Odpowiedzi

2010-03-15T13:12:42+01:00
Umiłowane dzieci Boże, dzieci moje!

Z pomocą Bożą i dzięki waszej cierpliwości możemy dzisiaj zakończyć trzeci cykl "kazań świętokrzyskich". W dzisiejszej, ostatniej już konferencji, zgodnie z zapowiedzią wspólnie rozważać będziemy stosunek: naród - Kościół - państwo. Przy czym stale będziemy mieli na uwadze dokumenty Stolicy Świętej, jak również oczekiwania i zamówienia społeczne naszego narodu - narodu od dziesięciu wieków chrześcijańskiego, przenikniętego duchem Ewangelii i chrześcijańską filozofią życia, teologią zbawienia i jednoczenia rodziny ludzkiej.

Pozwólcie, najmilsi, że temat dzisiejszej konferencji ujmę w trzech punktach. W pierwszym rozważymy stosunek: naród - Kościół - naród; w drugim: Kościół - państwo - Kościół; a w trzecim punkcie - kilka aktualnych wniosków.
NARÓD - KOŚCIÓŁ - NARÓD
W punkcie pierwszym: naród - Kościół - naród, będziemy brali pod uwagę naszą rzeczywistość ojczystą, w której żyją dzieci narodu, w której rozwija się życie rodzinne, narodowe i polityczne. W tym układzie funkcjonuje Boża relacja: człowiek - rodzina - naród, o czym mówiłem w pierwszej i drugiej konferencji.

Zapoznajmy się najpierw z rzeczywistością zastaną w Polsce w roku 996, a więc w czasach tworzącego się i rozwijającego państwa Mieszka I. Możemy stwierdzić, iż w ówczesnej rzeczywistości istnieje człowiek ochrzczony albo też człowiek, który powoli, stopniowo, rozwojowo dochodzi do świadomości chrześcijańskiej. Wiemy, że nie przychodziło to łatwo. Najnowsza Historia Kościoła w Polsce, wydana w ubiegłym roku przez Katolicki Uniwersytet Lubelski, stwierdza, że chrześcijaństwo w Polsce rozwijało się powoli, ale systematycznie i w sposób ciągły.

W ówczesnej rzeczywistości Mieszka i Chrobrego istnieje też rodzina, która rozwijając się powoli, wydobywa się ze zwyczajów i obyczajów pogańskiej słowiańszczyzny, przenikając wartości kultury słowiańskiej duchem Ewangelii.

Do tej rzeczywistości, która kształtuje się powoli w niezależne państwo polskie, w roku 996 przychodzi Kościół rzymskokatolicki. Na Stolicy Piotrowej zasiada wówczas Jan XIII. Do niego zwraca się Mieszko, przyzywając pomocy Kościoła, aby moce Ewangelii Chrystusowej umocniły poczynania twórcze pierwszego historycznego monarchy Polski - Mieczysława I.

Tak przedstawia się ówczesna rzeczywistość. Oczywiście, była ona bardziej jeszcze zróżnicowana z uwagi na rozległe terytorium państwa Mieszka I, które było bodaj trzykroć rozleglejsze niż Polska współczesna.

Co w Polsce na przestrzeni minionych wieków zawsze trwało i trwa jako zjawisko nieprzemijające aż do dzisiaj? Zawsze trwała rodzina, zawsze też rozwijał się, krzepł i ubogacał we własną kulturę ojczystą - naród, wyłaniając coraz to nowe i bogatsze formy życia społecznego. Pod tchnieniem Ewangelii Chrystusowej rodziła się nasza kultura narodowa. Tak więc możemy powiedzieć, iż w układzie: rodzina - naród - Kościół nie było na przestrzeni naszych dziejów żadnych większych przerw. A co się zmieniło - z winy czy też bez winy? Nie będziemy w tej chwili zagłębiali się w rozważania historyczne, chciałbym przypomnieć niektóre tylko zdarzenia. Wiemy wszyscy o zmiennych losach państwa polskiego. Ciągle zmieniało się, rozszerzało lub malało terytorium, na którym pierwszy nasz władca Mieszko, z pomocą Stolicy Apostolskiej, podsiewał ziarno ewangeliczne. Kościół wezwany przez monarchę, przez głowę państwa polskiego pośpieszył na nasze ziemie ze swoimi apostołami. Już za czasów Bolesława Chrobrego, pierwszego koronowanego w Gnieźnie króla, Polska miała wielu wybitnych apostołów wiary Chrystusowej, ludzi o głębokiej duchowości chrześcijańskiej. W zmiennych losach społeczności politycznej, zwanej państwem, Kościół związał się przede wszystkim z rodziną i z narodem. Ale - jak wiemy z dziejów - chociaż sama struktura polityczna naszego państwa często ulegała zmianom, to jednak zawsze w mniejszym lub większym stopniu i ona związana była z pracą Kościoła i korzystała z jego duchowości.
CO KOŚCIÓŁ DAWAŁ NARODOWI?
Nie sposób najmilsi, wchodzić na teren tak rozległych badań i rozważań, jak to czynił w swoich opracowaniach Brückner. Możemy jednak naszkicować pewne ramy pomocne dla dalszych naszych rozważań w drugiej części dzisiejszej konferencji. A więc, co Kościół dał od początku narodowi? Dał stałość swej nauki ewangelicznej, bo głosił Ewangelię wszelkiemu stworzeniu - zarówno kmieciom, jak i możnowładcom. Chociaż ich stosunek do zasad moralności chrześcijańskiej - niełatwej przecież i dla nas dzisiaj - był różny, jednakże Kościół miał te same wartości duchowe, intelektualne, moralne i społeczne dla wszystkich warstw ówczesnej ojczyzny. Ta stałość nauki ewangelicznej, której gwarancję dał Chrystus, zapewniając: Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą, (Mk 13,31), umacniała w narodzie naszym pokój religijny.

