toteż całe jego życie i panowanie było związane w dużej mierze z tymi wydarzeniami. Książę, urodzony około roku 1400, był najstarszym synem księcia Bolesława IV Opolskiego, a zatem bratankiem biskupa Jana Kropidły. Matka, Małgorzata, pochodziła z możnego rodu hrabiów Gorycji (miasto i kraina w płn. - wsch. Włoszech), w średniowieczu odrębnego hrabstwa z własną dynastią.
Studiował w Pradze, do Opola wrócił przed wybuchem wojen husyckich gdzie wziął ślub z córką królowej Polski, Elżbiety Granowskiej, trzeciej żony króla Władysława Jagiełły i zarazem wdowy po trzecim małżonku, Władysławie Granowskim, kasztelanie nakielskim,
o której sam Długosz pisze że: „Zwiędła była i podstarzała” . Dzięki temu małżeństwu Bolko wszedł w bliższe koligacje z Władysławem Jagiełłą i z dworem królewskim na Wawelu.
Można przyjąć, że w pierwszych latach po ślubie Bolko został dopuszczony do współrządów z ojcem i dlatego używał tytułu dziedzica księstwa opolskiego. Otrzymał na własność okręg prudnicki, a niedługo potem także miasto Głogówek i odtąd zaczął się tytułować - Pan na Prudniku i Głogówku. W czasie przygotowań militarnych, jakie czyniono na Śląsku po wybuchu wojen husyckich, nie angażował się w akcje skierowane przeciw temu ruchowi.
Tymczasem wiosną oddziały husytów, po opanowaniu kilku pomniejszych miasteczek,
12 marca stanęły pod Głogówkiem, na podmiejskich pastwiskach. Bolka nie było w mieście (wyjechał do Gliwic na spotkanie ze zwolennikiem husytów księciem Z. Korybutowiczem). Następnego dnia husyci zdobyli szturmem Głogówek - tysięczna załoga, wspierana przez mieszkańców Prudnika, Białej i Strzeleczek, poddała się bez oporu, stając się zakładnikiem. Zdobyte miasto zostało splądrowane i prawdopodobnie spalone. Spalono także kościół paulinów w Mochowie, jednak kopia obrazu MB Częstochowskiej ocalała.
Z polecenia głównodowodzącego Zizki otrzymał książę wezwanie, że o ile pragnie się utrzymać w swoich włościach i nie dopuścić, aby jego miasta zostały splądrowane przez oddziały husytów, musi co rychlej znieść całą instytucję kościoła kolegiackiego w Głogówku, uznać naukę Jana Husa i przystąpić do obozu husyckiego .
Bolko chcąc utrzymać się na swoich włościach i nie dopuścić do dalszego ich plądrowania, przyjął warunki husytów, które nakazywały zniesienie fundacji kościoła kolegiackiego, uznanie nauk Husa i przystąpienie do wojsk husyckich.
Sprzymierzywszy się z husytami, Bolko V brał udział w podboju ziem śląskich, rabując sąsiednie księstwa, przez co z jednej strony powiększał swoje zasoby, z drugiej zaś przysparzał sobie wrogów. O ile husyci robili to z nienawiści do klas posiadających, to książę Bolko bogacił się dzięki tym wyprawom.
W 1430 r. Bolko wyruszył na Kluczbork i Namysłów, a potem wraz z gromadą rabusiów złożoną z Polaków, Czechów, Niemców i Rusinów wziął udział w wyprawie na klasztor częstochowski, dowiedziawszy się, „że klasztor na Jasnej Górze (...) posiada wielkie skarby i pieniądze (...) w Święto Wielkiej Nocy dokonała napadu na klasztor paulinów. Nie znalazłszy skarbów, wyciągnęli świętokradcze dłonie po sprzęty święte, jak kielichy, krzyże, ozdoby. Sam nawet obraz naszej Pani odarli ze złota i klejnotów, w jakie przez ludzi pobożnych był przyozdobiony. Nie poprzestając na grabieży przebili oblicze obrazu na wylot mieczem, a tablicę, na której się obraz znajdował, połamali (...). Po dokonaniu przestępstwa, bardziej skalani zbrodnią, niż wzbogaceni, uciekli z nieznacznym łupem”. W ciągu kilku lat cały Górny Śląsk i część Dolnego znalazły się w ręku księcia Bolka V bądź też oddziałów husyckich. Ostateczny cios sprawie husyckiej zadały wewnętrzne konflikty pomiędzy radykalnym odłamem - taborytami, a umiarkowanymi ultrakwistami. Stałego poparcia księciu udzielał jego ojciec, Bolko IV, który po kryjomu sprzyjał husytom,
a także jego stryj, książę Bernard Niemodliński, który pod koniec życia oddał mu niemal całą swoją dzielnicę. Zapis ten i przejęcie spadku po śmierci ojca umocniły pozycję Bolka V na Śląsku. Jeszcze przez kilka lat po wojnach husyckich Bolko V był w posiadaniu zajętych dóbr kościelnych i biskupich, nie ugiąwszy się pod potęgą Zygmunta Luksemburczyka. Mimo wyklęcia i obłożenia interdyktem (w 1445 r.) dobra te nadal pozostawały w jego posiadaniu.
Pod względem narodowym pozostał, z poczucia i języka, Polakiem. W dokumentach jego kancelarii widnieją przede wszystkim imiona i nazwiska polskie. Pasierbica Jagiełły urodziła księciu ukochanego syna Wacława, po śmierci którego Bolko popadł w głęboką depresję. Przyczyną konfliktów (a następnie rozejścia się) z żoną były prawdopodobnie różnice w poglądach religijnych. Kolejną żoną Bolka była Jadwiga Biesówna, córka niejakiego Hińczy (Ady) z pobliskiej wsi Kujawy.
