Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-03-15T15:20:18+01:00
Przyznanie gdyńskich Złotych Lwów melodramatowi Waldemara Krzystka „Mała Moskwa” wywołało niespotykaną reakcję krytyki, która niemal jednomyślnie uznała, że taki werdykt to skandal. Widzowie mają teraz okazję zweryfikować prasową dyskusję i przekonać się, czy ta nagroda filmowi Krzystka się należała. Według mnie o wielkiej pomyłce jurorów nie ma mowy, bo „Mała Moskwa” trzyma poziom i w kategorii popularnego wyciskacza łez broni się w zupełności.

Jest to epicka love story, rozgrywająca się w czasie interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w radzieckiej bazie wojskowej w Legnicy. Na – jak głosi legenda – największym poligonie-więzieniu we wschodniej Europie. Jej tematem jest płomienne uczucie, które łączy młodego polskiego oficera rozmiłowanego w muzyce (Lesław Żurek) oraz atrakcyjną Rosjankę, żonę porucznika, pilota oblatywacza, pięknie śpiewającą przeboje Ewy Demarczyk (Swietłana Chodczenkowa). Reżyser uczynił wszystko, aby historia zakazanego związku, która ponoć wydarzyła się naprawdę, nie kojarzyła się z propagandowym wariantem bratniej miłości Janka i Marusi. W tle pojawiają się czujni kagebiści, donosiciele, życzliwi żołnierze ostrzegający przed nadmiernym zacieśnianiem kontaktów między Polakami i Rosjanami.

Niestety dramaty o miłości niemożliwej kręci się obecnie z dużo większą dozą perwersji, brutalności i psychologicznej komplikacji („Ostrożnie, pożądanie”). Krzystek natomiast poprzestał na romantycznej mitologii, podchodząc do niej z pozbawionym ironii dystansem, a nawet wyższością Polaka katolika, który spogląda na sowiecką kulturę z pogardą i wstydem. Ku pokrzepieniu serc rodaków. Nie byłoby w tym może nic strasznego, gdyby nie fakt, że przy okazji wyłażą nasze narodowe kompleksy. Paradoksalnie, mimo wszystko warto pochwalić reżysera, że decydując się na realizację staroświeckiego melodramatu w stylu „Doktora Żywago” zaprzeczył popularnemu w świecie stereotypowi Polaka rusofoba.
2010-03-15T15:20:40+01:00
Przyznanie gdyńskich Złotych Lwów melodramatowi Waldemara Krzystka „Mała Moskwa” wywołało niespotykaną reakcję krytyki, która niemal jednomyślnie uznała, że taki werdykt to skandal. Widzowie mają teraz okazję zweryfikować prasową dyskusję i przekonać się, czy ta nagroda filmowi Krzystka się należała. Według mnie o wielkiej pomyłce jurorów nie ma mowy, bo „Mała Moskwa” trzyma poziom i w kategorii popularnego wyciskacza łez broni się w zupełności.

Jest to epicka love story, rozgrywająca się w czasie interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w radzieckiej bazie wojskowej w Legnicy. Na – jak głosi legenda – największym poligonie-więzieniu we wschodniej Europie. Jej tematem jest płomienne uczucie, które łączy młodego polskiego oficera rozmiłowanego w muzyce (Lesław Żurek) oraz atrakcyjną Rosjankę, żonę porucznika, pilota oblatywacza, pięknie śpiewającą przeboje Ewy Demarczyk (Swietłana Chodczenkowa). Reżyser uczynił wszystko, aby historia zakazanego związku, która ponoć wydarzyła się naprawdę, nie kojarzyła się z propagandowym wariantem bratniej miłości Janka i Marusi. W tle pojawiają się czujni kagebiści, donosiciele, życzliwi żołnierze ostrzegający przed nadmiernym zacieśnianiem kontaktów między Polakami i Rosjanami.

Niestety dramaty o miłości niemożliwej kręci się obecnie z dużo większą dozą perwersji, brutalności i psychologicznej komplikacji („Ostrożnie, pożądanie”). Krzystek natomiast poprzestał na romantycznej mitologii, podchodząc do niej z pozbawionym ironii dystansem, a nawet wyższością Polaka katolika, który spogląda na sowiecką kulturę z pogardą i wstydem. Ku pokrzepieniu serc rodaków. Nie byłoby w tym może nic strasznego, gdyby nie fakt, że przy okazji wyłażą nasze narodowe kompleksy. Paradoksalnie, mimo wszystko warto pochwalić reżysera, że decydując się na realizację staroświeckiego melodramatu w stylu „Doktora Żywago” zaprzeczył popularnemu w świecie stereotypowi Polaka rusofoba.
2010-03-15T15:21:41+01:00
Legnica w województwie dolnośląskim przez długie lata po zakończeniu drugiej wojny światowej, nosiła przydomek Małej Moskwy z racji ulokowania tam największego w Europie Wschodniej garnizonu wojsk radzieckich. Miasto stało się areną konfliktu dwóch postaw, dwóch światów, pełnych pretensji do siebie nawzajem, a jednak zmuszonych do wspólnej egzystencji. Jeden z epizodów, który mógł wydarzyć się w Małej Moskwie, w swoim najnowszym filmie prezentuje Waldemar Krzystek.