Polska nie znała wojen i zamieszek na tle religijnym poprzez całe tysiąclecie. Nie możemy bowiem najazdu Brzetysława, który nazywa się niekiedy w historii "reakcją pogańską", zaliczyć do produktu polskiego - był to narzut. Nie możemy również tak zwanej "pseudoreformacji" zaliczyć do owocowania polskiego ducha - to też był narzut. Nie możemy późniejszej rusyfikacji i germanizacji, a raczej usiłowań narzucenia nam prawosławia czy protestantyzmu uważać za wyraz naszego rozwoju kulturowego. To były wszystko rzeczy naniesione, importowane.

Kościół bowiem, mając stałość nauki ewangelicznej, a więc mając pewność wiary i postawy intelektualnej, niosąc pokój religijny, dawał też zasady moralne, dzięki którym spokojnie mogło się rozwijać wychowanie narodu. Dokonywało się ono przede wszystkim w oparciu o prawo miłości, albowiem ono jest podstawą całego życia chrześcijańskiego. Ta wielka wartość ukierunkowania się przez miłość - ku Bogu, który nas pierwszy umiłował, a w Bogu miłującym wszystkie swoje dzieci - ku całemu narodowi tworzy ład miłości, dzięki któremu można przezwyciężać siebie i różne trudne sytuacje życiowe.

W prawie miłości znajduje swoje oparcie chrześcijańska zasada sprawiedliwości społecznej. Jeśli człowiek jest świadom, że ma miłować bliźniego jak samego siebie, że na tym polega wszystko, cały Zakon i Prorocy, to łatwiej jest ustalić zasady sprawiedliwości rozdzielczej, wymiennej, społecznej czy jakiejkolwiek innej.

Prawo miłości, a w wykonaniu - sprawiedliwość społeczna - budzą nadzieję chrześcijańską. Nadzieję tę ostatnio starał się ukazać jeden z pisarzy marksistowskich również i w marksizmie, który zapowiada lepszą przyszłość. Chrześcijaństwo głosi ją w dalekiej perspektywie, ale ten wymiar rzutuje już dziś na naszą postawę w drodze do Ojca niebieskiego. Człowiek ożywiony nadzieją chrześcijańską, a więc człowiek w drodze do Boga, nie potrąca bliźniego, nie wyrządza mu krzywdy, bo pokłada nadzieję w Panu, który jest Miłością i Sprawiedliwością zarazem.

Nadzieja chrześcijańska może się weryfikować tylko w Ewangelii. Innego rozwiązania oczekuje wspomniany pisarz, uważając iż wówczas dojdziemy do zgody, gdy nadzieja chrześcijańska i nadzieja marksistowska zweryfikuje się w marksizmie. One się zweryfikują, ale w Ewangelii Chrystusowej, reprezentującej prawdę Bożą o wszechwładnej miłości Boga, który nas pierwszy umiłował, i płynącej z niej miłości ku braciom. Miłość, sprawiedliwość i nadzieja stanowią bodźce moralne do rozwoju i postępu ludzkości, o czym mówiłem przed tygodniem, opierając się na encyklice Pawła VI O rozwoju ludów i narodów.

