Odpowiedzi

2010-03-06T17:37:55+01:00
Zagubiona w mroku dziejów
Tkwi legendy krucha nić -
- Kto odpowie,kto odgadnie,
Ile w niej się prawdy tli?

Kto żył kiedyś na tej ziemi,
Jaki władał tutaj król,
Kto rycerstwo wiódł na boje,
Kto uprawiał łany pól?

Posłuchajmy opowieści
Tysiącletnich,jak nasz kraj,
Powtarzanych od stuleci -
- Baj nam,baj,legendo baj!

Przed tysiącem lat a może i jeszcze dawniej,w krainie pięknej i starej zamieszkiwał lud wielce liczny i dzielny.Nazywano ich Słowianami.Serca ich były szczere i otwarte a gościnność znana szeroko i podziwiana.Słynęli też z męstwa i siły wielkiej,z pracowitości i zapobiegliwości. Za-
mieszkałe przez siebie tereny czynili uległymi sobie i nie brakło tam nigdy ani jadła,ani napit-ku.Wśród owych Słowian żyło wszakże jedno plemię szczególne.Głową rodu był stary,siwy mędrzec,którego Matka-Natura obdarzyła trójką dorodnych synów.Młodzieńcy ci słynęli ze swej siły,przebiegłości i zalet serca.Tak,jak ich ojciec słynął z wuelkiej mądrości,mądrości ce-chującej tylko najszlachetniejszych,tylko tych,którzy do sprawowania władzy przez Opatrzność zostali przeznaczeni.Domostwo owego siwego starca było przestronne i wygodne a kraina przez jego synów zamieszkiwana wielce rozległą,jednakże dnia pewnego starzec wezwał do siebie swoich trzech synów i tak do nich rzekł:
-Synkowie moi najmilejsi!
-Słuchamy cię,panie ojcze!
-Lat na moim grzbiecie już sporo,stary jestem i lada dzień przyjdzie mi pożegnać ten piękny świat.Tedy czas już najwyższy ustanowić dziedzica i spadkobiercę,który dalej będzie sprawo-wał pieczę nad podległą mi ziemią,nad prochami przodków,nad niebem słonecznym,nad nocą gwiaździstą,nad dobrymi duchami,które strzegą nas od prawieków.Moim następcą winien zostać jeden z was...
-Jesteśmy na twe rozkazy,ojcze.
-Cóż więc nam czynić każesz?
-Jakie postawiłeś przed nami zadanie?
-Zatem będzie tak:przynieście tu swe najśmiglejsze łuki i po jednej niedościgłej strzale.
-Jesteśmy gotowi!
-Niech tedy każdy z was napnie swój łuk z całej siły.
-Gotowe!
-Wystrzelcie strzały w trzy różne strony...
-Pofrunęły!!!
-Teraz nie mieszkajcie konie siodłać i pędźcie jak wichry trzy,pędźcie tam,gdzie pofrunęły wasze strzały.A gdy już odnajdziecie pierzaste ostrza,rozejrzyjcie się dookoła i zapolujcie na grubego zwierza.A który z was wróci z najwspanialszym trofeum myśliwskim,temu oddam władzę.Ruszajcie!...

Trzech synów ojciec miał,
Trzech synów niebywałych,
A każdy silny niczym tur,
A każdy wielki aż do chmur,
A każdy dumny niczym król -
- Trzech synów ojciec miał,
Trzech synów niebywałych.

Któremu władzę dać
I ludu los powierzyć,
Gdy każdy z nich na schwał,
Gdy silni siłą skał,
Gdy w sercach noszą żar -
- Któremu władzę dać
I ludu los powierzyć?

Jednego zowią Czech...
Drugiego zowią Rus...
Trzeciego zowią Lech...
Ma ojciec synów trzech!