W czasie prześladowań husytów w Polsce Bolko udzielał im schronienia w Głogówku czy w Opolu. Gościł u niego m. in. krakowski kanonik Jędrzej Gałka z Dobczyna.
Bolko zmarł w 1460 r., a śmierć księcia husyty wywołała duży oddźwięk. W licznych kronikach śląskich znalazły się wzmianki o tym wydarzeniu. Jeden z kronikarzy nazywa Bolka zatwardziałym heretykiem i prześladowcą kleru, który nigdy się nie nawrócił mimo napomnień i rzuconej nań klątwy. Ze zgorszeniem zanotował w tej kronice, jak to przed zgonem: kazał sobie osiodłać i przyprowadzić najpiękniejszego konia, jakiego miał w stajni, i powiedział, że nie chce pieszo iść do piekła, jak inni rozbójnicy, lecz konno, jak na pana przystało. I z fantazją umarł, a bracia mniejsi (franciszkanie) pochowali go ze wszystkimi honorami w swoim kościele, nie zważając na ekskomunikę. Mnisi jednakże nie mieli podobno spokoju, póki ciała zmarłego księcia nie kazał biskup wrocławski wykopać z grobu i w mniej godnym miejscu pogrzebać.
Barbara Rusinowska grasowała na czele licznej bandy opryszków w Górach Świętokrzyskich za panowania Jana Olbrachta i Aleksandra Jagiellończyka, nim dosięgła ją ręka sprawiedliwości. Szlachetnie urodzona Rusinowska postanowiła pomnażać majątek metodami używanymi wówczas nagminnie przez wielmożów. Ubrana w męskie odzienie, z mieczem u boku, w pasie i w butach z ostrogami trzymała komendę nad grupą kilkunastu łotrzyków wyjętych spod prawa. Ot, kobieta wyzwolona z przełomu XV i XVI wieku! Szerzyła postrach przez blisko dwadzieścia lat. Z tego powodu jej towarzysze śpiewali:
Nasza pani Rusinowska
już barwiczki na lica nie kładzie.
Ale zawsze, tak jak drzewiej,
z mieczem, w kurcie, w butach z ostrogami,
po męsku nam przewodzi.
Niektórzy uważają, że Barbara ruszyła na szlak po śmierci ojca - Macieja, którego zamordowano, gdy stanął w obronie katowanego chłopa. Inni posądzają ją jedynie o kradzież koni, co znacznie umniejsza jej sławę. To oskarżenie jest prawdziwe ze względu na źródła historyczne, ale z pewnością nie było to jej jedyne przestępstwo. Napadała bowiem nie tylko na kupców, ale nawet na wsie. Dokonała też śmiałego, ale nieudanego szturmu na Słupię. Ostrzeżeni mieszczanie zorganizowali obronę. Padło kilku zbójów, a dwóch ujęto żywcem. W nocy zbóje przepiłowali kraty, zabili strażnika i uciekli. Później jakiś mężczyzna ze Słupi rozpoznał jednego z nich w tłumie przy okazji odpustu w kościele świętokrzyskim. Zbój wmieszał się we wspomniany tłum i zniknął. Ludzie, nieco zawiedzeni, zaczęli się rozchodzić, ale nagle usłyszano wiadomość, która uderzyła jak grom z jasnego nieba: w kościele przed ołtarzem modliła się Rusinowska! Tłum walił do świątyni drzwiami i oknami, ale ostrzeżona przez kompanów Barbara uciekła. Rusinowska odznaczała się więc niezłą fantazją. Za zrabowane pieniądze wybudowała nawet zamek „Orle Gniazdo", w którym więziła swoich wrogów. Nie sposób dociec, jak ujęto słynną Barbarę. Może zdradził ją złapany kompan z bandy albo karczmarz, u którego wypoczywała. Skazano ją na śmierć podczas sejmu w Radomiu w 1505 roku. Kara i przebieg procesu miały być odstraszającym przykładem. I choć żałowano pięknej jeszcze białogłowy, Barbarę Rusinowską powieszono „po męsku": w pasie, z mieczem u boku i w butach z ostrogami.
Jak widzimy raubritterstwo cechowało wszystkie stany, zaczynając od najbiedniejszych,
a sięgając klasy książęcej, w końcu był to najłatwiejszy sposób na wzbogacenie się w owych czasach. Jak osądzać rycerzy-rabusiów: czy byli zwyczajnymi bandytami, a może porostu, jak nazwie się to w późniejszej Polsce szlacheckiej, mieli fantazję? Moim zdaniem, byli pierwszymi warchołami, którzy w tym mrocznym świecie potrafili dobrze się zabawić.