Kościół przyniósł na teren ewangelizowanej Polski trwały ład hierarchiczny. Ogarnia on początkowo terytorium od Ziemi Lubuskiej po Grody Czerwieńskie, a od czasów misji Ottona biskupa, byłego rektora szkoły katedralnej w Gnieźnie, sięga jeszcze dalej - od Szczecina daleko poza Ruś czerwoną, aż pod Kijów.

Powoli Kościół wszczepia się w życie narodu. Pierwszymi apostołami na terenie Polski byli ludzie obcy. Misja, która przybyła na wezwanie Dubrawy na Ostrów Lednicki pod Gnieznem, składała się głównie z benedyktynów flamandzkich lub włoskich, żadną jednak miarą niemieckich. Z upływem lat rosną szeregi i znaczenie duchowieństwa polskiego. Ład hierarchiczny Kościoła - biskupi i kapłani - unaradawia się. Kościół wspierany przez siły polityczne i przez ducha Ewangelii tworzy kulturę religijno-narodową. Tworzy więź nadprzyrodzoną, katolicką, więź, która nie wyłącza nikogo od miłości.

Ład hierarchiczny przynosi z sobą na teren Polski ład prawny. Dowodem tego są dzieje synodów diecezjalnych i synodów całej prowincji polskiej, której terytorium pokrywało się z terenem metropolii gnieźnieńskiej. Obejmowała ona wówczas niemal całą Polskę, bo już wtedy - podobnie jak dziś - do metropolii tej należał Wrocław, Kołobrzeg, Kraków i Gniezno.

W tych wymiarach tworzył się ład prawny, szczególnie dzięki wspomnianym synodom. Na przestrzeni czterech wieków, bo od roku 1210 do 1643, synody są zjawiskiem stałym. Wystarczy, że wymienię kilka miejscowości, w których miały one miejsce: Wolbórz, Kamień Wielkopolski, Łęczyca, Sieradz, Gniezno, Uniejów, Kalisz, Piotrków Trybunalski, Łowicz, Warszawa. Synody te dały nie tylko początek polskiemu prawodawstwu kościelnemu, ale także i prawodawstwu państwowemu. W tych czasach bowiem kształtował się ład państwowy pod przewodem wielu wybitnych ludzi Kościoła, między innymi Henryka Kietlicza czy Pełki, Jakuba Świnki, Mikołaja Trąby, Jana Łaskiego, Stanisława Karnkowskiego, Jana Wężyka, czy Macieja Łubieńskiego. Arcybiskup gnieźnieński Henryk Kietlicz stał mężnie przy Piastach w najtrudniejszych sytuacjach. A znany wszystkim przedstawiciel hierarchii kościelnej Mikołaj Trąba był człowiekiem na wskroś ożywionym duchem kościelnym i narodowym. Uchwały synodów tak bardzo zapadły w ład prawny ówczesnej Polski, że do dziś dnia z wielkim zainteresowaniem historycy prawa kościelnego zajmują się zbiorami synodalnymi i publikują je.

Oczywiście, ład prawny nie był wszystkim, ważniejszy był ład nadprzyrodzony. Kościół bowiem jest społecznością o charakterze nadprzyrodzonym, złączoną przez obecność Chrystusa. On jest tajemnicą Kościoła. On jest siłą jego trwania i niespożytości. On też będąc nieustannie obecnym w Kościele może mówić strwożonym kapłanom, biskupom i wiernym: Nie lękajcie się, ja jestem! (Mk 6,50) - Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. (Mk 13,31) - Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28,20). I to jest istotne.

Kościół Chrystusowy, wyposażony w takie pewniki, w takie moce nadprzyrodzone i ewangeliczne, trwał i nigdy nie opuszczał narodu. Można prześledzić pod tym kątem dzieje Kościoła w Polsce - jak to uczynił wybitny historyk Oskar Halecki - a znajdziemy wiele dowodów, że Kościół nigdy Polski nie opuścił! Mogli biskupi być wywożeni z Polski, ale dobrowolnie nie opuszczali jej. Nawet w okresie podziałów piastowskich czy później rozbiorów i okupacji, Kościół pozostawał i płacił obficie krwią swoich synów, biskupów i kapłanów aż do ostatniej chwili. Tak przecież było w czasie hitlerowskiej okupacji.

Kościół też dzięki temu, że jest głęboko zabazowany w kulturę religijną i narodową ojczyzny, wspierał swoimi mocami nadprzyrodzonymi naszych rodaków na emigracji, opuszczających kraj w ramach emigracji gospodarczej czy politycznej. Za nimi wędrowali kapłani. I dziś na terenie całego globu pod naszym patronatem pracuje prawie tysiąc kapłanów polskich rozrzuconych po wszystkich krajach, gdziekolwiek skupiają się Polacy, szukający chleba.