I popędzili młodzieńcy na trzy świata strony.Pierwszy swoją strzałę odnalazł Czech.Rozejszał się wokół i nagle...Ujrzał tura tak potężnego,o jakim nigdy nie marzył!Tur spoglądał na Czecha spode łba,prychał straszliwie,wreszcie ruszył ile sił!Już za moment zwarli się w śmiertelnej walce.Ziemia pryskała spod nóg Czecha i kopyt tura.Wydawało się,że za moment pękną im serca od wysiłku.Ale oto słabnący Czech zebrał się w sobie raz jeszcze i ostatnim wysiłkiem skręcił olbrzymiemu turowi kark.Zwyciężył!!!
Tymczasem drugi z braci - Lech - spieszył w ślad za swoją strzałą.Ujrzał ją zawieszoną wysoko,na wspaniałej,królewskiej jodle.Wspiął się więc szybko po gałęziach w górę i gdy już opuszkami palców czuł pierzastą końcówkę strzały,usłyszał dżwięk straszliwy.Oto wprost ku niemu pędziło stado potężnych,puszczańskich żubrów!Nie było czasu do namysłu.Lech skoczył na ziemię,zaparł się o grubaśny pień jodłowy i czekał.Stado zatrzymało się...Na czoło wysunął się ogromny byk,widać przewodnik i pan żubrzej rodziny.Nim Lech się obejrzał,już był na rogach zwierzęcia!Ale nie po próżnicy nosił miano osiłka.Za krótki ułamek sekundy zwierzę padło na kolana przed Lechem i wydało ostatnie tchnienie.Żubrz gromada oddaliła się w pośpiechu.Lech znów zwyciężył!
Jednocześnie do skraju ciemnego matecznika dotarł Rus.Jego strzała leżała przed wielką niedźwiedzią gawrą.Jej mieszkaniec wydawał się najpotężniejszym niedżwiedziem na świecie.Rus nie miał wyboru - niedżwiedź zagradzał drogę do jego strzały.Spojrzeli sobie prosto w oczy i wtedy niedźwiedź podniósł się i stanął na tylnych łapach,przednie zaś wzniósł wysoko w górę.W żyłach Rusa zagrała krew.Sam już nie wiedział,czy to strach,czy może odwaga,jednakże naparł straszliwie na potężnego przeciwnika i chwilę tak stali,rzekłbyś - w bezruchu.Oni zaś toczyli straszliwy bój,czyje muskuły mocniejsze,czyje mięśnie twardsze.Trwało to w nieskończoność.Już,już wydawało się,że potężne pazury rozedrą Rusa na strzępy,lecz za chwilę szala zwycięstwa przechyliła się na jego stronę.I tak trwała ta straszliwa walka,walka człowieka ze zwierzęciem,walka,w której ktoś musiał wygrać...Widać jednak Opatrzność czuwała i nad Rusem,bo zdumione drzewa ujrzały w pewnej chwili leżącego bez życia potężnego niedźwiedzia i ledwie żywego z ogromnego wysiłku człowieka.Bój był skończony,lecz Rus nie miał sił,by udać się w drogę powrotną ze swoim trofeum.Chwilę trwało,nim stanął na nogach i ruszył ku progom rodzinnego domu.


Do ojca stóp rzucili już
Synowie swe trofea:
Tu niedźwiedź...żubr...tu wielki tur -
- Zwyciężcę czas wybierać.

Czy wygrał Czech,czy raczej Lech,
Czy Rusa to zwycięstwo?
Jest synów trzech i ojciec niech
Nagrodzi ich za męstwo.

Któremu z nich przypadnie mirt
I władza i euforia?
Za kilka chwil poznamy,czy
Rozstrzygnie się historia...