Rozdział IV
LEGENDY O RYCERZACH - RABUSIACH
Ślady działalności rycerzy rabusiów znajdziemy nie tylko w źródłach historycznych, ale i w ustnych i pisanych przekazach w formie legend. Mają one wiele uroku i są świadectwem „klimatu” danej epoki. Prócz tego, oczywiście, zawsze w nich znajdziemy ziarno prawdy. LEGENDA O RABUSIACH NA ŚWINICY
Przed wielu wiekami na zamku leżącym podle Kozichgłów, po którym nie pozostało ani śladu, siedział bitny szlachcic - rycerz z przezwiska Świński. Skąd przybył i jak się właściwie zwał, nikt nie wiedział. Zjawił się pewnego wieczora z garstką takich samych jak on zawa- lidrogów, zajął ruiny grodziska i rozgospodarował się w nich na dobre. Chodziły wieści, że przybył z Moraw albo z Czech, choć nie brakowało i takich, co twierdzili, że jest wywołańcem germańskim, co uszedł z rodzinnego kraju przed karą, na jaką się naraził za rozbój na publicznych drogach. W kilka dni po przybyciu zabrał się do odbudowy zamczyska. Po upływie niedługiego czasu już widniała na niewielkim wzgórzu warownia, choć małych rozmiarów, ale bardzo mocna. Wszystko byłoby dobrze, gdyby pan Świński, jak się sam kazał nazywać, nie zaczął robić świństw i działać po świńsku. Przypomniało mu się widocznie jego niecne, a dawniej uprawiane rzemiosło, bo oto pewnego dnia wypadł uzbrojony od stóp do głów na czele swojej bandy i zaczął rozbijać się na publicznych traktach, rabując i mordując przejeżdżających w biały dzień. Nocami, nie mając co robić na publicznych drogach, napadał okoliczne osady, grabiąc bez litości to, co mu tylko w ręce wpadło. Okrutny strach padł na ludność sąsiedzkich wiosek. Nikt nie był pewny życia i mienia. Wszak okrutnik nie tylko rabował, ale również puszczał z dymem niejednokrotnie i całe osady. Pewnej nocy wracając z wyprawy zbójeckiej na Wojsławice, zetknął się ze zbrojnym oddziałem, któremu przewodził późniejszy pan dziedzic Żabi-Kruka. Wywiązała się między rabusiami a wojskami królewskimi walka, w której pan Świński został ciężko ranny. Uprowadzony przez swych knechtów z pola bitwy, długo leczył się, walcząc ze śmiercią na zamczysku. Leżąc na łożu boleści rozmyślał o niecnym swym życiu, którego trzymał się kurczowo, chciał być zdrów, aby móc się zemścić. Ślubował, że o ile odzyska zdrowie, wybuduje w pobliżu, naprzód kościół, a potem ruszy na poszukiwanie owego dowódcy oddziału, który go w boju ciężko poranił. W niedługi czas po tym ślubowaniu zdrowie jego zaczęło się poprawiać, a rany goić. Zwołał więc swoją bandę, zwierzył się ze swego zamiaru, rozkazał obrać miejsce i przygotować budulec na kościół. Posłuszna banda opryszków ruszyła na poszukiwanie miejsca, a gdy je znalazła, zaczęła ścinać potężne modrzewie, przygotowując z nich belki pod budowę. Gdy już wszystko było gotowe, zawiadomiono o tym pana na Świnicy, który bezzwłocznie kazał się nieść na wyznaczone pod kościół miejsce. Po jego przybyciu i z jego rozkazu rozpoczęto natychmiast budowę i wkrótce, wśród boru, stanęła świątynia, która później stała się kościołem parafialnym osady Żabi-Kruk, zwanej następnie Kozimigłowami. Od tego czasu wiele wody upłynęło w Bożym, Złotym i Sarnim Stoku. Na łąkach na zachód od kościoła stanęło zamczysko zwane Żabi-Kruk, a panem tego zamczyska był nie kto inny, tylko ów dowódca oddziału, co to mocno poturbował opryszka ze Świnicy. Gdy tenże o tym dowiedział się, zebrał swoja watahę i napadł znienacka na zamek Żabi-Kruk. Nieliczna załoga tego ostatniego dzielny stawiała opór napastnikom. Wiele dni szturmował pan Świński warownię, lecz bezskutecznie. Nie widząc innego sposobu zdobycie zamku, postanowił wygłodzić jego załogę. Spostrzegł przygotowania opryszków pan Żabi-Kruka i postanowił za- kończyć w nocy walkę. Gdy zapadły ciemności, rozkazał prać do nieprzyjaciela z odpowiednich machin kozimi głowami. Dziwne pociski wzbudziły tak szalony popłoch w szeregach oblegającej bandy Świńskiego, że w panicznym strachu odstąpiła ona od oblężenia, uciekając na złamanie karku do zamczyska na Świnicy. Załoga Żabi-Kruka wypadła następnie ze swym panem za uciekającymi, a dopadłszy ich w pobliżu kościoła, wycięła bandę do nogi. Uszedł tylko pan Świński z jednym sługą. Wkrótce z polecenia panującego księcia zamek na Świnicy zburzono, a miejsce, gdzie stał, zaorano. A na pamiątkę owej walki „na kozie łby" zamek i osadę, zowie się Żabi-Kruk, przezwano Kozie głowami, bo kozie głowy uratowały załogę zamku.” LEGENDA O RYCERZU BEZ GŁOWY
Na szlaku wiodącym przez Będzin, u zbiegu dróg prowadzących w cztery strony świata, widać w górze majestatyczną sylwetkę warownego zamku. Swoją malowniczością przykuwa wzrok każdego, kto znalazł się w jego magicznym zasięgu. Mury tego zamczyska widziały wiele, a opowieści o wydarzeniach najmniej prawdopodobnych, niesamowitych zostały w legendach zapisane. Wiele razy okoliczni mieszańcy widzieli, jak nocą z baszty wyłania się postać rycerza bez głowy. Spaceruje po murach zamczyska, a czasami kroczy przed nim młoda kobieta trzymająca w dłoniach ludzką głowę. Na przełomie XIV i XV wieku żył burgrabia - Mikołaj Kornicz - Siestrzeniec - dowódca królewskiego zamku i zastępca starosty. Przybywszy z Moraw, znalazł w Polsce chleb i dostojeństwo, lecz zasmakował w rzemiośle rycerzy – rabusiów: rozpoczął rozboje po okolicznych drogach.