Zawsze to co istotne, co ważne, podnosi ducha narodu. To właśnie zadanie spełniają wyższe, nadprzyrodzone dążenia, które Kościół stale ukazywał Polakom, skłaniając ich do właściwej oceny życia, a przez to wpływając na moralność pracy i zobowiązań, na moralność społeczną czy zawodową, na moralność życia i współżycia, przypominając wszystkim, że przemija postać świata (1 Kor 7,31).
KOŚCIÓŁ - PAŃSTWO - KOŚCIÓŁ
Przejdźmy do drugiego punktu naszych rozważań: Kościół - państwo - Kościół. Na pewnych etapach naszych rozległych dziejów Kościół żyjący w narodzie polskim tak był z nim związany, jak państwo było związane z narodem. Tyle weźmy pod uwagę samą instytucję państwa, państwo jako takie i stosunek: Kościół - państwo.

W ojczyźnie naszej stosunki między Kościołem a państwem układają się jeszcze najkorzystniej i najspokojniej w porównaniu z innymi państwami w owych czasach. Były kraje i narody, w których sytuacja ta była o wiele trudniejsza, bardziej skomplikowana i bardziej konfliktowa. Kościół bowiem nie jest taki łatwy dla władzy państwowej.

Wiemy, że już Chrystus nie miał szczęścia do instytucji państwa, bo stanął przed przedstawicielem najeźdźcy rzymskiego - Piłatem, wydany przez własnych współrodaków - "Herodów". Podejrzewano Chrystusa o to, że chce tworzyć królestwo na tej ziemi, jakkolwiek On mówił: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd (J 18,36). Jakże pięknie określa to jeden z hymnów z uroczystości Objawienia: Nie wyrywa wartości doczesnych Ten, który daje wieczne. - Non eripit mortalia, qui regna dat caelestia. Źle zrozumiał Chrystusa przedstawiciel imperium rzymskiego, gdy Bóg-Człowiek stał przed nim na Litostrotos. I źle zrozumiał niepoważny władca Herod, który oczekiwał od Chrystusa jedynie jakiegoś cudu czy dziwowiska.

Są to czasy dalekie, lecz bardzo wymowne. Stanowią one pewnego rodzaju schemat: z Kościołem łatwo nie jest. Podobnie jak z gorzkim lekiem, który trzeba przyjąć. Cała natura człowieka może się krzywić i bronić przed jego przyjęciem, ale tylko on pomaga. Z Kościołem łatwo się nie współżyje. Jednak można być pewnym i spokojnym, że Kościół krzywdy nikomu nie wyrządzi.

Różne były dzieje Kościoła w państwie. Był okres prześladowań i katakumb, był okres przewagi Kościoła nad państwem - w wiekach średnich czy też państwa nad Kościołem - w czasach późniejszych. Różne były sytuacje. Jednak zawsze relacje te i układy zmieniały się, a Kościół wychodził zwycięsko.

W czasach, gdy za bardzo niepokojono się o przewagę Kościoła nad państwem, powstawały różne teorie jak na przykład: wolny Kościół w wolnym państwie; zostawmy Kościół w spokoju. Jednakże już na przełomie XIX wieku dostrzeżono, że tak zwana absolutna wolność Kościoła w państwie za bardzo Kościołowi pomaga w jego rozwoju. Dlatego też wymyślono co innego, a mianowicie tak zwany rozdział Kościoła i państwa.

Ten slogan, powiedzmy program, jest w niektórych państwach jeszcze do dziś aktualny. Można się pytać, czy jest możliwe, całkowite oddzielenie Kościoła i państwa? Przecież jak w wielu narodach, tak i w Polsce program taki dotyczy człowieka, który jest katolikiem, Polakiem i obywatelem swojego państwa. A więc zasada ta rozbija się o jedność osoby. W tej jedni osobowej musi być jakaś jednia sumienia i postępowania. Jeżeli człowiek ma być normalnie wychowany, musi zachować jedność poglądów, musi być otwarty i w pracy obywatelskiej i w życiu religijnym. Nie może być inny w czterech ścianach własnego domu, a inny w pracy, na urzędzie, w fabryce czy w biurze. Jeżeli istniałaby taka rozbieżność, trzeba by mówić o alienacji psychicznej człowieka, a więc o sytuacji najgorszej, jaka mogłaby być w procesie wychowania obywatelskiego, zwłaszcza młodego pokolenia.