-Muszę przyznać,że wielką radość uczyniło mi wasze zachowanie,kochani Lechu,Czechu i Rusie.Muszę też przyznać,że wasze zdobycze są imponujące,choć - po prawdzie - trudno wyrokować,który z was winien zostać zwycięzcą.Stanąłem tedy przed nierozwiązalnym zadaniem:co uczynić,by ziemie moje i lud mój pozostały we władaniu mądrym i silnym,gdy aż trzech kandydatów do władzy.Nie chcąc więc zwaśnić was i poróżnić,postanowiłem władzą równo obdzielić.
-Ależ ojcze,rzekłeś onegdaj,że tylko jeden z nas może władać...
-Przecież mówiłeś ojcze,że tylko silne panowanie...
-Że tylko stanowcze rządzenie...
-Tak,mówiłem i nadal tak uważam,jednakże mądrzej i sprawiedliwiej będzie,jeśli i Czecha i Lecha i Rusa uczynię swoimi spadkobiercami,więc...
-Więc ojcze?...
-Mów!
-Rozsądź!
-Strzały wasze pomknęły w różne świata strony i wy za nimi takoż pobieżycie.A tam,dokąd wicher strzały zaniósł,tam utworzycie każdy swoje państwo,którym będziecie rządzić wedle waszego rozumu i woli.
-A ty,ojcze?
-A dom nasz rodzinny?
-A miejsce,gdzie prochy naszych przodków i ołtarze bogów?
-W tym miejscu zostanę tylko ja.Na zawsze.Jako strażnik Pra-Początków i opiekun Pra-Domu.Dopóki sił mi starczy,będę strzegł domowego ognia i spokoju tej ziemi,która była mnie i wam dana.
-Ojcze...
-Nie,synkowie mili,nie czas teraz na łzy i smutek.Oto przed wami otwiera się wspaniała i nieznana przyszłość.I tylko od was będzie zależeć,co uczynić ze swoim ludem.O jedno wszakże was proszę i zaklinam:miłujcie się wzajemnie tak,jak umiłowaliście swojego starego ojca i waszą rodzinną ziemię.Niech brat szanuje brata,niech brat brata wspiera.Idźcie już,bo moje stare oczy są zbyt przepełnione smutkiem rozstania.Idźcie i nie zapominajcie niczego z tego,czego was nauczyłem.Bywaj,synu mój Czechu i idź w swoją stronę!
-Bywaj ojcze,myśli moje będą zawsze przy tobie.
-Żegnaj,Rusie i bądź szczęśliwy!
-Bywaj,ojcze.
-I ty,Lechu - żyj i rządź w pokoju i mądrze!
-Żegnaj nam,ojcze,żegnaj na zawsze!

Wybiła godzina rozstania,
Pożegnań nadchodzi już czas,
Wiatr chmury po niebie przegania
I słońce w nich chowa swą twarz -
- Już czas!
Już czas!

Za braćmi zostają wspomnienia,
Dzieciństwo i ojciec i dom...
Żegnajcie wczorajsze marzenia,
Nieznany zaczyna się los.
Nasz los?
Nasz los!

Jak więc się legenda rozwinie,
Co stanie się z braćmi - któż wie?
Przysięgam,że chwila nie minie
A baśń ta potoczy znów się!
Czy chcesz,
Czy nie!

Czy chcesz?
Czy nie?
A więc?...


Podniósł rękę ojciec stary
I ukradkiem otarł łzę,
Co stoczyła się spod rzęs.
Bogom złoży dziś ofiary
Za pomyślność synów swych,
Którym w drogę kazał iść.


Pod prastarym usiadł bukiem,
W samotności trawiąc czas
W swoim życiu pierwszy raz...
Na dom stary rzucił okiem -
- Ile tutaj przeżył lat,
Ile zdarzeń,ile spraw?

Nagle zawył wiatr nad głową,
Z jasnej chmury błysnął grom,
W ogniu stanął stary dom!
I nim starzec wyrzekł słowo,
Wnet się spełnił jego los
I ogarnął wszystko mrok...

Lecz nie kończy się legenda
O potężnych synach trzech
Nie znających,co to lęk.
Oto z motka nitka kręta
Znów zaczyna nam się snuć,
Więc słuchajcie baśni słów...