Chcąc uniknąć kary, zbiegł na Śląsk, skąd ponownie zaczął grasować na pograniczu. W borach miedzy Trzebieczką a Ciesiołką istniało miasteczko o nazwie Wesiołka i tutaj burgrabia przetrzymywał w ukryciu, pod strażą, córkę bogatego Żyda z Będzina, piękną Surę. Pewnego razu podchmielony, pragnąc się jeszcze zabawić, poszedł wieczorem do Wiesiołki. Tam kazał przyprowadzić Surę, sadzając koło siebie, kazał jej mizdrzyć się do niego, a gdy odtrąciwszy go, usiłowała uciekać, rozwalił jej piersi czekanem. Żydówka umierając przeklęła mordercę, mówiąc:” Bodaj Jehowa twoje wnętrzności dał krukom na pożarcie”. Burgrabia jeszcze wiele miesięcy napadał i rabował, aż wreszcie został przez sąd królewski skazany na śmierć. Uciekając przed wojskiem królewskim schronił się w baszcie. Otoczony, po kilku dniach wyszedł na mur i rzucił się w przepaść. Upadł na ziemię z roztrzaskaną głową i pękniętym brzuchem. Wczesnym rankiem kruki miały ucztę, trupowi odcięto głowę, a ciało pochowano pod murem.
Kolejna legenda nawiązuje do husyckich najazdów na ziemie polskie, w wyniku brutalnych działań tych innowierców powstawało wiele opowiadań na ich temat. Oto jedno z nich:

O RYCERZACH – DIABŁACH W PIEKIELNEJ DOLINIE
Po długotrwałych i okrutnych wojnach husyckich Ziemia Kłodzka jeszcze przez długie lata nie zaznała spokoju. W 1440 roku region nabył możnowładca czeski Hynka Kruśina
z Lichtenbergu, a władcą Nachodu został Jan Kołda z Żampachu. Obydwaj oni chętnie trudnili się rozbojem, co spowodowało, że w całym okręgu Ziemi Kłodzkiej zaczęła się rozwijać działalność rycerzy – rabusiów. Nieliczna ich kompania założyła swoją siedzibę na wzniesieniu w połowie drogi między dzisiejszą Polanicą a Szczytną. Rozbójnicy mieli
z jednej strony Duszniki, a z drugiej Kłodzko. Napadali na kupców wędrujących szlakiem handlowym. Rabusie czekali, aż karawana wjedzie w dolinę Bystrzycy Dusznickiej między Górami Stołowymi a Górami Bystrzyckimi, pod stok Garncarza, gdzie dolina była wyjątkowo wąska. Tam, przebrani w diabelskie stroje spychali w dół ogromnymi drągami niestabilne głazy. Te, tocząc się na dno doliny, czyniły łoskot niesamowity, potęgowany jeszcze przez echo. Wówczas to rzucały się „diabły” na strwożonych kupców, okradając ich ze wszystkiego. Rozłoszczeni i ograbieni kupcy przestrzegali kolegów: „Uciekajcie z tej piekielnej doliny. Tam diabły pozbawią was dobytku, a być może i dusze potracicie!”. Doprowadziło to do tego, że uczęszczany niegdyś szlak pustoszał coraz bardziej, tak,
że w końcu diabelska działalność przestała być opłacalna. Ostateczny kres działalności „diabłów” położyły mądre rządy króla Jerzego z Podiebradów, który otoczył Ziemię Kłodzką szczególną opieką. W ten sposób groźna nazwa Piekielna Dolina na wieki przylgnęła do malowniczego przełomu.
Im więcej było rozbójników, tym więcej powstawało podań o ich okrucieństwie oraz o ich upadku. Ludzie zawsze chcieli, aby takie opowiadania kończyły się szczęśliwie tak jak poniższe:
TANIEC MIECZY NA TOLŚTEJNIE
Tolštejn był w średniowieczu budzącą strach siedzibą rycerzy-rabusiów, którzy siedząc w swym potężnym schronieniu, urągali całemu światu. Spokojni mieszczanie i rolnicy prawie codziennie padali ofiarą łupieżczych napadów i dopiero po zapłaceniu wysokiego okupu byli wypuszczani na wolność. Zamkowe pomieszczenia pełne były więźniów, a piwnice – zrabowanych skarbów. Najstraszniejszym właścicielem zamku był Kurt z Tolštejna, który szczególnie upodobał sobie napadanie kupców z miast łużyckich. Mieszczanie najmowali wprawdzie żołnierzy, aby strzegli ich towarów, i starali się bądź podstępem, bądź w otwartej walce przeszkodzić rabusiom w ich procederze, ale rozbójnicy zwykle uciekali im z zasadzek, aby w innym miejscu poczynać sobie jeszcze śmielej. Zuchwałość rycerza Kurta posunęła się tak daleko, że obelżywym listem zaprosił żytawską radę miejską na ślub swojej córki z rycerzem-rabusiem z Rathen. Żytawscy radni, nie zważając wszak na zniewagi, podziękowali za zaproszenie i obiecali wziąć udział w weselu, uświetniając uroczystość tańcem mieczy. Wcześniej jednak umówili się z okolicznymi miastami, że przy tej okazji zdobędą zamek podstępem.