Gdy prześledzi się ogromną literaturę dotyczącą tego problemu, określanego dawniej mianem - rozdziału Kościoła i państwa, a dzisiaj - oddzieleniem Kościoła od państwa, jakkolwiek będziemy go nazywali, dci strzeżemy, że program ten właściwie nigdzie nie dał się zrealizować w pełni. Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie istnieje konstytucyjne rozdzielenie Kościoła i państwa, rzeczywistość codzienna jest inna. Dlaczego? Dlatego że podział taki jest sztuczny, jest próbą dzielenia jedności organizmu społecznego. A wszystko, co idzie po tej linii, stwarza różne amputacje i okaleczenia psychiczne, zarówno w dziedzinie życia osobistego, rodzinnego, jak i narodowego, a także politycznego.

Nawet w Polsce współczesnej, pomimo że państwo odrodzone chciało reprezentować nowy program i stanęło na stanowisku oddzielenia Kościoła od państwa, nie zdołało tego rozdziału przeprowadzić, bo rzeczywistość polska, głęboko zakorzeniona w tysiącletniej tradycji narodu, okazała się inna. Dlatego też rozpoczęliśmy od rozmów z władzami państwowymi o porozumieniu. Gdy w roku 1948 zostałem powołany na stolicę arcybiskupią gnieźnieńską i warszawską, już w kilka miesięcy później w Warszawie rozpoczęły się rozmowy z władzami państwowymi na temat zawarcia tak zwanego porozumienia. I chociaż w Konstytucji postawiona była zasada określona mianem oddzielenia Kościoła i państwa, w praktyce okazało się to absolutnie niemożliwe.

Dlatego i dziś, po trzydziestu latach doświadczeń, nasze władze państwowe rozmawiają z Episkopatem polskim i ze Stolicą Świętą, szukając należytego ułożenia stosunków i dążąc do tak zwanej normalizacji.

Co więcej, gdyby państwo stosowało konsekwentnie "oddzielenie od Kościoła", nie mogłoby interesować się tym, czego Kościół uczy, co mówi i czyni. A wiemy z doświadczenia, że nasze państwo żywo się tym interesuje. Owszem, były nawet różne próby całkowitego podporządkowania duchowieństwa politycznej racji stanu. Nie udały się one, ale wzbogaciły nasze doświadczenie - zwłaszcza gdy idzie o sprawę wychowania w seminariach duchownych, których samodzielności i niezależności Episkopat bronił zdecydowanie. Kapłani bowiem są ludźmi kształtującymi sumienia. Nie mogą więc być wy chowani "politycznie". Straciliby wówczas zaufanie u wiernych. To samo można by odnieść do sprawy udziału państwa w wyznaczaniu biskupów na wakujące stolice. Kościół na zbyt daleko idącą interwencję państwa musiał powiedzieć: nie" - dla zachowania niezależności duchowej, niezależności sumienia przyszłych pasterzy, którym wierni mają ufać.

Państwo, zajmując się sprawami materialnymi, doczesnymi, ma - taka już jest sytuacja życiowa - więcej okazji do konfliktu z obywatelem niż Kościół, który obiecuje mu królestwo niebieskie. Dlatego też nie ma tak wielkich różnic między dążnościami wierzących a hierarchią, jak to się zdarza na odcinku życia gospodarczego, zawodowego czy politycznego.

Nie udało się też i tak zwane tworzenie "wiary w niewiarę", a więc tworzenie ateizmu w Polsce. Chociaż dążenia te przyniosły pewne szkody i narodowi, i Kościołowi, jednakże nie dały się one przeprowadzić w takim wymiarze, jak były początkowo zaprogramowane. Później, gdy odeszło się już od programu ateizacji na korzyść laicyzacji, zaczęto tworzyć tak zwaną obrzędowość laicką, którą chciano zastąpić obrzędowość sakramentalną Kościoła świętego. Wypadło to jednak raczej pogodnie, wesoło, groteskowo i nie wiem, czy rzeczywiście przyniosło komuś jakiekolwiek "korzyści".
ZASADY ŻYCIA I WSPÓŁŻYCIA
Drodzy moi! W następnym punkcie przyjrzyjmy się zagadnieniu zasad życia i współżycia. Zwróciliśmy uwagę na fakt, że w Polsce trwałą rzeczywistością jest rodzina, naród i Kościół, społeczeństwo, kultura narodowa i religijna. Ktokolwiek wchodzi na teren, gdzie ta rzeczywistość dominuje, jeżeli pragnie pokoju i ułatwienia sobie przeprowadzenia własnego programu, nie może tej rzeczywistości niszczyć. Nie można zniszczyć ani rodziny, ani kultury narodowej, ani Kościoła, ani życia religijnego ludności katolickiej, protestanckiej, prawosławnej czy innych wyznań. Są to wartości i siły utrwalone, uregulowane, mające swoje prawo obywatelstwa w narodzie. Nie da się ich zniszczyć.