Trzej bracia:Lech,Czech i Rus spojrzeli sobie głęboko w oczy,wyciągnęli ku sobie mocarne dłonie i długo ściskali je w milczeniu.Tak,jak stary ojciec kazał,tak rozeszli się każdy w swoją stronę,wiodąc za sobą lud swój i dobytek cały.Ludzie pod wodzą Czecha ruszyli na południe.Szli długo i mozolnie,wspinając się pierwej na wzniesienia małe,potem na góry już duże,aż wreszcie po długim mozole znaleźli się w rozległej krainie.Złociły się tam ogromne łany pól i piął chmiel piwny na długachnych żerdziach.Ale i góry srogie śmigały ku niebu,góry zasobne i bogate.I co bajważniejsze,bratu Czechowi bardzo mocno od samego świtu przygrzewało słonko.
-Hej,ludu mój,oto i kres naszej straszliwej mordęgi!Oto ziemia nam przypisana.Tu będziemy pracować i weselić się,tu będziemy z pokolenia na pokolenie dziękować Opatrzności,że nas taką cudną krainę przywiodła!
Brat Rus zwrócił się w zupełnie inną stronę,w stronę,którą wskazała strzała z jego śmigłego łuku.Była to strona wschodnia.Wraz z ludem szedł ku swemu przeznaczeniu długimi dniami,miesiącami.Szli przez bory głębokie i dzikie,szli przez ostępy i błota,szli wreszcie przez stepy szerokie a nieogarnione.A to słonko pierwej im twarze paliło,a to mróz powoli podszczypywał ich w uszy.Aż pewnego dnia brat Rus zrzucił z głowy sobolową czapę,cisnął nią zamaszyście o ziemię i rzekł swemu ludowi:
-Oto jest nasza ziemia.Ziemia najmilsza sercu i najdroższa.Choć żmudna i trudna,choć chłodem i lodem wiejąca,ale to ziemia,która jest nasza.A to,co nasze,co przeznaczone i wymodlone,to kochać trzeba.A z przeciwnościami - brać się za bary! Tu odtąd jest kraina Rusa!
Brat Lech nieco odmienny był od pozostałych braci.Z daleka można go było poznać po gęstej,płowej czuprynie,po lnianym odzieniu i grubym kosturze w dłoni.Lud jego takoż nie przypominał ludu pozostałych braci.Przeto odmienność ta zapewne spowodowała,że lechowa strzała pomknęła właśnie w tym a nie innym kierunku.W kierunku zachodzącego słońca,gdzie bory głębokie,gdzie jeziora błękitem ziejące a ryb pełne,gdzie rzeki tną parowy nizinne.Ród Lecha szadł tam,szukając swego miejsca,miejsca,na którym będzie mógł osiąść na wieki.Miejsca,gdzie stanie nowy,wspaniały dom dla przyszłych pokoleń.Miejsca,które wreszcie sprawi,że będą u siebie,Ale nie tak łatwo,jak pozostałym braciom,poszło Lechowi ze znalezieniem rodowej sadyby.Szedł długimi miesiącami,kluczył i drogę gubił,rzeki stugłębne na drodze,jak kłody pod nogami,odnajdywał.Zmęczony był już bardzo i on i lud jego.W szeregach słychać chwilami było szemranie i niezadowolenie.Lech zrozumiał,że dłużej tak wędrować niepodobna.Stanął tedy któregoś dnia przed swoimi ludźmi i tak do nich rzekł:
-Droga za nami daleka i niebezpieczna.A przecież przebyliśmy ją szczęśliwie.Czyż mamy więc z niej zawrócić tylko dlatego,że okolica nieprzyjazna?Tylko dlatego,że las zbyt ciemny?Zatem wytrzymajmy jeszcze trochę!

Dorzućmy do ogniska szczap,
Niech światła nam przybędzie.
Dokoła noc skowycze zła -
- Tak nieprzyjażnie wszędzie!