Ślub odbył się w ostatki. Huczne wesele trwało już w zamku, gdy z doliny nadszedł orszak odświętnie odzianych mężów. Na czele szło dwóch doboszów i kilku grających na fujarkach. Orszak zamykali barwnie odziani chłopcy. Część z nich niosła wielki miecz, inni zdobione kolorowymi wstążkami drewniane obręcze z wyrzeźbionymi rozetami. Za nimi kroczył dostojnie wodzirej, mistrz szermierki, za którym podążali tancerze w szermierczych mankietach i niebieskich pończochach, przepasani białymi fartuchami. Byli to zapowiedziani tancerze z Żytawy. Przy dźwiękach muzyki dotarli na zamkowy dziedziniec, na którym tłoczyło się mnóstwo ciekawej służby, podczas gdy pan z dostojnymi gośćmi przyglądał się widowisku z wywyższonej altany. Tancerze, pokłoniwszy się głęboko gospodarzowi, utworzyli krąg i zaczęli taniec. Przy śpiewach i podskokach naśladowali na wszelkie sposoby fechtunek, a widzowie, zadziwieni ich zręcznością, domagali się powtórki. Wówczas mistrz szermierczy przystąpił do rycerza i zawołał: „Hej, panie rycerzu, jak Wam się podoba nasz taniec? Do tej pory tańczyli dla Was mieszczanie, nie chcielibyście i Wy pokazać swoich umiejętności?” W tym samym momencie chwycił trąbkę i dał hasło do ataku. W odpowiedzi, przy bramie rozgorzał gwałtowny bój. Służba gdzieś znikła, rycerze i giermkowie chwycili za broń. Opór był jednak daremny, bowiem w podzamczu ukryte było całe wojsko Łużyczan, które zakończyło taniec. Kto nie chciał się poddać, był bezlitośnie zgładzony. Rycerz Kurt z Tolštejna, jego córka i zięć zostali schwytani i odwiezieni do Żytawy. Mieszczanie uwolnili więźniów, wynieśli i ukryli złupione skarby, a następnie podpalili zamek.
Rycerz Kurt został stracony wraz z kilkoma najniebezpieczniejszymi rozbójnikami, a jego córkę z mężem wypuszczono w zamian za wysoki okup. Zamek zaś pozostawał kilkaset lat w gruzach, aby znów jakiś wysoko urodzony pan nie uczynił zeń swojej siedziby i nie niepokoił, według ówczesnych zwyczajów, okolicznych miast i wsi.
Jedna z pierwszych legend, jaką można odnaleźć, dotyczy czasów pogańskich, gdy słońce było bogiem. Już wtedy po traktach szerzyło się rozbójnictwo:
LEGENDA O BIAŁEJ
„Było to bardzo dawno temu, jeszcze w czasach pogańskich. Nad leniwie płynącą Krzną, w pobliżu niedostępnych bagien, tutaj gdzie dzisiaj istnieje miasto Biała, znajdował się zbudowany z drewnianych bali gródek. Okolica ta była słabo zaludniona, to i gródek był niewielki, a jego mieszkańcy nieliczni. Kraina stała otworem, toteż kto mocny, przychodził tutaj rabować, niszczyć i zabijać. Musiał więc rycerz władający gródkiem czuwać i bronić go nie tylko od wrogów dalekich a mocnych, ale i pomniejszych rabusiów, którzy napadali na bezbronny lud i niszczyli jego dobytek.
Miał więc rycerz, kneziem wówczas zwany, drużynę nieliczną, lecz dzielną. Serce knezia było litościwe, toteż nie gnębił on, nie uciskał ludu biednego, a w czas pomoru lub innej klęski chronił go, dzieląc się również chlebem swoim. Pomagała mu w tym jego żona najmilsza, słoneczko jego życia. Była piękna nie tylko wdziękami swojego ciała, ale również dobrymi i litościwymi czynami. Kochali ją ludzie i Białą Panią nazywali z powodu włosów jej jasnych. Kochał ją też kneź dzielny. Niczego innego nie pragnął, jeno by onej gwiazdeczce życia jego dobrze było, by nigdy uśmiech nie schodził z jej twarzy, by zawsze była jasna i promienna. Tak jak i lud miejscowy, też ją od czasu do czasu Białą Panią nazywał. A kiedy mu rzekła kiedyś, cała w rumieńcach, że nie jest już sama, bo już dzieciątko poczęte, a on dla niej jest już nie tylko światłem całym, lecz i ojcem dziecięcia, to on ją porwał w ramiona, tulił i całował. A potem dopiero dziękował. Dziękował za to dzieciątko, co już się poczęło i za niedługi czas miało przyjść na świat, aby stać się dla obojga nową radością. A potem powadzili się trochę, gdyż rycerz chciał, aby dziecina była tak jasna i promienna jak mama, ona zaś pragnęła dziecka o licach smagłych i ogorzałych, tak silnego i dzielnego jak ojciec. A żadne ustąpić nie chciało, to dopiero nowe pocałunki i nowe pieszczoty ten spór małżeński zakończyły. Wielkie było ich szczęście... a i lud radował się tą wieścią. Poniektóre niewiasty, wiekiem i życiem doświadczone, wzięły ją w opiekę i dobrych rad nie szczędziły, czuwając nad swoją dobrą, jasną panią. Ale oto zaczęły napływać trwożne wieści, że w okolicy pojawiła się banda jakowaś, jakaś zbójecka wataha, napadająca na spokojnych ludzi i grabiąca ich dobytek. Wszyscy spodziewali się najgorszego: napaści na gródek, rabunków i zniszczeń. Aby nie dopuścić wroga do gródka, trzeba było uprzedzić jego zamiary. Postanowiono więc urządzić zasadzkę i wytępić bandytów co do nogi, aby nigdy już nie nękali pracowitego ludu tutejszego. Rzekł więc rycerz do Białej Pani:
-Miła ty moja! Ruszam z drużyną, by zniszczyć tę podstępną, okrutną bandę. A ty mnie ucałuj, żertwę (ofiarę) złóż bogom, ażebym zdrowo do ciebie i naszej jasnej ślicznotki powrócił!