Jeżeli ktoś podjąłby się tego, utrudniłby sobie wypełnienie własnego zadania, realizację własnego programu, na przykład w dziedzinie społeczno-gospodarczej. Wtedy program ten szedłby jak z kamienia. Ludzie bowiem mieliby zbyt wiele zastrzeżeń z dziedziny obrony kultury narodowej i religijnej, aby nie odnosić się z rezerwą do poczynań, chociażby najsłuszniejszych. Wiele jest słusznych postulatów, na przykład w dziedzinie przebudowy społecznej czy gospodarczej, nie oceniając takich lub innych form tej przebudowy, ale mówiąc o niej najbardziej generalnie. Stwierdzamy, że była i jest ona w Polsce konieczna. I jeżeli będzie prowadzona zgodnie z zastaną rzeczywistością rodzinną, narodową, kulturalną i religijną, wtedy na pewno konfliktów nie stworzy.

Rzeczywistość religijna to Kościół tysiąclecia ze swoimi własnymi zadaniami. Nie muszę o tym mówić i więcej wyjaśniać, bo przemawiam do katolików, którzy wiedzą, co to jest Kościół, jakimi żyje mocami, jaki jest jego wkład w życie narodu, jaką wartość stanowi dla naszego życia osobistego, dla naszego zbawienia, uświęcenia, pokoju i jedności duchowej, rodzinnej i narodowej.

Rzeczywistość państwowa natomiast to rodzina, społeczeństwo, naród, terytorium, władza, suwerenność kulturalna i ekonomiczna.

Przypomniawszy te pojęcia możemy pytać: czego Kościół oczekuje od państwa? Czego oczekuje od państwa naród, przyjąwszy rzeczywistość polityczną taką, jaka jest? Trudno bowiem w nieskończoność toczyć boje, bo mogłoby to doprowadzić do anarchii, a anarchia jest szkodliwa i dla życia rodzinnego, narodowego, religijnego i dla życia publiczno-państwowego.

Minimum, które możemy wysunąć jako postulat w tej rzeczywistości jaka jest, zawiera się naprzód w tym, aby państwo działało ad bonum commune totius universi - na dobro społeczne, wspólne wszystkich obywateli Rzeczypospolitej. Aby tak mogło działać, musi się liczyć z pluralizmem społeczeństwa: robotnicy, chłopi, inteligencja. A wiemy przecież, że skład społeczny narodu i państwa jest jeszcze bardziej zróżnicowany. Aby działać na dobro społeczne, na dobro wspólne wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, trzeba przede wszystkim uznać ich własne prawa. Mówiliśmy o tym w pierwszej i w drugiej konferencji. Trzeba się pogodzić z tym, że człowiek - jako osoba i jako członek narodu i Kościoła - ma swoje prawa i związane z nimi obowiązki. Trzeba je uznać i starać się o koordynację tych zróżnicowanych praw i obowiązków, aby z wielości stworzyć dobrze funkcjonującą jedność. Pięknie określano to w dawnych czasach, co chcemy zachować nadal: Rzeczpospolita - Respublica, a więc jakaś własność wspólna, wspólne dobro, którym wszyscy jesteśmy zainteresowani na płaszczyźnie najmniejszych nawet wymagań. Dlatego oczekujemy od społeczności państwowej, że będzie służyła dobru powszechnemu całej zróżnicowanej wspólnoty obywateli naszej ojczyzny.

Oczekujemy od państwa, aby umiejętnie koordynowało prawa i obowiązki wszystkich warstw społecznych - czy to będą rolnicy, czy pracownicy rolni, robotnicy przemysłowi, technicy, czy inteligencja. Wiemy, jak bardzo warstwy te są zróżnicowane na skutek rozwoju kultury i nauki. Oczekujemy, aby państwo umiejętnie koordynowało te wartości, które są reprezentowane przez różne kręgi społeczne naszego współczesnego życia. Umiejętność koordynacji jest wielką, trudną sztuką polityczną, ale przynosi olbrzymie korzyści. To nie jest niszczenie, lecz właściwe układanie stosunków społecznych; to nie jest ucinanie głowy człowiekowi, lecz oświecanie go, zdobywanie i skierowywanie przez umiejętną, rozumną, logiczną perswazję ku dobru powszechnemu.

Czego jeszcze oczekuje Kościół i naród od państwa? - Aby stało na straży praw obywateli, rodziny, narodu, państwa. Jak powiedzieliśmy przed dwoma tygodniami, te prawa nie są nadane, lecz są własne. Wiążą się z osobowością tak, że obywatel nigdy nie traci tych praw, choćby nie mógł wypełnić obowiązków wobec ojczyzny.

