Odpowiedzi

2010-03-15T21:44:55+01:00
Pewnego dnia dostałam wiadomość od mamy, że na wakacje pojedziemy w góry. Ja niezbyt bardzo przepadałam za górami, lecz jakoś chciałam spędzić te wakacje, więc pojechałam w góry razem z rodzicami bez strojenia żadnych fochów. Kiedy dojechaliśmy na miejsce nasz przewodnik już na nas czekał. Oprowadzał nas po małych pagórkach, gdzie bawiły się małe dzieci. Godzinę później dotarliśmy do małego strumienia gdzie płynęła czysta jak szkło woda, która smakowała jak źródlanka, którą mogła bym pić bez końca. Kiedy minęło około pięć godzin kiedy my tak zwiedzaliśmy Tatry w końcu przyszedł czas na wspinaczkę górską. Góry były takie wysokie i strome. Ze względu na moje bezpieczeństwo rodzice poszli ze mną na sztuczną wspinaczkę, gdzie razem wspinaliśmy się na najwyższe szczyty. Kiedy nadchodził wieczór przespaliśmy się w góralskiej chatce, a gdy nastanął ranek zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy do domu.
2010-03-15T21:49:08+01:00
Zło jednak, im dalej od złego króla, mieszało się coraz wyraźniej z dobrem i na samym końcu tego łańcucha żyli sobie po górach i lasach dobrzy ludzie, którzy na pytanie, kto ich gnębi, mówili krótko: „oni”. Kogo jednak ów zaimek obejmował, a kogo już całkiem nie – nie było dokładnie wiadomo. Z całą pewnością „onymi” był zły król z najbliższym otoczeniem. Ponadto za nadgraniczną rzeką, w gęstych chaszczach, siedział zły smok z kilkunastoma głowami i znacząco ział ogniem. Zły smok był spowinowacony ze złym królem, choć nikt już nie pamiętał, jak.Minęło wiele lat. Dobrzy ludzie przegonili w końcu władcę, a że byli dobrzy, nie rzucili go myszom na pożarcie ani nie przywiązali do szczytu piorunochronu w czasie burzy, dali sobie również spokój z ćwiartowaniem i innymi pomysłami na zabawne spędzenie sobotniego wieczoru, tylko po prostu przegonili ze stolicy i pozwolili mu, by wraz z eks-dworzanami założył sieć sklepów pod nazwą „Lemiesze i Inne Utensylia”. Smokowi za rzeką poodpadały głowy i każda miała teraz na końcu małe ciałko, ale że smok, a właściwie gromada smoczków dalej siedziała w chaszczach, nie było do końca jasne, która głowa, stercząca spomiędzy gałęzi, ciągle jeszcze należy do najtłustszego cielska, a która już zupełnie nie. W każdym razie zamiast ognia z głównej paszczy dobywał się dym, przypominający kopcia puszczonego przez niegrzecznych chłopców. Jedni twierdzili, że wygląda to żałośnie, inni zasię – że jeśli jest dym, to i ogień się w końcu pojawi.

W takich to czasach bohater tej opowieści, Jaś, został heroldem. Na zamku w stolicy bywał rzadko i wiedział o nim to, co wszyscy: że złego króla już tam nie ma, na sali tronowej obraduje zaś nieprzerwanie Rada Regencyjna, złożona z kilkunastu najzacniejszych obywateli. Czasem było ich więcej, czasem mniej. Jedni odchodzili, inni wchodzili na ich miejsce. W pewnej chwili Jaś zorientował się, że z grupy dzielnych mężów, którzy osobiście zdarli królowi koronę, nie ma już ani jednego; co gorsza, że epitet „najzacniejsi”, którym nazwał bohaterów wdzięczny lud, przeszedł płynnie na ich następców, choć tych określał niezbyt trafnie.

Jasia to w gruncie rzeczy mało obchodziło. Należał do cechu heroldów, którzy w nowych czasach nie tylko ogłaszali, raz na jakiś czas, decyzje Rady Najzacniejszych, ale też opowiadali mieszkańcom jednych stron o życiu mieszkańców stron innych. Jaś w tym właśnie zajęciu się specjalizował: wędrował po całym kraju, przyglądał się żyjącym po lasach, żeby mieć o czym mówić tym, którzy siedzieli w górach, a napatrzywszy się życia tych w górach, szedł snuć o nich historie tym w lasach. Początkowo podróżował po kraju konno; wkrótce okazało się, że w ramach oszczędności musi oddać swego wierzchowca i poruszać się pieszo. Więc chodził ze swoją złotą trąbką i tylko czasem ktoś narzekał, że wiadomości ma mocno przeterminowane. Jaś nie zrażał się, nawet gdy podczas kolejnej, jak to nazwano, racjonalizacji wydatków, zabrano mu złotą trąbkę i zastąpiono miedzianą, a potem i tę, radząc, żeby wołał na początek występu „trutu-tutu”, bo przecież skutek będzie ten sam. Piękny mundur Jasia cokolwiek złachmaniał, ale ponieważ w wielu zakątkach kraju Jaś spotykał ludzi znacznie uboższych od siebie, myślał sobie, że tak może i lepiej, bo będzie dla nich bardziej wiarygodny. Inna rzecz, że równie często trafiał na ludzi znacznie bogatszych, a ci traktowali go z widocznym lekceważeniem. Co zaś osobliwe, wszyscy pospołu coraz częściej zarzucali mu kłamstwa.

Jaś był tak pochłonięty swoją pracą, którą szczerze lubił, że początkowo w ogóle nie potrafił zrozumieć, co się dzieje. W końcu udał się do stolicy i dowiedział się rzeczy, które nie mieściły mu się w głowie. Otóż cech heroldów został podporządkowany cechowi kuglarzy i cyrkowców, ten zaś zjednoczył się z cechem katów i rolników. Podstawą zjednoczenia był fakt, że wszyscy używali do swej pracy rozmaitych metalowych narzędzi, a to: toporów, lemieszy (sieć sklepów „Lemiesze i inne Utensylia” miała tu swojego wpływowego przedstawiciela), noży do połykania na arenie, a wreszcie trąbek (Jaś na próżno podkreślał, że trąbkę mu dawno zabrano). Ten mega-cech, nazwany oficjalnie Ogólnokrajowym Stowarzyszeniem Zapewniającym Warunki Atrakcyjnego Bytowania, czyli OSZWAB, był zarządzany przez Komitet Instrukcji Terenowych, do którego przedstawicieli wybierała Rada Najzacniejszych. Jaś był przekonany, że zgodnie z logiką w Komitecie zasiada po jednym heroldzie, kuglarzu, cyrkowcu, kacie i rolniku; jakież było jego zdziwienie, gdy odkrył, że w rzeczywistości należą doń: woźnica, woźny, wioślarz i ułaskawiony niedawno przez Radę włamywacz. Woźnica twierdził co prawda, że w życiu był również przez miesiąc heroldem, doskonale więc zna się na powierzonym mu odcinku; Jasiowi nietrudno było jednak dowiedzieć się, że w rzeczywistości woźnica w czasach, gdy heroldzi mieli jeszcze trąbki, napadł na jednego z nich, zabrał mu trąbkę i siedząc na przyzbie swojego domu opanował umiejętność grania na niej pierwszych pięciu nut piosenki „Pojedziemy na łów”. Co zabawne, wyglądało na to, że wszyscy, łącznie z Najzacniejszymi, zdawali sobie z tego sprawę.