- Idź, mężu mój! - rzekła Biała- żertwę ja złożę, a ciebie dniem i nocą oczekiwać będę. Wróć zdrowy i silny! Wróć do mnie i dzieciątka naszego.
Tydzień już upłynął, jak woje w gęstwinie leśnej zapadli. W gródku zapadła cisza, cisza wypełniona napięciem, niepokojem i oczekiwaniem. Niepokój zawładnął sercami żon, matek i córek. Lęk ścisnął również serce brzemiennej małżonki rycerza. Więc żertwę bogom złożyła, kolejną – bogatszą - obiecała, jeśli mąż jej zwycięsko powróci, by szczęście ich nowym blaskiem zajaśniało. Czekała więc Biała Pani, czekali wszyscy! I oto po ośmiu dniach posłyszano odgłosy powracających wojów. Wrażą bandę rozbili, wracali więc jako zwycięzcy. Zabity herszt bandy już nigdy nie powiedzie swoich kompanów na rabunek. Wracali jednak wojowie bez wesołości należnej, gdyż w zmaganiach zbrojnych poległ ich kneź waleczny. Zwarł się w śmiertelnych zapasach z przywódcą bandy, który był wielki i bardzo silny. Bił mieczem tak mocno, iż wydawało się, iż jednym zamachem przepołowi walecznego rycerza. Ten jednak był tak rączy, że albo zręcznie od ciosu uchylał się, albo mieczem swoim cios przeciwnika tak odparowywał, że na bok szła główna siła jego uderzenia. Stanęli wszyscy walczący w bezruchu, podziwiając siłę jednego, a dzielność i zręczność drugiego. Aż jeden z wojów zawołał:
- Kneziu! To za nasz gródek! To za naszą panią!
Kneź wiedział, za kogo walczy. Ale okrzyk ten jakby mu sił przysporzył, jakby skrzydeł dodał. Zebrał się w sobie jeszcze bardziej, a widząc dogodny moment, kiedy zbój na nowo miecz podniósł, a tarcza jego cokolwiek uchyliła się, pchnął błyskawicznie swój miecz ostry w odkrytą pierś zbójecką. Cios ten był straszny, śmiertelny, a krew wroga strumieniem wokół trysnęła. Zbój jednak resztką swoich sił miecz podniesiony skierował na pochylonego rycerza, uderzając nim w prawe ramię kneziowe, zanim ten zdążył swój miecz z jego ciała wyciągnąć. Również i krew rycerska popłynęła obficie, a dzielny kneź osunął się obok zajadłego wroga. Padając zdołał jeszcze wyszeptać:
- Mojaś ty... Biała... moja...
Uciekli zbójcy widząc martwego wodza swojego, a także czterech innych poległych kompanów. A woje otoczyli rannego knezia. Żył on jeszcze, ale rana była tak wielka, że krew prawie wszystka już zeń zeszła. Jeszcze usta szeptały, ale nikt tego ani zrozumieć ani pojąć nie mógł. Woje więc co rychlej nosze sporządzili, knezia na nich położyli i pośpiesznie do gródka powracali, gdzie by ratunek godziwy mu dano. Niewiele drogi uszli, gdy ranny jakby sprężył się, po czym głowa mu zwisła bezwładnie. Tak zakończył swój żywot waleczny rycerz i dalej martwego już knezia nieśli do domu jego wierni wojowie.
A gdy ujrzała go ona - Biała Pani - martwego już i zimnego, to jeno okrzyk bólu wydała i padła bez ducha na ziemię. Rzuciły się jej na ratunek znajdujące się w pobliżu niewiasty. Przerażone jednak zauważyły, że do jednego nieszczęścia przybywa kolejne: oto leżąca pani dzieciątko rodzić poczęła. Urodziła je co prawda, ale sama na drugi dzień w bezsile i spokojności wielkiej umarła. Widać do męża, do ukochanego nade wszystko, tak spieszno jej było. A woje dwojgu im stos ofiarny przygotowali, i na nim, jak zwyczaj ojców nakazywał, spalili ciała tych dwojga, tak bardzo się miłujących. Smętny lament i płacz niewiast długo jeszcze rozbrzmiewał wśród nadrzecznych zarośli Krzny i na obrzeżach nieprzebytej wiekowej puszczy:
- Oj łado, łado, nie- łado! Oj dolo, dolo- nie dolo!
A że długo w pamięci tutejszego ludu żyła Biała, dobra Pani, to powoli również gródek, w którym mieszkali, Białą zaczęli nazywać. Poczęta w tragicznych okolicznościach dziecina mała, chudziutka była i słaba. Ale ją taką opieką i czułością niewiasty otoczyły, że choć kostucha kilka razy po maleństwo przychodziła, to nie oddały jej śmierci. Po prostu zawzięły się i nie dały małej. Smarowały ją różnymi maściami, okadzały, zaklinały najbardziej tajemniczymi zaklęciami, pilnowały jak oka w głowie, ofiary za jej zdrowie składały. I dopilnowały... i uchroniły maleństwo. Powoli, bardzo powoli wzmacniała się, a z biegiem lat wyrosła na piękną dziewczynę. Była tak piękna jak jej matka, tylko nieco drobniejsza od niej. Cieszyli się więc mieszkańcy gródka, cieszyli się starzy i młodzi. A że podobna była do swojej matki, tedy ją Białką nazwali. Kiedy dorosła, a jej uroda w całej krasie zabłysła, to myśleli jedynie o tym, aby tylko męża godnego mieć mogła.