Trochę nas zaniepokoiło w projekcie nowelizacji Konstytucji sformułowanie, które wskazuje na ścisłą zależność praw obywatelskich od wypełnienia obowiązków wobec ojczyzny (art. 57 proj. Konstytucji PRL). A my wiemy, że pojmowanie obowiązków jest bardzo zróżnicowane. Są ludzie najlepszej woli, którzy wszystkich obowiązków, trudnych niekiedy nawet do określenia, wypełnić nie mogą. A jednak przez to nie tracą podstawowych praw osoby ludzkiej.

Człowiek przez to, że staje się nieudolny do wypełnienia obowiązków publicznych, nie przestaje być człowiekiem. Jest nim nadal. Posiada bowiem w sobie głęboką wartość humanistyczną, która daje mu prawo do życia. Jak wiemy, Kościół tak daleko posuwa tę zasadę, że organizuje opiekę społeczną i dobroczynną dla ludzi całkowicie nieudolnych. Daje temu świadectwo i współczesna rzeczywistość. Oto w ojczyźnie naszej oddano Kościołowi opiekę nad tą kategorią ludzi, na których państwo liczyć nie może. Są to ludzie dotknięci różnego rodzaju upośledzeniami, umysłowo niedorozwinięci, imbecyle. Kto się nimi w Polsce opiekuje? Kościół, zakonnice. Pojedźcie do Pruszkowa, Mielżyna czy też do Fiszoru, do sióstr samarytanek i do tylu innych instytucji powierzonych opiece zakonnic. W ośrodkach tych przebywają dzieci pozbawione niekiedy w 60% zdolności bytowania. Na pewno ci ludzie nie umieją i nie mogą wypełnić swoich obowiązków wobec ojczyzny, ale mają nadal prawa osoby ludzkiej, podobnie jak ma je żebrak pod płotem i pijak leżący w rowie.

Dlatego wspomniane wyżej sformułowanie może być niebezpieczne, ale ufamy, że nie wejdzie ono do układu znowelizowanej Konstytucji.

Czego jeszcze oczekuje Kościół i naród od państwa? - Aby państwo nie narzucało obywatelom jakiejś ideologii "państwowej". Nie chodzi tylko o monizm filozoficzny, ale i o materializm dialektyczny. Chodzi o to, aby nie odżyło skompromitowane już w okresie pseudoreformacji powiedzenie: cuius regio eius religio - kto ma władzę, ten dyktuje religię. W naszej kulturze narodowej jest to już przekreślone od czasów bitwy pod Grunwaldem, gdy chrześcijański król spotkał się z zakonem, który mieczem chciał nawracać pogan. Po zwycięskiej bitwie wysłano na Sobór Konstancjeński wybitnych przedstawicieli polskich na czele z Pawłem Włodkowicem. Przekonywali oni ówczesnych ojców soborowych, że siłą i mieczem nie nawraca się ani do Boga, ani do Kościoła, ani na rzecz państwa. Można jedynie przekonywać, perswadować - i to wszystko.

Przez kogo państwo miałoby wykonywać apostolstwo ideologii, powiedzmy monizmu filozoficznego? - Chyba przez urzędników. A jakże często ten urzędnik jest właśnie chrześcijaninem, katolikiem! Ile się stąd rodzi konfliktów i niepokojów w sumieniach obywateli. Oczekujemy więc, aby państwo nie ateizowało obywateli przez system walki politycznej z religią, z Kościołem, z wyznaniami i obrządkami, jakie istnieją na terenie naszej ojczyzny. Zdaje się, że dotychczasowe doświadczenia, zanotowane w kronikach naszego okresu, są już wystarczające, by zniechęciły do podejmowania tych prób.

Synod biskupów w Rzymie wystosował specjalny apel do państw i narodów przeciwko tak zwanej ateizacji politycznej, czyli przymusowej. Nie można więcej jej uprawiać nigdzie: ani w szkole, ani w wojsku, ani w biurze, ani w urzędzie, ani w pracy zawodowej, na żadnym odcinku pracy zależnej. Człowiek musi tam pozostać sobą, aby można mu było ufać. Jeżeli bowiem odczuje na sobie nacisk, presję ideologiczną, to opuści skrzydła swej osobowości, ale czy przestanie myśleć po swojemu? Czy nie będzie tak, jak mówił góral, który wyprawiając synka do szkoły, tłumaczył mu: wszystkiego co ci tam będą gadać, słuchaj, ale swoje pomyślenie miej. - Bardzo często, niestety, tam gdzie jest wywierana presja ideologiczna, tak właśnie jest.