Niech tli się płomień,
Niech żarzy się żar!
Niech tli się płomień,
Niech żarzy się żar!

Dorzućmy do ogniska znów,
Niech nigdy nam nie gaśnie,
Niech strzeże najtajniejszych snów,
Nim dzień się nowy zacznie.

Niech tli się płomień,
Niech żarzy się żar!
Niech tli się plomień,
Niech żarzy się żar!

Nazajutrz dzień wstał mglisty i chłodny.Nastroje w obozowisku bardzo się pogorszyły.Giermek Lecha zadął więc w róg i po chwili starszyzna zaczęła schodzić się na naradę.
-Pozwól,Lechu,oto ja,twój wierny towarzysz Przemysław.Chciałem cię prosić o zgodę na zorganizowanie wypadu w kierunku zachodzącego słońca.
-Dlaczegóż to chcesz szukać akurat w tej świata stronie?
-Otóż obserwujemy od kilku dni stada zwierząt.Wszystko wskazuje na to,iż właśnie w stronie zachodniej znajdować się muszą jakoweś rzeki czy jeziora,gdyż właśnie tam spieszy zwierzyna.
-Jakem Ziemowit - bzdura to wierutna akurat w tej stronie szukać wód czy pól urodzajnych.To raczej w stronę południową udać nam się należy!
-Ależ nie,wszystko wskazuje na to,że nie masz racji,zacny Ziemowicie.
-Wiesz jak cię cenię,Przemysławie,ale zbyt długo słuchaliśmy twoich rad.Spójrz na rezultaty - ludzie znużeni i gniewni.Sarkać poczynają.
-Posłuchajmy zatem zdania naszego zacnego kuma Bolka,skoro i Ziemowit i Przemysław mają tak różne zdania,A więc Bolko - teraz radź ty!
-Cóż,jedno jest pewne - dłużej czasu trawić na kłótniach nie możemy.Trzeba działać.Niechaj więc ludzie Przemysława ruszą w swoją a ludzie Ziemowita w swoją stronę.Wieczorem zaś spotkamy się ponownie i podejmiemy dalsze decyzje.
-Mądrze mówisz,tedy tak zrobimy.Tymczasem właśnie tobie,Bolko,pozostawiam zadanie najtrudniejsze.Otóż jak najszybciej trzeba doprowadzić do porządku i ładu w obozie.Takoż natychmiast trzeba stłumić swary i kłótnie.
Jak Lech kazał,tak się i stało.Natychmiast do wymarszu przygotowały się drużyny Przemysława i Ziemowita,obficie zaopatrzone w żywność i wodę i dobrze uzbrojone.W międzyczasie Bolko ostro wziął się do roboty,kazał uprzątać i szkody naprawiać w uzbrojeniu i odzieży,zwierzętom strawę szykować i na dalszą wędrówkę je sposobić.Co zaś najważniejsze,potrafił Bolko błyskawicznie zaprowadzić ład w rozleniwionych szeregach a głowy zbytnio gorące i do zwady skore mocno ostudzić.W obozie zapanował ład i dyscyplina.

Zatrzymał się na chwilę czas
Nad starodawną knieją.
Zatrzymał się ostatni raz
I kusi nas nadzieją.

Puszczyka głos
Rozdziera lasu czerń,
Choć świt już jest o krok -
- Co niesie z sobą los?
Co niesie nowy dzień?

Zatrzymał się na chwilę czas
Nad starodawną knieją.
Zatrzymał się ostatni raz
I kusi nas nadzieją.