Dramat przez niego przedstawiony dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych ? współcześnie oraz w roku 1967, z przewagą retrospektywy. W centrum wydarzeń stoi Jura, radziecki pilot stacjonujący w Legnicy. Nie jest on jednak katalizatorem filmowych zdarzeń, lecz biernym obserwatorem. Jego żona Wiera, zauroczona polską kulturą, staje się obiektem westchnień Michała, oficera poznanego podczas festiwalu piosenki. Polak zastawiając swe miłosne sidła, robi wszystko, by pozyskać kobietę. Nie powstrzymuje go ani bariera wzajemnej niechęci Rosjan i Polaków, ani oczywisty fakt, iż Wiera jest mężatką. Jura przygląda się całej sytuacji z niemal stoickim spokojem. Jego postawa i charakter nie pozwalają na interwencję, co między innymi przyczynia się do tragicznego końca całej sprawy.

Krzystek prowadzi film sprawnie, choć razić może realizacja przypominająca telewizyjną ? Mała Moskwa to kameralne widowisko. Nie uświadczymy więc szerszego spojrzenia na codzienne życie mieszkańców Legnicy i społeczeństwa garnizonowego, brak w tym obrazie wyraźniejszego zarysowania problemu zderzenia kultur. Intryga ogranicza się tylko do wspomnianego wcześniej romansu, lecz ten pokazany jest przekonująco. Z początku Wiera nie jest skłonna poddać się uczuciu, próby niezmordowanego Michała przynoszą jednak upragniony skutek. Całość ma jednak nieco gorzki posmak: w końcu Wiera jest mężatką, a zachowanie Polaka pozostawia zastrzeżenia co do jego postawy moralnej. Uczucie ulgi przynieść może końcowa sekwencja, już we współczesnej Legnicy, kiedy to Jura wraz z córką Wiery odwiedzają cmentarz. Okazuje się wtedy, iż zakazana miłość Polaka i Rosjanki zostawiła po sobie nie tylko poczucie straty, ale i nadzieję.

Oglądając Małą Moskwę, pomimo całego uroku obrazu, ma się uczucie zmarnowanego potencjału. Tak bardzo intrygujący temat jak wzajemne relacje Rosjan i Polaków żyjących wspólnie w powojennej rzeczywistości, został praktycznie pominięty. Temat przewodni filmu jest jednak na tyle interesujący, że przykuwa uwagę widza ? lecz tylko na czas spędzony przed ekranem. Mała Moskwa nie jest dziełem, które zapamiętuje się na lata. Być może wina leży w nieciekawej, aczkolwiek poprawnej, realizacji. Krzystkowi brak polotu, od strony formalnej nie ma zbyt wiele do zaoferowania i oprócz pięknego głosu Swietłany Hodczenkowej wykonującej piosenki Ewy Demarczyk trudno się czymkolwiek w filmie zachwycić. Opowiedziana historia jak najbardziej ? wzrusza i wciąga, lecz jej uniwersalizm działa na niekorzyść produkcji Krzystka. Reżyser, a zarazem scenarzysta, nie wykorzystał możliwości leżących w całej otoczce społeczno-politycznej końca lat sześćdziesiątych. Zdecydowanie na plus zaliczyć trzeba obecność nowej twarzy w polskim filmie i pomimo, że Lesław Żurek (dla którego jest to pierwsza duża rola) pozostaje w cieniu swoich wschodnich kolegów z planu, z pewnością niesie powiew świeżości w skostniałej rodzimej kinematografii.

Mała Moskwa to znakomita odskocznia od głupawych komedii romantycznych, którymi polscy twórcy zalewają kina od dłuższego czasu. Być może sukces filmu na festiwalach zachęci producentów do inwestowania w kinematografię traktującą o tematach mniej banalnych niż telenowelowe miłostki przeniesione na duży ekran. Miłość w Legnicy lat sześćdziesiątych, jak pokazuje Krzystek, nie była ani prosta, ani szczęśliwa.
4 5 4