Aż zdarzyło się, że podróżował w tych stronach rycerz z północy, gdzieś z dalekiej litewskiej krainy. Jadąc po bezdrożach spotkał przypadkiem człeka mizernego, który opowiedział rycerzowi o pięknej Białce, drobnej pani swojej. A mówił to z takim uwielbieniem, że młodzian ujrzeć ją koniecznie zapragnął. Kazał się też niezwłocznie prowadzić do Białki. Widząc ubogie szaty spotkanego wędrowca, kazał go rycerz odziać przystojnie, ażeby godnego mieć rajcę. Kiedy pod gródek zjechali, rycerz kazał zatrąbić, aby oznajmić, że przyjaciel przybywa i jako przyjacielowi wrota bez obawy powinny być otwarte. Ujrzała ich wjeżdżających do gródka Białka i pomyślała, że dobry to musi być rycerz, skoro tak bardzo przystojnie przyodział jej poddanego. Spojrzała nań z ciekawością i zauważyła również, że jest wyjątkowo pięknym młodzieńcem. Wtedy jakoś żywiej zaczęło bić jej młode serce, poczuła, że wraz z tym nieznajomym gościem spłynęło jakieś inne, piękniejsze życie. A i on swoich oczu od niej oderwać nie mógł. Czul, że dalej już nie pójdzie, że właśnie w tym niewielkim gródku znalazł kres swojej wędrówki.
I cóż było potem? Odbyły się uroczyste zrękowiny i huczne gody weselne. Młodzi początkowo mieszkali w gródku. Był on już jednak dość stary i wymagał znaczącej przebudowy, do której wkrótce przystąpiono. Młodzi zamieszkali czasowo w niewielkim dworku, stojącym na wzgórzu, za niewielką rzeczką. Pięknie tam było i jasno więc dworek ten i okolicę najbliższą ludzie Białką nazywali. Młody rycerz, który poślubił Białkę, przybył z północy, był więc przodkiem Mendoga lub Gedymina. A może ojcem Budrysa, który doskonale wiedział, że Laszki to żony najpiękniejsze i najwierniejsze.”
Także religijne legendy często nawiązują do napadów rycerzy, jak ta:
LEGENDA O MATCE BOSKIEJ
W 1430 r. zbrojny oddział husytów przekroczył pobliską granicę i napadł na klasztor w Częstochowie. Husyci zamordowali kilku zakonników, obrabowali klasztor z wielu kosztowności, w końcu włamali się do kaplicy Matki Boskiej i wyrwali z ołtarza wizerunek Najświętszej Marii Panny. Niedaleko jednak z nim uszli. Wkrótce konie ciągnące wóz zatrzymały się nagle jak wryte. Nie pomogły trzaskania i uderzenia biczem, szarpanie, pokrzykiwania ani pomoc ludzi. Wówczas jeden z rabusiów rzucił się do wozu, porwał obraz i cisnął nim o ziemię, rozbijając na trzy części. Równocześnie inny ze świętokradców dwukrotnie zamachnął się szablą i zadał obrazowi dwa cięcia, te same, które dotychczas widnieją na wizerunku. Gdy po raz trzeci podniósł szablę, obydwaj zbrodniarze w jednej chwili padli martwi na ziemię, jakby rażeni piorunem. Widząc to, reszta napastników rozpierzchła się na wszystkie strony.
Wkrótce na to miejsce przybyli paulini. Nie mieli czym obmyć zabłoconego obrazu. Gdy tak nad tym deliberowali, tuż obok trysnęło źródełko, które wybawiło ich z kłopotu. Opłukali obraz wodą, zaczerpniętą z tego źródła. Na rozkaz króla Władysława Jagiełły obraz wkrótce naprawiono, ale żaden z mistrzów pędzla nie zdołał usunąć szram z policzka Matki Boskiej. Do tej pory stanowią one jedną z najbardziej charakterystycznych cech, wyróżniających wśród innych obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
Inna opowieść ludowa mówi o rozbójnikach, którzy grasowali w okolicy Nowej Rudy pod koniec XV w, jednak nikt nie potrafił zlokalizować ich kryjówki. Tylko Wolibórz pozostawiali w spokoju. Była tam karczma, którą licznie odwiedzała okoliczna ludność. Regularnie przychodzili też do niej nikomu nieznani mężczyźni. Trzymali się w swoim towarzystwie, byli dobrze ubrani i mieli sporo pieniędzy. Chętnie tańczyli z miejscowymi kobietami. Najładniejszej z nich - tancerce Kindze - proponowali bogactwo, jeśli pójdzie na noc do ich domu, nie mówili jednak, gdzie on się znajduje. Przebiegła Kinga domyśliła się, że mogą to być ci poszukiwani rozbójnicy i zawiadomiła starszyznę wsi, która uknuła plan rozprawienia się ze zbójami. Podczas następnej wizyty w karczmie Kinga zgodziła się pójść z tajemniczymi mężczyznami. Szli długo pod górę, a za nimi duża grupa uzbrojonych chłopów. Wreszcie dotarli do starego, podniszczonego już zamku. Chłopi okrążyli warownię i czekali na sygnał Kingi. Po dłuższym czasie wyszła ona do okna i głośno rzekła: „Jak stąd wszędzie daleko". Słychać było śmiechy i szyderstwa rozbójników, jednak był to właśnie sygnał, na który czekali chłopi. Rozbili bramę i wtargnęli do zamku. Pijani zbóje zostali całkowicie zaskoczeni. Chłopi wybili ich co do jednego, a sam zamek zburzyli.