Z doświadczeń Kościoła wiemy, jak musi on być oględny nawet gdy przepowiada Ewangelię, to znaczy gdy ukazuje ludziom najwyższe dobro. Stąd też dla spokoju społecznego w naszej ojczyźnie należałoby zaniechać oficjalnej ateizacji i programów ateistycznych czy laicyzujących w szkołach, czy gdziekolwiek. Należałoby zaniechać również szacowania ludzi pod tym kątem: wierzysz czy nie wierzysz? Jeżeli wierzysz, posiądź się niżej, jeżeli nie wierzysz, posuń się naprzód. - Taki system może prowadzić tylko do niepokoju. Dlatego też pomimo niedawnych prób reformy szkolnej w duchu tego systemu, został on ostatnio wyciszony, gdyż za dużo niepokoju wzbudził w społeczeństwie. A nasza ojczyzna na obecnym etapie przez długie jeszcze dziesiątki lat musi mieć wiele pokoju społecznego na każdym odcinku.

Podobnie można by powiedzieć o próbach laicyzowania społeczeństwa, o czym już wspomniałem. Usiłuje się zastąpić sakramentologię Kościoła, tworząc dla obywateli rytuał laicki. Przypomina on nieco rytuały lóż masońskich, upowszechnionych zwłaszcza w laickiej Francji. Byłoby to trochę poniżej naszej godności narodowej, gdybyśmy zapożyczali się od zlaicyzowanych masonów francuskich i tworzyli na ich wzór jakieś rytuały i obrzędy laickie, mające zastąpić pełne treści nasze przeżycia sakramentalne chrztu, bierzmowania czy małżeństwa. Dlatego też dla pokoju Bożego, dla spotęgowania zaufania do społeczności politycznej i z tym należałoby się rozstać.

Jeszcze jeden postulat bardzo doniosły: społeczność polityczna - licząc się z rzeczywistością narodową, z kulturą własną narodu, z jego suwerennością kulturalną i polityczną - nie może wchodzić w takie układy i przyjmować takich zobowiązań międzynarodowych, które byłyby krzywdą dla kultury narodowej i suwerenności gospodarczej.

W konkluzji naszych rozważań można by, najmilsi, przytoczyć zdanie człowieka fenomenalnego w dziejach naszego życia politycznego, działającego w pierwszych latach po odrodzeniu Polski. Niedawno temu człowiekowi w bazylice świętego Jana, w archikatedrze, wmurowaliśmy tablicę pamiątkową, by uczcić jego zasługi. A na tej tablicy, znajdującej się obok pomnika marszałka Małachowskiego, umieszczono następujące słowa: Potęgi państwa i jego przyszłości nie zabezpieczy żaden choćby największy geniusz, uczynić to może cały, świadom swych praw i obowiązków naród. Są to słowa Wincentego Witosa. Są one wskazaniem, że przyszłość swoją tworzy cały naród w zgodnej współpracy, bo państwo jest bonum commune, dobrem wspólnym całego narodu i wszystkich obywateli. Im bardziej będą uszanowane te postulaty, tym łatwiejsze będzie osiągnięcie pożądanego pokoju życia i współżycia. Nie można przecież żyć w nieustannej wojnie, w napięciu, podejrzliwości, bo to tylko przynosi szkodę człowiekowi i jego rodzinie, obywatelowi, narodowi i Kościołowi, a największą szkodę przynosi społeczności państwowej.

Kończę, najmilsi, wezwaniem do wypełnienia obowiązków człowieka, obywatela narodu i członka Kościoła Bożego. Na tle wygłoszonych trzech konferencji kieruję teraz wezwanie do wspólnotowości działania, do przezwyciężania naszych wad narodowych ku harmonii działania.

Natchnieniem dla nas pozostanie zawsze Chrystus, bo tylko o Nim powiedziano, że jest Ojcem przyszłego wieku. Dlatego nie możemy i nie chcemy rozstać się z Nim w dalszych dziejach naszego narodu, w naszym życiu osobistym i rodzinnym. Pragnęlibyśmy też, aby Chrystus, który przyjął postać sługi, był również natchnieniem dla tych, którzy nami rządzą.

W dzisiejszej liturgii słowa zawarte jest wymowne wezwanie Chrystusa, skierowane do przyszłych Jego uczniów: Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi (Mk 1,17). Pozyskacie sobie ludzi, gdy będziecie rządzić się duchem Ewangelii Chrystusowej. Pójdźcie więc za Chrystusem! Amen.
7 2 7