Lech tymczasem oparł głowę na dłoniach i myślał.Oto zwidziało mu się,iż wysoko w niebiesiech załopotały potężne skrzydła i wiatr szalony rozhulał się nad przepastnym borem.Na owych zaś skrzydłach jakaś dziwna siła uniosła Lecha w przestworza i szybował tak,nie wiedzieć gdzie.Długo to trwało,aż gdzieś na horyzoncie ukazały się żyzne i rozległe doliny,rozlane na nich wody błękitne i ryb pełne.Tak,to była owa upragniona kraina!...
-Pobudka!!!
-Pooobuuudkaaa!!!!
Wojowie pełniący nocną straż za moment zbudzili cały obóz.Książę Lech przetarł zmęczone snem oczy i nagle przypomniał sobie,co mu się śniło.Ten wielki ptak,te ogromne skrzydła...Zaraz,zaraz...Nagle nad drzewami ujrzał potężnego orła,który bijąc skrzydłami wyraźnie jakby dawał Lechowi do zrozumienia,żeby ten za nim podążył!Tak! To ptak ze snu!!!To orzeł królewski,orzeł biały daje znak!
- Do mnie,druhowie!Do mnie Bolko,do mnie Przemko,do mnie Ziemku!
-Jesteśmy przy tobie i lud twój gotów takoz na twe rozkazy!
-Natychmiast wyruszamy!Wyznaczyć trzech wojów,którzy będą wypatrywać drogi,którą wskazuje nam ten królewski orzeł!Tam pospieszymy!
I już za chwilę cała ludzka kawalkada ruszyła przez bór gęsty a nieprzyjazny.Cały czas krążył nad nimi w górze ów orzeł biały,cały czas prowadził ich kroki w jedną stronę.Trzej wojowie wyznaczeni do śledzenia ptaka co rusz informowali,iż najwyraźniej zmienia się las,którym podążają.Minęło godzin mało-wiele a lechowa grupa znalazła się na brzegu przepieknego,niebieskookiego jeziora.Woda była kryształowo czysta a zielone brzegi obiecywały urodzajność ziemi.Za moment obóz został rozbity.Lech usiadł pod prastarym dębem,który rósł nad brzegiem wody i znużony acz szczęśliwy począł wypatrywać orła.Nagle Bolko zawołał:
-Spójrzcie!Orzeł siadł na dębie!
-Zaraz,zaraz.on tam ma przecie gniazdo!
-W gnieździe są małe orlęta królewskie...
-Dzięki ci,orle,żeś doprowadził mój lud do tego miejsca.Tak jako i ty,ja też założę tutaj nasze gniazdo.W pobliżu jeziora stanie niebawem miasto,któremu na pamiątkę królewskiego orła dam nazwę GNIEZNO,aby pamiatką gniazda było.Gniazda orła i orlego,królewskiego szczepu Lechitów!A wizerunek tego wspaniałego ptaka odtąd zdobić będzie moje sztandary i proporce.I ma piersi mojej znajdzie sie takoż!
-Wiwat Lech!
-Wiwat książę!
-Wiwat orzeł biały,nasz znak i symbol na wieki!
-Wiwat plemię Lechitów!
I czasu nie minęłó wiele a wojowie zamienili łuki na siekiery i ruszyli czynić sobie poddaną ziemię,która okazała się być żyzną i płodną.Niebawem niezbyt daleko od jeziora założono miasto Gnieznem zwane,które stoi do dziś,by przypominać dumnego księcia Lecha i królewskiego ptaka - orła.

Lechowe plemię oto ma
Na ziemi tej swe gniazda,
Tu,gdzie wśród jezior miękkich fal
Odbija się nadziei gwiazda.

Tu,gdzie złociste łany zbóż,
Gdzie chlebem pachnie noc sierpniowa,
Gdzie na wędrowca czeka stół
I przyjacielskie słowa.

Gdzie pośród malw bielony dom
I rzędy wierzb nad każdą miedzą,
Gdzie świeża zieleń kwietnych łąk
I gdzie na płotach garnki siedzą.

To właśnie tutaj jest ten kraj,
Kraj księcia Lecha wymarzony,
To nad nim orzeł pełni straż,
To właśnie twe ojczyste strony.

koniec
6 2 6