Nigdy nie odnaleziono skradzionych łupów, które przecież rozbójnicy musieli gdzieś chować. Prawdopodobnie podczas burzenia zamku został zasypany jakiś zamaskowany loch. Legenda mówi, że skarb może odnaleźć tylko prawdziwa dziewica w noc
Bożego Narodzenia. Powinna wziąć zapaloną świecę i udać się na miejsce zamku. Gdy płomień zacznie chylić się ku ziemi, będzie to znak, że właśnie tutaj znajduje się ukryta piwnica a w niej wielkie skarby.
LEGENDA KOZIELSKA
Dawnymi wieki nad Odrą, w bliskości miasta, stał potężny zamek, należący do trzech braci Kozłów. Uchodzili oni za rycerzy, ale trybem życia nie byli do nich podobni. Nigdy nie uczestniczyli w bataliach bitewnych, a jedynie łupili karawany kupieckie na szlakach handlowych. Gdy próbowano im się dobrać do skóry, chowali się do zamku i ręka próbująca ich ukarać nie mogła ich dosięgnąć. Przyszedł wreszcie czas i sposób na rozbójników. Znalazł się bowiem sprytny rzeźnik miejski, który doskonale znał zamek i wiedział o istnieniu podziemnego chodnika. Tym właśnie przejściem, w ciemną noc, ów odważny rzeźnik przeprowadził wojsko do zamku i trzech braci ujęto. I wówczas wszystkich braci srogo ukarano - śmiercią, ale niezwykle osobliwą. Oto jednego po drugim zepchnięto z najwyższego okna zamkowego, wychodzącego z wieży na Odrę. Śmierć spotkała ich na miejscu. Książę Mieszko Piastowicz, władca także Cieszyna i Raciborza, który opryszków tak ukarał, rozkazał zamek doszczętnie zburzyć. Na pamiątkę tego wydarzenia w Koźlu tradycyjnie w imieniny Jakuba starsi cechu rzeźnickiego sprowadzali kozła i przystrajali ozdobnymi wstążkami. Rogi mu pozłacano, aby pięknie błyszczały. A potem przy miejskiej wrzawie prowadzono go ulicami miasta. Mieszczanie, jak i tłumnie przybyli ludzie ze wsi z ciekawością przyglądali się tej uroczystości. Kto tylko chciał, szczypał i drażnił kozła, który brykał i pobekiwał ku uciesze rozbawionego tłumu. Na koniec orszak podchodził do starej wieży zamkowej, wznoszącej się kiedyś nad raciborską bramą. Kozła ustawiono w oknie. Chodziło o to, aby kozioł zeskoczył z okna. Gdy się opierał ze strachu, bito go i szczypano, zmuszając kozła do skoku. Na dole czekający rzeźniccy czeladnicy dobijali go nożem, aby się nie męczył. Z kolei cały pochód z okrzykami udawał się do miejskich gospod.
ZAPADŁE ZAMCZYSKO
Wśród lasów otaczających Rudy znajduje się wzgórze. Na nim stał przed wiekami ponury zamek. Mieszkał w nim rycerz-rabuś wraz ze swymi kamratami.
Do ich zajęć należały napady, biesiady i hulanki. Po każdej wyprawie przywozili na zamek uprowadzone z okolicznych wsi dziewczęta, którymi zabawiano się i które najczęściej traciły tam życie. Kiedyś w czasie trwania jednej z takich hulanek rozszalała się straszna burza. Pioruny uderzały raz po raz, a deszcz lał strumieniami. Pod wpływem powtarzających się uderzeń piorunów zamek rozpadł się. Pod jego gruzami zginęli wszyscy rozbójnicy i ich niewinne ofiary. Miejsce to omijano odtąd z daleka, przekazując wieść z pokolenia na pokolenie, że złe siły mają je w swej mocy.
LEGENDA O TUNELU POD NIEMODLINEM
Wśród mieszkańców Niemodlina żywe jest opowiadanie o podziemnym korytarzu pod miastem. Dobrze zamaskowane wejście do tunelu znajduje się w podziemiach piastowskiego zamku. Ganek o długości około 360 metrów przebiega pod Rynkiem do krypty w kościele parafialnym. Wyjście jest ukryte pod przesuwalną płytą jednego z grobowców.
Przy wlocie do tunelu w zachodniej ścianie piwnicy zamkowej miał zachować się odcisk krwawej dłoni. Pochodzi on z czasów, gdy zamek był przejściowo zamieszkany przez rycerza-zbójnika. Miał on w przypływie gniewu skatować bezbronnego, niewinnego więźnia i wepchnąć konającego do tunelu. Na kamiennej ścianie ofiara pozostawiła ślad zakrwawionej dłoni, kiedy to broniła się przed wrzuceniem jej do ciemnego korytarza.
Co dziwne, nie można było tego śladu zbrodni usunąć. Chociaż kilkakrotnie odbijano kamienną powierzchnię, to jednak ślad dłoni, czyli dowód niewinnie przelanej krwi, pojawiał się od nowa. Po upływie krótkiego czasu zbrodniarz został ukarany za popełniony mord. W czasie naporu ciemiężonych ludzi na zamek rycerz-rozbójnik był zmuszony salwować się ucieczką przez wspomniany tunel. Biegnąc, potknął się o ciało ofiary. Padając, zahaczył o słup podpierający strop. Morderca został zasypany przez osuwające się zwały ziemi. Skonał obok zamordowanego.
Różni ludzie próbowali zbadać to tajemne przejście. Jednak po przebyciu krótkiego odcinka drogi - gasło im światło. Prawdopodobnie tunel jest w kilku miejscach zawalony lub zamulony.
Mam nadzieję, że w tych ki
20 1 20